Tym razem Kuchciński (naprawdę) poleciał. Bo ośmieszać partii i prezesa nie wolno nikomu [ANALIZA]

Dymisjonując marszałka Sejmu, Jarosław Kaczyński zrobił to, co zrobić musiał, żeby ratować mocno nadszarpnięty wizerunek Prawa i Sprawiedliwości. Jednak nawet po tej decyzji nie ma stuprocentowej gwarancji, że tzw. afera samolotowa nie zaszkodzi Zjednoczonej Prawicy.
Zobacz wideo

Marszałka Kuchcińskiego nie pogrążyło nadużywanie przywilejów władzy. Nie pogrążyła go, co usiłowali sugerować niektórzy politycy PiS-u, niechęć dziennikarzy, którym już na początku tej kadencji wypowiedział wojnę. Nie pogrążyła go nawet opozycja, za rządów której czołowi politycy również chętnie latali na koszt państwa.

Marszałka Kuchcińskiego pogrążyły kłamstwa - jego samego oraz jego podwładnych z Centrum Informacyjnego Sejmu. Kłamstwa, których w pewnym momencie pojawiło się już tak wiele, że zbudowany z nich karciany domek musiał się w końcu zawalić. Kłamstwa, które w pewnym momencie nie tylko przestały być politycznie użyteczne, ale stały się karykaturalne. Ośmieszały już nawet nie tyle samego kłamiącego, ile cały jego obóz polityczny. Nie od dziś wiadomo natomiast, że w polityce nie ma nic bardziej zabójczego niż śmieszność. W samym środku arcyważnej kampanii parlamentarnej PiS na śmieszność pozwolić sobie nie mogło. Co za tym idzie, na dalsze ratowanie tonącego marszałka - również.

Nadszarpnięty wizerunek

PiS od czterech lat konsekwentnie budowało sobie wizerunek partii poważnej, potężnej i moralnie lepszej od konkurencji. Partii surowej, ale sprawiedliwej. Partii, która twardą ręką rządzi państwem, ale która też krótko trzyma swoich żołnierzy (to akurat nie do końca rządzącym się udawało, czego dowodzą m.in. kariera Bartłomieja Misiewicza czy masowy desant partyjnych działaczy na spółki skarbu państwa).

Lotnicze eskapady marszałka Kuchcińskiego naraziły to wszystko na szwank. Czteroletnią pracę tysięcy osób. Zaufanie kilku milionów wyborców. Jak ocenił to wczoraj w rozmowie z Gazeta.pl jeden z senatorów Zjednoczonej Prawicy: - Prezes Kaczyński wielokrotnie mówił nam na spotkaniach klubu czy partii o potrzebie skromności i umiaru. Słyniemy z tego, że rozliczamy innych z etyki i moralności, ale żeby to robić, w pierwszej kolejności sami musimy być bez zarzutu. Teraz już nie jesteśmy.

Demoralizacja wojska

Dymisja Kuchcińskiego nie była czymś absolutnie oczywistym. Wbrew opinii polityków opozycji, a także opozycyjnie wzmożonych dziennikarzy i publicystów, politycznie nie zagrażała (wielce prawdopodobne, że nadal nie zagraża) rządzącym. Wyniki zamówionych przez Nowogrodzką wewnętrznych badań napawały wszak optymizmem - tzw. afera samolotowa nie groziła sondażową plajtą, zaufanie do partii nie spadało, szanse na wygraną w jesiennych wyborach wciąż były bardzo duże. Rzecz w tym, że dalsze przeciąganie sprawy marszałka, która w pewnym momencie zamieniła się w polityczną farsę, mogło mieć dla PiS-u inne negatywne konsekwencje.

Po pierwsze, mogło ośmielić innych działaczy i polityków do przekraczania granic, których dotąd nie przekraczali. Bo skoro rządzimy, to wolno nam wszystko, skoro jednemu z nas się upiekło, to dlaczego innym ma się nie upiec? To byłby czarny sen prezesa PiS-u. Po zaskakującym i wysokim zwycięstwie Zjednoczonej Prawicy w eurowyborach Kaczyński jak ognia bał się triumfalizmu i rozluźnienia w szeregach swojego obozu.

Po drugie, mogło mocno ograniczyć PiS-owi pole manewru, jeśli chodzi o branie na sztandary walki z układami i korupcją. Co za tym idzie, odciąć dopływ politycznego paliwa, które partię Kaczyńskiego napędzało od momentu jej powstania. Kto uwierzyłby, że PiS będzie ścigać nadużycia i przekręty, skoro są dla nich równi i równiejsi? Tylko patrzeć, jak nad rządzącymi pojawiłaby się łatka "sytych kotów", które utuczyły się "na państwowym".

Wreszcie po trzecie, pozostawienie tzw. afery samolotowej bez jednoznacznej i stanowczej reakcji mogło zniechęcić do PiS-u wyborców wielkomiejskich, umiarkowanych i niezdecydowanych. Dwie ostatnie grupy są szczególnie ważne w wyborach parlamentarnych, bo to one decydują o tym, kto wygrywa, a kto musi obejść się smakiem.

Bilans zysków i strat

Zrzucenie z sań skompromitowanego Kuchcińskiego daje PiS-owi okazję do zminimalizowania strat. Politycy z Nowogrodzkiej mogą powiedzieć, że skoro opinia publiczna domagała się głowy marszałka, to jego głowę dostała. Głos suwerena jest najważniejszy. Kropka. Obozowi władzy pozwala to uratować wizerunek politycznego strażnika moralności i cnót wszelakich. Bo skoro karzemy swoich, to znaczy, że jesteśmy wiarygodni.

Prezes Kaczyński w swoim stylu zapowiedział również zaostrzenie przepisów dotyczących korzystania przez najważniejsze osoby w państwie z przywilejów władzy. Cel jest oczywisty: pokazujemy nasz ascetyzm i to, że w polityce jesteśmy, by służyć Polsce, a nie opływać w dostatki. Mechanizm sprawdzony chociażby po aferze z nagrodami dla członków rządu Beaty Szydło. Wówczas lider obozu Zjednoczonej Prawicy zarządził obniżenie pensji parlamentarzystów o 20 proc., natomiast ministrom kazał wpłacić otrzymane pieniądze na cele charytatywne.

Ktoś powiedziałby, że ucinając wreszcie sprawę lotów Kuchcińskiego, PiS odbiera paliwo opozycji, która przy braku dymisji marszałka mogłaby dalej ogrywać ten temat w kampanii parlamentarnej. Tyle że opozycja i tak wychodzi z tej afery wzmocniona. W kampanii z pewnością będzie chwalić się, że "odstrzeliła" drugą osobę w państwie i jednego z najbardziej zaufanych ludzi prezesa PiS-u, że piętnuje nadużycia władzy i jest gwarantem sprawiedliwości (inna kwestia, jak wielu wyborców w to uwierzy).

Opozycja z pewnością wykorzysta również fakt, że PiS nadwyrężyło wizerunek partii krystalicznie czystej i etycznie górującej nad resztą sceny politycznej. To duży prezent dla rywali, którzy mimo dymisji Kuchcińskiego na pewno nie porzucą tego tematu i jeszcze nieraz przypomną o nim w kampanii. Nowogrodzka nie może tego nie doceniać. W końcu ostatnie dni pokazały, że loty marszałka mogą kryć jeszcze sporo tajemnic.