Pacewicz: Gdy pytam nauczycieli o problemy rozwiązywane z uczniami, pada przykład o pieczeniu ciasta

- Wciąż do nas nie dotarło, że uczniowie, żeby chcieć się czegoś naprawdę uczyć, muszą znaleźć jakieś ważne powody. U nas są to: oceny, końcowy egzamin, czasem jeszcze unikanie pretensji rodziców - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Alicja Pacewicz, współzałożycielka i przewodnicząca Rady Fundacji Szkoła z Klasą, współzałożycielka Fundacji Centrum Edukacji Obywatelskiej.
Zobacz wideo

Ogłaszamy Piątkę Gazeta.pl. Dziennikarze portalu będą codziennie opisywać inne zagadnienia – ważne dla Polaków, ale jednocześnie takie, o których politycy niekoniecznie chcą mówić przed październikowymi wyborami do Sejmu i Senatu. W poniedziałek służba zdrowia, we wtorek edukacja, w środę pieniądze, w czwartek Kościół i w piątek oczywiście ekologia – to tematy, którymi na co dzień żyją Polacy. Pokażemy ludzką stronę każdego tematu, damy głos ekspertom, przedstawimy liczbowy aspekt rozwiązywania problemów, a także sprawdzimy, co najważniejsze ugrupowania mają do zaproponowania wyborcom.

Marcin Kozłowski, Gazeta.pl: Na początek cytat: "Uczeń tworzy i zapisuje wzory sumaryczne soli: chlorków, siarczków, azotanów, siarczanów...

Alicja Pacewicz, współzałożycielka i przewodnicząca Rady Fundacji Szkoła z Klasą, współzałożycielka Fundacji Centrum Edukacji Obywatelskiej*: O, piękny fragment podstawy programowej. 

...siarczanów, węglanów, fosforanów, ortofosforanów. Tworzy nazwy soli na podstawie wzorów; pisze wzory sumaryczne soli na podstawie nazw".

Wymienił pan tylko jedno wymaganie szczegółowe. Jedno. A w klasie VII i VIII z samej chemii jest ich dziewięćdziesiąt. To się nie mieści w głowie, dosłownie.

Co konkretnie?

Przeładowana podstawa programowa, która zawiera taką masę szczegółowych informacji często niepowiązanych ze sobą, i co gorsza - z życiem. Na przykład - dziesięć wymagań szczegółowych dotyczących alkanów, alkenów i alkinów. Pan też się tego uczył, ale nie tak od a do z. Coś pan pamięta?

Nie bardzo.

A dzieci 14, 15-letnie mają przecież dobre 10 przedmiotów, z których wymaga się niezmiernie drobiazgowej wiedzy. W samych naukach ścisłych dochodzi przecież geografia, biologia, fizyka... 

Dorzucę fizykę. "Uczeń opisuje rozpad izotopu promieniotwórczego, posługując się pojęciem czasu połowicznego rozpadu; rysuje wykres zależności liczby jąder...".

Zamiast tworzyć sto szczegółowych wymagań z fizyki, trzeba by wyjść od szerszych zjawisk, no i wszystko, co się da, odnosić do życia. Np. fale. Tu jest i woda, i światło, i dźwięk, a nawet promienie rentgenowskie.

Widziałam niedawno w sieci amerykański program nauczania Next Generation Science Standards. Są w nim duże działy, takie jak "materia", "ruch", "energia" czy właśnie "fale". I pracę w tym ostatnim dziale nauczyciel zaczyna np. od pytania: "jak to się dzieje, że gdy w samochodzie twego kolegi leci głośna muzyka, to zaczynają drżeć szyby?". Chodzi o to, by zahaczać o coś, co jest tuż obok, w codziennym doświadczeniu. W dziale o energii jednym z zadań jest zbudowanie piecyka słonecznego, w którym naprawdę można coś zagrzać, a nawet ugotować.

No i cały czas szuka się "przepięć" międzyprzedmiotowych, co jest o tyle łatwiejsze, że nauczyciele "science", czyli nauk ścisłych, nie są specjalistami tylko od jednej dyscypliny. Na przykład "nauka o klimacie" to nie tylko temat na geografię - tu jest także fizyka, biologia, a nawet chemia i matematyka. 

Alicja Pacewicz, Gdańsk, 2014 r.Alicja Pacewicz, Gdańsk, 2014 r. Fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta

Wciąż do nas nie dotarło, że uczniowie, żeby chcieć się czegoś naprawdę uczyć, muszą znaleźć jakieś ważne powody. U nas są to: oceny, końcowy egzamin, czasem jeszcze unikanie pretensji rodziców, czyli zewnętrzna motywacja oparta na lęku i rywalizacji. Tak się nie rodzi pasja do odkrywania i do nauki.

Nad uczniami wisi świadomość, że muszą mieć dobry wynik, bo inaczej nie dostaną się do dobrego liceum, nie zdadzą dobrze matury i nie dostaną się na wymarzone studia.

Rankingi szkół robią wiele złego, bo tworzą fałszywe poczucie, że ta konkretna szkoła jest lepsza od innych. Dla jednych będzie lepsza, dla innych - gorsza. A w rankingu jest tak wysoko, bo ma wysoki próg punktowy. I są w niej dobrzy uczniowie. Czy to znaczy, że twoje dziecko będzie w niej się rozwijało, a potem zrobi wielką karierę? 

Szczerze mówiąc, chodziłam do "takich sobie" szkół, podobnie jak znakomita większość moich znajomych. Nie przeszkodziło nam to w dostaniu się na studia i robieniu w życiu zawodowym sensownych rzeczy. Jeden z najlepszych polskich socjologów kończył technikum mechaniczne w niedużym mieście. To nie jest tak, że zły wynik na egzaminie czy maturze przekreśla życie człowieka. Ważniejsze jest, czy człowiek chce się uczyć i wierzy w swoje siły, czy ma jakiś pomysł na siebie. Dobra szkoła wspiera go właśnie w rozwijaniu takich postaw.

Dlaczego podstawa programowa wygląda tak, jak wygląda? Od lat narzekamy, a nic się nie zmienia. 

Problem w tym, że kiedy wprowadzono system egzaminacyjny, przyjęto zasadę, że podstawa programowa musi być na tyle szczegółowa i precyzyjna, by było dokładnie wiadomo, co może znaleźć się na egzaminie. Podstawa jest zarazem zestawem wymagań egzaminacyjnych. Niby logiczne i ułatwia standaryzację, ale z perspektywy całego procesu edukacyjnego i wychowawczego - przynosi szkody.

To nie jest oskarżenie. Wszyscy wypuściliśmy tego dżina z butelki. Sama współtworzyłam w 2007 roku poprzednią podstawę programową, która też była przeładowana, choć nie tak, jak obecna. Nie udało nam się ograniczyć ambicji przedmiotowców. Teraz system poszedł jeszcze o krok dalej i... doszedł do ściany. Uczniowie i nauczyciele są przeciążeni. Portfele części rodziców też. Z korepetycji korzysta jedna trzecia dzieci, w niektórych szkołach - połowa. 

Poza tym, jako społeczeństwo wciąż myślimy w kategoriach tradycyjnych, prawie XIX-wiecznych. Nauczyciele nawet chcieliby uczyć inaczej, ale natrafiają na opór. Przykładem są prace domowe, których liczbę część szkół próbuje ograniczać. Zawsze znajdą się rodzice, którzy zaprotestują: "jak to, mniej zadań domowych? Proszę mu zadać jeszcze więcej, może wreszcie zacznie się uczyć". A z badań widać, że u młodszych dzieci prace domowe nie poprawiają osiągnięć edukacyjnych, u starszych - trochę, ale tylko jeśli są zadawane z umiarem i z sensem.

Przybory na szkolny egzamin. Zdjęcie ilustracyjnePrzybory na szkolny egzamin. Zdjęcie ilustracyjne Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

To czego w takim razie powinna uczyć szkoła?

Na pewno nie nadmiernie szczegółowej wiedzy, lecz głębokich kompetencji. Oczywiście z wykorzystaniem wiedzy z różnych przedmiotowych dziedzin, bo kompetencji człowiek nie nauczy się przecież "w powietrzu". Nawet fińska szkoła nie rezygnuje z przedmiotów, ale nie skupia się na szczegółowych wymaganiach, tylko właśnie na kompetencjach.

Jakich?

Może się wydawać, że to, co mówię, to jakaś utopia, ale już kilkanaście lat temu w świetnym dokumencie Unii Europejskiej wskazano tzw. kompetencje kluczowe w uczeniu się przez całe życie.

Są to: komunikowanie się w języku ojczystym i językach obcych, kompetencje matematyczne i naukowe, umiejętność korzystania ze świata cyfrowego, kompetencje obywatelskie, społeczne i osobiste, przedsiębiorczość, świadomość i ekspresja kulturalna, umiejętność uczenia się, a także kluczowe tzw. kompetencje przekrojowe, takie jak współpraca, rozwiązywanie problemów, krytyczna analiza informacji czy kreatywność.  

I teraz proszę mi powiedzieć, jak alkiny rozwijają umiejętność krytycznego myślenia albo rozwiązywania problemów? A innowacyjność czy kreatywność? No, alkiny są tu bez szans, a razem z nimi uczniowie na chemii. 

A w praktyce? Jak uczeń ma zdobywać te kompetencje np. na lekcji historii?

Na historii można przecież pytać "skąd to właściwie wiemy?", "jak wygląda to z różnych perspektyw?". Można pracować zespołowo i krytycznie analizować źródła historyczne. W Centrum Edukacji Obywatelskiej robiliśmy kapitalny program "Ślady przeszłości". Młodzi ludzie szukali w swej okolicy zapomnianych miejsc związanych z lokalną historią, pytali o nie swoich dziadków, sąsiadów, grzebali w archiwach, a potem sprzątali zarośnięte cmentarze, opisywali jakieś ruiny, albo choćby miejsce gdzie kiedyś stała karczma przy skrzyżowaniu traktów. I właśnie to, a nie daty, zostaje w pamięci, rozwija wyobraźnię i daje mądrą wiedzę.

Do dziś pamiętam lekcje o rewolucji francuskiej, które w szkole w Bielsku-Białej prowadziła nauczycielka historii pani Zofia Kuryś. To były lata 60., a w klasie czterdzieścioro dzieci, każde z innego środowiska. Wszystkie słuchały, jak pani Zofia opowiadała, czym się różni rewolucja od ewolucji, jak rewolucja zjada własne dzieci, jak idee wolności, równości i braterstwa dalej kształtowały nasze dzieje. To nie była nauka dat i faktów, a próba wyjaśnienia, jak rodzi się bunt i jak zmienia się świat. I to nie jest tak, że tylko Zofia Kuryś to potrafiła - są w Polsce tysiące nauczycieli, którzy tak pracują, tylko trzeba ich doceniać, wspierać, pokazywać.

Zdjęcie ilustracyjneZdjęcie ilustracyjne Fot. Michał Walczak / Agencja Gazeta

W programie "Wartość dodana" prowadzonym przez Fundację Szkoła z Klasą z kilkoma europejskimi instytucjami (w ramach Erasmus+) pokazujemy, że matematyka przydaje się w życiu. Dzieci obliczają np. ile szkoła oszczędzi miejsca w śmietnikach zgniatając puszki i kartony, a także jak zaplanować rozkład biurek i krzeseł w klasie przy wykonywaniu zadań zespołowych. I nagle okazuje się, że lepiej rozumieją, o co chodzi z obliczaniem objętości, odległości, rysowaniem planu w odpowiedniej skali. I segregacją śmieci.

W szkołach nie ma przestrzeni na to, żeby pokombinować, coś przetestować, "stracić" dwie godziny na przeprowadzenie doświadczenia, które nie musi się zawsze udać, na poszukiwanie niestandardowego rozwiązania, na popełnianie błędów.

Nie znosiliśmy w podstawówce momentu, kiedy wychowawczyni informowała nas, że "nie będzie dziś godziny wychowawczej, bo mamy materiał do nadrobienia".

A nadrabiać trzeba właśnie godziny wychowawcze! Brakuje czasu, by porozmawiać o ważnych dla uczniów rzeczach, dowiedzieć się, co się z nimi dzieje, usiąść w kręgu albo, pracując w zespołach, zaplanować akcję społeczną w szkole albo gminie.

Do dziś pamiętam jedną z takich lekcji. Nauczycielka posadziła nas w kółku i poprosiła, żebyśmy powiedzieli, z czego jesteśmy dumni. Zaczęła jako pierwsza. Stwierdziła, że jest dumna z tego, że zdała studia na piątkę.

Dobry przykład, a jeszcze lepiej, by była dumna nie z oceny... Nie da się bez rozmowy dowiedzieć, co jest ważne dla młodych ludzi, z czym się mierzą, jakie mają problemy i co zrobić, żeby im było lepiej w klasie, szkole i w życiu.

Wspomniana przeze mnie Zofia Kuryś miała w klasie dzieci z różnych domów, w tym z trudnych rodzin. Robiła wszystko, żebyśmy - jak to się wtedy mówiło - byli zgraną klasą. Dzięki tym rozmowom, nie tylko na godzinie wychowawczej, ale także na polskim i historii, zaczęliśmy traktować się jak ludzi, a nie konkurentów czy wrogów. Tworzyła się wspólnota.

Wspomniała pani wcześniej o kompetencjach obywatelskich. Zacytuję pani wpis z bloga CEO: "Samorząd w polskich szkołach to nadal niewykorzystana szansa edukacji obywatelskiej. W wielu miejscach jest to fikcja, w którą nikt naprawdę nie wierzy. Uczniowie wybierają opiekuna wskazanego przez dyrekcję, organizują wybory do władz samorządowych, które potem realizują 'zadania zlecone' lub organizują dyskoteki".

Nauka demokracji zaczyna się od przedszkola, choćby poprzez pytanie "w co teraz chcecie się bawić". W klasach I-III dzieci powinny czasem móc wybrać sposób, w jaki siedzą na zajęciach albo za jakie zwierzęta chcą się przebrać na szkolnym przedstawieniu. Że będą same dinozaury i kotki? Trudno! Ale to w takich sytuacjach dowiadują się, że mogą współdecydować o tym, co i jak robią. I to może obudzić potem ciekawą rozmowę, dlaczego wszystkie dzieci chcą tego samego i jak różnym dinozaurem czy dinozaurzycą można być.

Zdjęcie ilustracyjneZdjęcie ilustracyjne Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

Za bardzo skupiamy się na tych formalnych elementach: żeby było wiadomo, kto jest we władzach samorządu uczniowskiego, i żeby te nazwiska wisiały na tablicy, i żeby był regulamin. Nie o to chodzi. Każdy z mocy prawa jest członkiem samorządu. Czworo uczniów może zechcieć zorganizować turniej gier komputerowych i to jest też element samorządności - świadomość, że nasz głos się liczy. Albo żeby to uczniowie mogli zaproponować zasady korzystania z telefonów w szkole. Szkoła oczywiście nie jest instytucją, w której uczniowie mogą o wszystkim decydować, ale o czymś przecież muszą. 

Rzeczywistość jest taka, że mają nad sobą rodziców, nauczycieli, dyrekcję, kuratorium, władze samorządowe, ministerstwo.

Dlatego niech decydują chociaż o małych rzeczach, o kolorze ściany w klasie, wyglądzie strony internetowej klasy czy szkoły lub o tym, gdzie na korytarzu można ustawić pufy. Niech narysują swój mural na ścianie. Albo wybiorą temat lub formę projektu, a nawet pracy domowej. To jest możliwe. Już od 18 lat robimy program "Szkoła z klasą". Biorą w nim udział nie tylko uczniowie i nauczyciele, ale także inne osoby, jak chociażby pani woźna, bibliotekarka. Wszyscy wspólnie zastanawiają się, co źle działa, co można ulepszyć, a potem to razem robią. 

Jakich zmian dokonują?

Jedni twierdzą, że źle działa ich szkolny system oceniania, inni, że lekcje nie rozwijają pasji do nauki, a jeszcze inni narzekają, że nie ma przestrzeni do wypoczynku. I szukają rozwiązania.

W Szczecinie jedna ze szkół zajęła się pracami domowymi. Dzieci zrobiły małe badanie i okazało się, że wszyscy, nawet pierwszoklasiści, mają coś zadawane nawet na weekendy. I że jedne klasy dostają dużo zadań, inne - prawie wcale, bo mają po prostu inny "zestaw" nauczycieli. Od tego zaczęła się wspólna praca nad "szkolnym modelem zadawania do domu". To zresztą problem wielu szkół, większość polskich nauczycieli twierdzi, że zadań jest za dużo. W kilkunastu warszawskich szkołach rusza właśnie program pilotażowy, który ma pomóc "zadawać z głową".

Zdarza się, że nauczycielki – to jest zawód silnie sfeminizowany - chcą prowadzić więcej ciekawych projektów zespołowych. Teraz wraz z fundacją EFC dajemy minigranty dla nauczycieli z niewielkich miejscowości. Szkoła w Raniżowie realizowała projekt "Bociany integrują". Dzieci liczyły gniazda, obserwowały i opisywały je, a nad jednym z nich zamontowały kamerę. Cała okolica śledziła przez internet, które z bocianiątek dopiero uczy się latać, a które już umie. Gdy uczniowie dowiedzieli się, że w Libanie strzela się do bocianów, przygotowali ilustrowaną książeczkę w języku angielskim, która trafiła do tamtejszych szkół. Uwierzy pan? A to wszystko zapoczątkowała jedna fajna nauczycielka.

A jak takie działania mają się do przyszłej kariery zawodowej uczniów?

Pracodawcy nie pytają o alkany, alkeny i alkiny, tylko chcą wiedzieć, czy umiesz samodzielnie myśleć i pracować, komunikować się i pracować zespołowo, czym się interesujesz, co potrafisz, jak wygląda strona internetowa, którą zrobiłeś.

Człowiek po skończeniu szkoły powinien mieć umiejętność rozpoznawania problemów, ale też ich analizowania i rozwiązywania. Kiedy pytam nauczycieli, czy rozwiązują na lekcjach problemy, odpowiadają, że tak, na przykład "musisz upiec ciasto, policz, ile potrzeba mąki i ile za nią zapłacisz". A to przecież nie jest żaden "problem do rozwiązania". Rozwiązanie wymaga podstawienia danych do prostego algorytmu.

Za mało się skupiamy na tym, czego potrzebują młodzi ludzie, żeby – już teraz i w dorosłym życiu - mierzyć się z edukacyjnymi, zawodowymi, społecznymi i kulturowymi wyzwaniami, które przyniósł XXI wiek. Także dlatego często przeżywają w szkole mękę. W trakcie "narad obywatelskich o edukacji", które odbywały się w całej Polsce, mówili wyraźnie - chcemy się uczyć inaczej i czego innego - rzeczy użytecznych, praktycznych i ważnych, dla nas i dla świata. Uczniowski strajk klimatyczny pokazuje, że młodzi chcą i potrafią się angażować i organizować.

Ta "męka" to także wina nauczycieli?

Nie, to raczej wina przeregulowanego systemu, który zresztą wymagał naprawy już od jakiegoś czasu. Uważam, że to nauczycielki i nauczyciele są największym zasobem polskiej edukacji. Oczywiście poza dziećmi! Czas docenić ich pracę, także w wymiarze finansowym, lepiej ją organizować, tworzyć więcej zachęt do profesjonalnego rozwoju, podążania za potrzebami uczniów, no i inaczej kształcić na studiach. Ten gigantyczny potencjał jest niewykorzystany.

Coraz więcej odważnych dyrektorów i dyrektorek, nauczycielek i nauczycieli w całej Polsce czuje, że muszą wreszcie zacząć naprawiać swoją szkolną rzeczywistość i wziąć odpowiedzialność za jakość edukacji. Nie można w nieskończoność bać się kontroli, rankingów i egzaminów.

*Alicja Pacewicz -  współzałożycielka Centrum Edukacji Obywatelskiej, fundacji promującej demokrację, samorządność i krytyczne myślenia w szkołach. Zasiada w Radzie Fundacji Szkoła z Klasą, której także jest współzałożycielką.  Autorka kilkudziesięciu programów edukacyjnych, m.in. "Szkoła z klasą", "Kształcenie Obywatelskie w Szkole Samorządowej" czy "Młodzi Przedsiębiorczy". W 2011 r. została odznaczona przez Prezydenta Bronisława Komorowskiego Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. 

Przeczytaj pozostałe teksty z Piątki Gazeta.pl >>

Więcej o: