Minister edukacji grozi dziennikarce pozwem. "Szanowna pani, jeżeli jeszcze raz pani powtórzy..."

Minister Dariusz Piontkowski zagroził dziennikarce Radia ZET, że pozwie ją do sądu, jeżeli jeszcze raz powtórzy słowa "wyrok skazujący" w kontekście jego sprawy przed laty. Szef MEN stwierdził, że według prawa to on miał rację w sprawie, ale sąd przedstawił wówczas inną interpretację.
Zobacz wideo

Nowy minister edukacji był gościem Beaty Lubeckiej w piątkowym programie Radia ZET. Prowadząca zadała politykowi pytanie od jednego ze słuchaczy - "czy wypada, osobie skazanej prawomocnym wyrokiem piastować stanowisko ministra edukacji?".

Dariusz Piontkowski tłumaczył, że chodzi o sprawę sprzed 11 lat, kiedy został odwołany z funkcji marszałka województwa podlaskiego, ale jeszcze tego samego dnia podpisał dokumenty przedłużające umowy dwojgu pracowników urzędu. - Zdaniem nieżyjącej już dyrektor generalnej można było je podpisać ponieważ według niej i według prawa funkcję pełni się do końca dnia, w którym [zostało się odwołanym]. Interpretacja sądu w tej sprawie była inna i sąd umorzył postępowanie, stwierdzając jednocześnie, że podpisanie tych dokumentów dot. tych dwóch osób ani nie naraziło Skarb Państwa czy finanse samorządu na jakąkolwiek stratę, ani ja nie przywłaszczyłem żadnych środków, bo niektórzy mogliby sugerować, że zrobiłem to z jakichś innych pobudek. Nie było więc żadnego wyroku skazującego tylko umorzenie postępowania - mówił minister. 

Groźba procesu

- Wyrok skazujący był - próbowała wtrącić Lubecka. 

Szanowna pani, jeżeli jeszcze raz pani powtórzy "wyrok skazujący", to panią pozwę do sądu. Jeszcze raz powtórzę, że było umorzenie postępowania, ponieważ nie było stwierdzone, abym naraził na szkodę pieniądze publiczne ani przywłaszczył sobie pieniądze. Natomiast interpretacja sądu była inna, według sądu nie powinienem podpisywać już dokumentów, ponieważ wraz z momentem czy z godziną odwołania przestałem mieć prawo do podpisywania dokumentów. Natomiast część prawników twierdziła, że mogę to zrobić

- stwierdził oburzony Piontkowski. Dodał, że była to sprawa precedensowa i dziś nie ma już wątpliwości, że od momentu odwołania z funkcji nie można podpisywać dokumentów. 

Dziennikarka dopytywała, dlaczego polityk "nie odwołał się od wyroku, skoro się z nim nie zgadzał?". Piontkowski uznał bowiem, że "dalsze postępowanie nic nie zmieni". - Orzeczenie, a nie wyrok. Gdyby był wyrok - jak pani to nazwała - skazujący, nie mógłbym pełnić funkcji publicznych i wtedy straciłbym mandat poselski - dodał. 

- Czy sąd uznał wtedy, że pan naruszył prawo czy nie naruszył pan prawa? - drążyła Lubecka, ale nie dostała jednoznacznej odpowiedzi. - Jeszcze raz mówię, że w interpretacji sądu nie powinienem był podpisywać tych dokumentów, natomiast byli prawnicy, którzy uważali, że mogłem. Ja w momencie, kiedy podpisywałem, nie mogłem znać wszystkich orzeczeń, nie było zresztą jednolitej praktyki prawniczej i stąd posiłkowałem się interpretacją, która mówiła, że jest to możliwe - zakończy szef MEN

Winny przestępstwa urzędniczego

Krótko po zaprzysiężeniu Piontkowskiego na ministra, "Rzeczpospolita" podała, że został on uznany przez sąd za winnego przestępstwa urzędniczego. Sąd Rejonowy w Białymstoku w 2013 roku zdecydował o warunkowym umorzeniu postępowania na rok próby. Taką możliwość w pewnych okolicznościach daje art. 66 Kodeksu karnego. Sąd zdecydował jednocześnie, że poseł PiS musiał zapłacić 3 tys. zł świadczenia pieniężnego na cel społeczny.