Syndrom oblężonej twierdzy, czyli jak PiS ratuje się postkomunizmem [ANALIZA]

Na konwencji Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi przez wszystkie przypadki odmieniane były słowa "rodzina" i "dobrobyt", jednak to "postkomunizm" skradł show. Nie tylko na samej konwencji, ale także, a może przede wszystkim, w zaprezentowanym programie wyborczym Zjednoczonej Prawicy.
Zobacz wideo

Przez cztery lata swoich rządów PiS wykreowało wielu etatowych (i urojonych) wrogów Polski, którzy pomagali partii Jarosława Kaczyńskiego osiągać kolejne cele i wygrywać kolejne wybory. Byli już roznoszący choroby uchodźcy, tyranizujący Polskę unijni urzędnicy, migający się od wypłacenia reparacji wojennych Niemcy, stojący ponad prawem sędziowie czy marzące o dewastacji polskiej rodziny środowisko LGBT. Przed wyborami parlamentarnymi Nowogrodzka wraca do prototypu wszelkich późniejszych wrogów naszego kraju - postkomunistycznego układu, hamującego rozwój Polski. Przekładając z języka polityki na nasze: chodzi de facto o każdego, kto krytykuje "dobrą zmianę".

Stary, dobry wróg

Gdy obecnie słyszymy, że coś zmieniamy niedostatecznie szybko, to często mówią to ci, którzy wprowadzili w Polsce antyrozwojowy, antypolski model późnego postkomunizmu

- argumentował Piotr Gliński, wicepremier oraz minister kultury i dziedzictwa narodowego. Z kolei prezes PiS-u zapewnił wcześniej, że jego partia przez cztery lata zdołała zbudować w naszym kraju nową elitę:

W Polsce, i to pokazaliśmy, obok tej elity stworzonej przez postkomunizm jest już nowa elita, która jest w stanie zmieniać Polskę

Na tym jednak nie koniec. Przed konwencją w Łodzi PiS pokazało długo wyczekiwany program wyborczy - liczącą około 230 stron książkę, w której dokonania (te faktyczne i te nieco lub całkiem mocno naciągane) z minionej kadencji przeplatają się z propozycjami PiS-u na kadencję następną. Postkomunizm zajmuje w tym programie poczesne miejsce. Poświęcony został mu cały 22-stronicowy rozdział - "Diagnoza. Od postkomunizmu do polskiego modelu nowoczesnego państwa dobrobytu" - który brzmi tak, jakby od pierwszego do ostatniego zdania napisał go sam prezes Kaczyński. To dobrze już wszystkim znany ideologiczny fundament rządów "dobrej zmiany".

W telegraficznym skrócie ów rozdział tłumaczy, że zmiana ustroju w 1989 roku była niczym więcej jak polityczno-społecznym teatrem. Przez kolejne lata u władzy i w elitach społecznych znajdowali się bowiem wyłącznie kontynuatorzy myśli i depozytariusze wartości pezetpeerowców. Oczywiście, jak czytamy w programie PiS-u, szedł za tym szereg patologii - przestępczość, korupcja, nepotyzm, trwonienie szans rozwojowych, antypolonizm, szerzenie niemieckiej polityki historycznej, nihilizm, medialny układ, "zwijanie się" państwa. Uosobieniem tego "postkomunizmu" i "późnego postkomunizmu", bo takim terminami w programie PiS-u określany jest system rządów po '89 roku, są, rzecz jasna, ludzie kojarzeni dzisiaj z Platformą i PSL. Całość ma, a jakże, twarz Donalda Tuska.

Na całe szczęście, czytamy w rzeczonym rozdziale, w 2015 roku władzę przejęła Zjednoczona Prawica.

Można bez obawy ryzyka stwierdzić, że odrzuciła ona w praktyce wszystkie cechy opisanego wyżej 'projektu', czyli sposobu rządzenia. Postawiła na wiarygodność, na uczciwe relacje z obywatelami, a także na sprawiedliwość i działania zmierzające do umocnienia społecznej bazy demokracji

- czytamy. Dalej jest już tylko litania dużych, wielkich i wręcz olbrzymich sukcesów obecnie rządzących.

Całość wieńczy obietnica zbudowania "polskiej wersji państwa dobrobytu", które opierać się będzie na siedmiu filarach: sprawnym państwie, polityce społecznej, polityce rozwoju, edukacji narodowej, sprawach wsi i rolnictwa, ochrona środowiska, polityka zagraniczna i obronna. Jednocześnie PiS ponownie stawia się w roli strażnika wartości moralnych i cywilizacji Zachodu przed bliżej nieokreślonymi ideologiami, postawami, ruchami społecznymi.

Polskiego modelu dobrze funkcjonującej wspólnoty politycznej i państwa dobrobytu nie da się po prostu zrealizować bez swoistej osłony przed kryzysem współczesnej kultury globalnej i agresją rozmaitych zewnętrznych i wewnętrznych, groźnych dla podstaw życia społecznego ideologii, aksjologii i systemów interesów

- przekonują autorzy programu.

Wdzięczność wyborców

Czytaj: wielokrotnie już sprawdzone straszenie innym/obcym, który tylko czyha, żeby odebrać Polakom to, co PiS z takim trudem dla nich wywalczyło. Do trwającej od wiosny tego roku wojny kulturowej wokół LGBT Nowogrodzka zamierza więc dorzucić także wojnę cywilizacyjną. Nie tyle chce postawić, co otwarcie stawia na starcie między dbającym o obywateli "państwem dobrobytu" w wersji pisowskiej, a zdegenerowaną i niewydolną III RP, w której "czarnym ludem" będzie wspomniany już "postkomunizm" o twarzy Tuska.

To wszystko ma na celu wydobyć PiS z defensywy, w której partia nieoczekiwanie znalazła się po ogłoszeniu skokowego wzrostu płacy minimalnej. Zapowiedź podwyżek zasiała panikę u wielu ekonomistów (obawiali się zrujnowania rynku pracy) i przede wszystkim przedsiębiorców, którzy zostali wskazani jako potencjalne źródło finansowania podwyżek dla najmniej zarabiających. Gdy doszła do tego jeszcze informacja o planowanych podwyżkach ZUS-u dla przedsiębiorców, PiS musiało się gęsto tłumaczyć. 

Chcę złożyć dwie jednoznaczne deklaracje. Pierwszą, że nie ma takiego planu i tego nie zrobimy. Drugą, że ręczę za to swoją wiarygodnością. Gdyby było inaczej, podałbym się do dymisji

- zapewnił na łamach "Rzeczpospolitej" Jarosław Gowin, wicepremier oraz minister nauki i szkolnictwa wyższego.

Mimo tego, Koalicja Obywatelska stara się do maksimum wykorzystać mocno kłopotliwą dla Zjednoczonej Prawicy sytuację i przekonać przedsiębiorców, że tylko Schetyna i spółka zadbają o ich interesy. Byłby to powrót Platformy do korzeni i sięgnięcie po swój rdzenny elektorat. Czy się uda? Trudno oszacować, ale zagrożenie dla PiS-u jest realne. Dlatego Nowogrodzka stara się scementować swój elektorat wokół kuszącej i przyjemnej idei państwa dobrobytu. Co więcej, liczy na wdzięczność szerokich mas wyborców za działania z minionej kadencji. Po raz pierwszy po '89 roku władza doprowadziła bowiem do tego, że jest jednoznacznie kojarzona z wieloma bardzo pozytywnie ocenianymi przez Polaków posunięciami socjalno-gospodarczymi - m.in. podniesieniem stawki godzinowej, podniesieniem płacy minimalnej, programem "Rodzina 500 plus", obniżeniem wieku emerytalnego.

Do tej pory wyborcy to, co dobre przypisywali sobie, a ewentualne porażki czy kryzysy - rządzącym. To znane w psychologii społecznej zjawisko asymetrii atrybucji. Dzięki spełnieniu kluczowych obietnic i sowitym transferom socjalnym PiS jako pierwsze potrafiło się temu zjawisku skutecznie przeciwstawić. Dzisiaj Nowogrodzka chce, żeby Polacy odwdzięczyli się wsparciem przy urnach 13 października i wsparli zapowiedzianą w programie "budowę mocnej wspólnoty wolnych Polaków. Wspólnoty, która ma rozwijać się i trwać". Dlaczego? "Bo warto, by Polska trwała i warto być Polakiem".