Dopiero śmierć niewinnego człowieka na marszu równości może coś zmienić. A i to prawie nic [ANALIZA]

Jacek Gądek
Erupcja agresji wobec uczestników Marszu Równości w Białymstoku nie wstrząśnie polityką. Ostry konflikt wokół spraw LGBT jest PiS-owi wręcz na rękę. Zabrzmi to brutalnie: emocje społeczne drgnęłyby, a obóz władzy mógłby cokolwiek stracić na tym froncie dopiero, gdy ktoś - oby nigdy tak się nie stało - niewinny zginie od ciosów prymitywa. I to jeszcze związanego z PiS-em. Śmierć szarego człowieka w polityce (prawie) nic nie znaczy.
Zobacz wideo

Najgłośniejsze są skrajności, a na niuansowanie masowy wyborca nie ma ani czasu, ani chęci albo zdolności. Ponadto akurat dla wyborców Prawa i Sprawiedliwości - obecnych i potencjalnych - sprawy LGBT często są znane głównie z mediów i kazań w kościołach. A nie - co wiele zmienia - z osobistego i codziennego doświadczenia w postaci znajomości z osobami LGBT.

Każdy eksces na paradzie służy PiS-owi

Tu trzeba podkreślić: nie ma żadnej symetrii między wymienionymi poniżej idiotycznymi prowokacjami w szeregach środowiska LGBT, a fizyczną - zagrażajacą zdrowiu i życiu - agresją prymitywów, którzy w m.in. w Białymstoku biją innych ludzi rzekomo w imię wartości chrześcijańskich i tradycyjnego modelu rodziny.

Już jednak w technologii władzy o wiele istotniejsze są głupie ekscesy wymierzone w Kościół.

Wystarczy, aby na Paradzie Równości w Warszawie jeden młokos rzucił "czekam, aż wszystkie stare k…y wymrą, głosujące na PiS, i w końcu władza w kraju trafi w normalne ręce". Do masowego wyborcy i tak dotrze zafałszowany przekaz o nienawiści żywionej przez społeczność LGBT do PiS. A przecież niektórzy działacze tego środowiska - np. Krystian Legierski - głosowali na Andrzeja Dudę lub PiS.

Wystarczy jedna grafika z Matką Boską w tęczowej aureoli, aby środowiska LGBT skleić z profanacją religijną. A przecież to też jest zafałszowany obraz, bo od lat choćby działa chrześcijańska wspólnota "Wiara i Tęcza".

Wystarczy jedna artystka, która chce handlować "cipkomaryjkami" (wizerunkiem Maryi w kształcie waginy w tęczowych barwach), by wiele z osób, które czują choć luźny związek z Kościołem, uznało środowisko LGBT za kulturowo obce i agresywne.

Wystarczy jeden durszlak (symbol prześmiewczego Kościoła Latającego Potwora Spaghetti) na głowie celebransa w czasie "mszy ekumenicznej" odprawianej przez rzekomo (tak sam się przedstawia, choć to sprzeczność) "niezależnego biskupa katolickiego" Szymona Niemca. I tak w kraj idzie przekaz, że LGBT jest równoznaczne z szyderstwem z wiary.

Kolejne takie incydenty wpychają PiS w rolę obrońcę "Polski tradycyjnej", a to bardzo komfortowe dla konserwatywnej partii w kraju, w którym ponad połowa głosów w ostatnich wyborach (do Parlamentu Europejskiego) padło na formacje prawicowe, a 9 na 10 obywateli uważa się za katolików.

Temat LGBT narzędziem w technologii władzy

W technologii zdobywania władzy postulaty środowiska LGBT są tylko jednym z narzędzi.

Orientacja seksualna i tożsamość płciowa są bardzo silnymi składowymi tożsamości, ale niewielkiej grupy osób. Społeczność LGBT można szacować na 5 proc. polskiego społeczeństwa (dane za berlińskim instytutem Dalia). Dla tej grupy - oraz najbliższych im osób - walka o prawa osób LGBT jest motywacją przy oddawaniu głosu w wyborach. Ale to też dość wąski elektorat: wedle nowego sondażu CBOS akceptację dla homoseksualistów deklaruje 25 proc. Polaków, z czego zaledwie 9 proc. wyraża "pełną akceptację".

Wedle tego samego sondażu CBOS aż 41 proc. Polaków jest niechętnych gejom i lesbijkom, w tym 22 proc. mówi o swojej "dużej niechęci". Co ważne: w tym roku po raz pierwszy odwrócił się trend - przybyło niechętnych mniejszościom seksualnym. I zapewne nie tylko dlatego, że CBOS sprzyja (każdemu) rządowi, a obóz władzy i media publiczne biją w to środowisko, podobnie jak i wielu przedstawicieli Kościoła katolickiego. Ale także dlatego, że kolejne incydenty i prowokacje obracają emocję zwykłych ludzi przeciwko mniejszościom seksualnym.

Platforma Obywatelska biorąc osoby LGBT pod swoje skrzydła może - patrząc na te sondaże - liczyć na uznanie 25 proc. Polaków, a PiS bijąc w "ideologię LGBT" na 41 proc.

Centrowej opozycji alians ze środowiskiem LGBT, ani nawet poruszanie tego tematu w kampanii, się po prostu się nie opłaca. Obrazowo ujął to nagrany ukradkiem doświadczony polityk PO Rafał Grupiński. Stwierdził, że choć w Warszawie postulat wprowadzenia związków partnerskich (a to oczekiwanie ruchów LGBT) jest pożądany, to ze Świebodzina ludzie ich z taką obietnicą już przepędzą, a przecież PO "musi prowincję przyciągnąć do głosowania".

Słowem: temat LGBT jest PiS-owi wygodny, a dla PO to sypanie piachu w tryby.

Co innego lewicowy blok - Robert Biedroń, Włodzimierz Czarzasty i Adrian Zandberg wręcz muszą brać na sztandary obronę osób LGBT i krytykować Kościół katolicki za podsycanie przez część jego przedstawicieli nastrojów anty-LGBT lub - co już dość powszechne - milczenie wobec krzywdy tych osób. Dla lewicowego bloku to podstawowy wyróżnik, ale lewica ta prawdopodobnie bić się będzie z progiem 8-proc., a nie celować w wygraną. Temat LGBT może posłużyć lewicy za trampolinę, dzięki której koalicja SLD-Wiosna-Partia Razem prześlizgnie się nad progiem i wskoczy do Sejmu. Bo lewicy zdobycie władzy w Polsce przez lata jeszcze nie grozi.

Na wojnie z Kościołem władzy się nie odbije

Jeśli ktoś chce w Polsce wygrać wybory, to - cały czas - nie może być w stanie ostrego konfliktu z Kościołem katolickim. Wiedział to Leszek Miller, gdy wygrywał wybory na czele SLD. Wiedział to też Donald Tusk, który - wyłącznie słownie - delikatnie uszczypnął Episkopat mówiąc: - Nie będziemy klęczeli przed księdzem, bo do klęczenia jest kościół - przed Bogiem.

Jarosław Kaczyński nie ma jednak racji mówiąc, że "kto podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na Polskę". Mija się z prawdą, ale nie o lata świetlne. Dlaczego?

W społecznej świadomości Kościół i środowiska LGBT podnoszą ręce na siebie nawzajem i okładają nimi. A kto w Polsce podnosi rękę na Kościół, ten podnosi rękę na dużą część elektoratu - bardzo religijnego i w sposób naturalny głosującego na PiS. Jeśli tematyka LGBT będzie obecna w kampanii, to z pewnością utwardzi wyborców PiS, a może też nakłonić konserwatywnych ludzi do poparcia partii Jarosława Kaczyńskiego jako obrońcy "Polski tradycyjnej".

Sam prezes PiS już zresztą - nie wprost, ale jednak - sugerował w niedawnym przemówieniu, że będzie stawiał tamę "wielkiej ofensywie zła". O LGBT nie powiedział, ale oczywistą rzeczą jest, że w narracji PiS ostrzem tego zła ma być "ideologia LGBT" wymierzona w tradycyjne wartości i Kościół. Kogo taki spór będzie mobilizował? To widać po liczbach. O ile zaledwie 9 proc. Polaków (cytowany już sondaż CBOS) w pełni akceptuje gejów i lesbijki, to mianem katolików określa się 91,9 proc. Polaków (dane GUS), z czego 38 proc. uczestniczy co niedzielę w mszy (dane Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego).

Ryzyka dla PiS i lewicy

Spór wokół LGBT posłuży zatem jedynie lewicy oraz PiS-owi.

Dla prawicy realnym problemem nie są żadne parady równości, wsparcie artystów i celebrytów dla środowiska LGBT. Dla PiS największym ryzykiem jest to, że agresja prymitywów atakujących parady wymknie się spod kontroli i skończą się czyjąś śmiercią. A to - patrząc na obrazki z Białegostoku - nie jest takie odległe i mogłoby drgnąć społecznymi emocjami. A i to w ograniczony sposób. Tu przykład z całkiem niedawna: jaki wpływ na politykę i wyniki wyborów miało samospalenie Piotra Szczęsnego? Żaden.  Prawda jest brutalna: śmierć szarego człowieka w polityce (prawie) nic nie zmienia.

Dla lewicy ryzykiem jest z kolei sklejenie się z ekscesami z parad - jak z tej, gdy w Gdańsku niesiono waginę stylizowaną na monstrancję - i stanie się formacją jednego tematu LGBT.

Wszystkie inne formacje, które są po środku i nie mają jednego, wyrazistego stanowiska wobec postulatów ruchu LGBT, będą marginalizowane albo rozsadzane od środka w dyskusji o prawach mniejszości seksualnych. Stąd trafnie Platforma Obywatelska ucieka z tego pola eksploatowanego przez lewicę i PiS. Na dowód jeszcze jedno badanie CBOS. Jak Polacy oceniają podpisanie Karty LGBT+ przez prezydenta stolicy Rafała Trzaskowskiego? 21 proc. - dobrze, a 53 proc. - źle. A czy "jest taka potrzeba, aby wprowadzać w Polsce rozwiązania wspierające gejów i lesbijki?" 23 proc. mówi tak, a 64 proc. - nie.

Dziś nie ma i przez lata nie będzie gruntu społecznego dla ogólnopolskiej karty LGBT+. Obecnie maksimum, które - po zmianie zdania i lawirowaniu - jest w stanie zaproponować PO na gruncie obyczajowym, to wprowadzenie związków partnerskich.

Sprawy światopoglądowe i tak jednak nie przechylają szali zwycięstwa w wyborach. Owszem, Polacy mówią o LGBT, in vitro, aborcji, związkach partnerskich, ale nie kierują się tymi tematami głosując. Każda z tych kwestii ma wąski zasięg społeczny: te problemy są namacalne dla mało kogo.

Dwa spektakularne testy na ich wagę, to wybory prezydenckie z 2015 r.: in vitro było głośnym tematem, a Polacy (sondaż PBS z 2015 r.) w aż 65 proc. chcieli refundowania in vitro z budżetu. I co? I tak wygrał bardziej sceptyczny wobec tej metody i skąpiący pieniędzy Andrzej Duda. I przykład z wyborów europejskich: na finiszu kampanii najgłośniejsza była sprawa pedofilii w Kościele, co tylko cementowało poparcie wyborców dla PiS. Nieprzypadkowo Jarosław Kaczyński rwie się do obrony przed "wielką ofensywą zła" i nie ma wcale na myśli prymitywów, którzy w Białymstoku okładali kopniakami ludzi idących w marszu równości.

Więcej o: