Pękł balon oczekiwań wobec "pogromcy pedofilów" w Kościele. Dymisja była, ale wcale nie biskupa [ANALIZA]

Jacek Gądek
Wizyta "pogromcy pedofilów", czyli abp. Charlesa Scicluny, w Polsce zakończyła się wezwaniem, by słowa zapisane w dokumentach Episkopatu stały się ciałem - by biskupi ich przestrzegali. Tylko i aż tyle. Temat jednak gaśnie, a najwięcej dla bezkarności pedofilów - oprócz niektórych biskupów - robią były już szef fundacji "Nie lękajcie się" i politycy, którzy chcą z pedofilii w Kościele uczynić swoje polityczne paliwo.
Zobacz wideo

Pękł balon oczekiwań środowisk bardzo krytycznych wobec Kościoła dotyczących przyjazdu abp. Scicluny. A nadymano go do granic: dymisji całego Episkopatu Polski.

"Pogromca pedofilii" w Kościele przyjechał na zaproszenie Episkopatu do Polski na spotkanie z hierarchami. Sekretarz pomocniczy Kongregacji Nauki Wiary dostał zaproszenie w minionym roku, ale przyjechał dopiero w ten weekend. Często, ale tylko intuicyjnie, wiązano przyjazd abp. Scicluny z filmem braci Sekielskich "Tylko nie mów nikomu", ale to zbieg okoliczności, a nie przyczyna i skutek.

Abp Scicluna nie przyjechał odwoływać biskupów, nie ma do tego zresztą umocowania, ani typować tych do dymisji. Oczekiwania - formułowane w mediach i przez polityków z lewa - były na wyrost. Choć prawdą jest, że już chyba tylko jakieś przykładne zdjęcie purpurata z urzędu otrzeźwiłoby hierarchów. Arcybiskup przyjechał, wygłosił wykład i rozmawiał z polskimi hierarchami. Mówił o motu proprio (liście papieskim "z własnej inicjatywy" o charakterze dekretu) papieża Franciszka "Vos estis lux mundi", który jest kolejną odsłoną walki z pedofilią w Kościele i jest wymierzony w osoby ukrywające zboczeńców.

I wydawać by się mogło, że nic się nie stało. Abp Charles Scicluna odnotował jednak w swoich wypowiedziach, coś co już w Gazeta.pl określaliśmy mianem "papierowego przełomu". Słowem: na papierze jest dobrze, ale w rzeczywistości już nie.

Scicluna dziękował bowiem polskim biskupom za przekazanie mu swoich wytycznych dot. działań prewencyjnych. - Powtarzam, jestem pod dużym wrażeniem wytycznych KEP (ws. walki z pedofilią - red.), ale powiedziałem jako pierwszy, że sam dokument to za mało. Trzeba przejść od papierów do czynów - oceniał duchowny. I dodawał, że wytyczne KEP "bardzo dobrze, że powstały i jest to (dokument) bardzo dobrej jakości", ale - i to jest clou - "teraz należy uczynić wszystko, aby to, co zapisano, rzeczywiście było wdrażane w życie".

- Mam wielką nadzieję, że biskupi polscy zrobią wszystko, co trzeba - stwierdził. Nie krył też, że "potrzeba czasu, żeby wiele spraw się zmieniło, musi zmienić się kultura czy mentalność, ale spróbujmy razem zrobić coś w tym kierunku, uczynić coś dobrego".

Mocniej mówił w wywiadzie dla KAI: - A jeśli idzie o biskupów polskich, chciałbym ich zachęcić do realizowania wytycznych, które sami uchwalili - bardzo dobrych wytycznych, w których znajdują drogę wyjścia z trudnych sytuacji.

Albo inny fragment: - Musimy wprowadzić w życie zasady określone już w 2014, przed pięcioma laty.

Czas najwyższy.

W standardach kościelnej retoryki to jest forma krytyki - delikatnej, ale jednak. Ale do tego, aby którykolwiek polski biskup został zdjęty z urzędu, co byłoby trzęsieniem ziemi w polskim Kościele, jest bardzo daleko. I to nawet jeśli są dowody na to, że konkretny biskup przenosił księdza-pedofila z jednej parafii do drugiej. Dużo bardziej prawdopodobne jest, że Watykan pozwoli spokojnie dotrwać do emerytury takim hierarchom jak abp Sławoj Leszek Głódź czy bp Jan Tyrawa. A oni sami nie będą się wychylać do tego czasu.

Tym o to łatwiej, że temat pedofilii zaczął gasnąć. Skandal w fundacji "Nie lękajcie się" odbiera wiarygodność nie tylko jej byłemu już szefowi Markowi Lisińskiemu - wyciągnął on pieniądze od jednej z ofiar księdza pedofila i chciał też pieniędzy od Sekielskich za udział w filmie. Ponadto publikacja "Gazety Wyborczej" o nim poddaje pod wątpliwość, czy w ogóle był kiedykolwiek molestowany przez duchownego. Twarz walki z niegodziwością, jaką jest pedofilia, sama okazała się być moralnym bankrutem. Ten skandal odbiera wiarygodność samej fundacji "Nie lękajcie się" i tworzy aurę nieufności wobec osób, które mówią, że padły ofiarą pedofilii w sutannach.

Jak dziś spojrzeć na scenę sprzed czterech miesięcy z Watykanu? Papież Franciszek ucałował Lisińskiego w rękę - wówczas powszechnie uważano to za pewnik - ofiarę księdza pedofila. W zaaranżowaniu spotkania pomogły posłanka Joanna Scheuring-Wielgus i radna Diduszko-Zyglewską. Teraz, już z dzisiejszą wiedzą o Lisińskim, można promować narrację: polityczki lewicy parły do tego, aby papież spotkał się z rzekomą ofiarą pedofila, która jednocześnie sama wyciągała pieniądze od prawdziwej ofiary. A od tego tylko krok do stwierdzenia w mediach lgnących do Kościoła, że papież padł ofiarą prowokacji lewicy.

W tym miesiącu pękły dwa balony: Lisińskiego, który pozował na naczelną ofiarę Kościoła w Polsce i obrońcę innych ofiar. I balon, który nadymano wokół wizyty abp. Charlesa Scicluny w Polsce, by doprowadził do dymisji których polskich biskupów. Dymisję złożył nie żaden biskup, ale były już szef "Nie lękajcie się".

Więcej o: