Spotkanie Duda - Trump. PiS (wreszcie) ma sukces w dyplomacji, ale nawet ten kij ma dwa końce [ANALIZA]

W przypadku tej wizyty balonik oczekiwań nadmuchano do granic możliwości. W praktyce prezydent Andrzej Duda wraca ze Stanów Zjednoczonych z tarczą, ale nie jest to epokowe wydarzenie, o jakim mówili niektórzy politycy obozu władzy.
Zobacz wideo

- Porównałbym porozumienie prezydenta Dudy z prezydentem Trumpem do wejścia Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego - takimi słowami szef MON Mariusz Błaszczak zachwalał korzyści, jakie prezydent Duda przywiezie z Waszyngtonu.

Już na starcie możemy stwierdzić, że z dziejowym przełomem tego kalibru z pewnością nie mamy do czynienia. Z prostego powodu - podpisany przez obu polityków dokument to deklaracja, a nie umowa końcowa. Stanowi więc tylko i aż zapowiedź tego, co czeka nas w niedalekiej przyszłości, jeśli nie wydarzy się nic nieoczekiwanego. Przyglądając się zaś szczegółom uzgodnień pomiędzy Polską i Stanami Zjednoczonymi, widzimy raczej korzystny dla obu stron biznes niż historyczną zmianę globalnego statusu Polski, czy permanentną poprawę naszej trudnej sytuacji geopolitycznej.

Wojsko plus energia

We wspomnianych uzgodnieniach na pierwszy plan wysuwają się kwestie natury militarnej. Przede wszystkim zapowiedź utworzenia Wysuniętego Dowództwa Dywizyjnego USA w Polsce, które będzie zarządzać amerykańskimi oddziałami na wschodniej flance NATO. Wiąże się to ze zwiększeniem liczebności oddziałów amerykańskich nad Wisłą o tysiąc żołnierzy (do 5,5-6 tys.). To wsparcie wykraczające poza standardy przyjęte w NATO, chociaż wciąż nie ma mowy o stałej obecności amerykańskich wojsk w Polsce (a właśnie tym podgrzewali emocje politycy obozu władzy i sprzyjające im media).

Ponadto w Polsce ma zostać utworzona jednostka wspierania powietrznych, lądowych oraz morskich operacji amerykańskich sił specjalnych, a także jednostka sił powietrznych USA z bezzałogowymi statkami powietrznymi MQ-9. Wiele emocji wzbudził też punkt deklaracji dotyczący gotowości zakupu przez Polskę 32 nowoczesnych myśliwców F-35. Tyle że tutaj optymizm z pewnością studzą niedawne doniesienia medialne o tragicznej kondycji polskiego lotnictwa wojskowego, które z różnych powodów w dużej części jest niezdolne do aktywnej służby.

Z pozostałych postanowień na podkreślenie zasługuje przede wszystkim zacieśnienie współpracy na linii Warszawa - Waszyngton w obszarze energetyki. Chodzi o zwiększenie dostaw płynnego gazu LNG ze Stanów Zjednoczonych do Polski o 1,5 mln ton rocznie (czyli o ponad 40 proc.). Prezydent Donald Trump wspomniał też, że „będzie tworzone połączenie pod Bałtykiem, które zapewni dywersyfikację źródeł energii”. Do tego dochodzi „porozumienie o cywilnym wykorzystaniu energii jądrowej”.

Plusy dodatnie

Lista korzyści z osiągniętego porozumienia jest dla Polski długa. Bez dwóch zdań przesuwa nas to w hierarchii partnerów Ameryki z trzeciego do drugiego szeregu. W tej chwili jesteśmy tuż za strategicznymi partnerami Waszyngtonu takimi jak Wielka Brytania, Izrael czy Egipt. Siłą rzeczy rośnie też nasza pozycja w NATO.

Zacieśniając na wielu polach współpracę ze Stanami Zjednoczonymi Polska zyskuje również wizerunkowo. Unia Europejska, zwłaszcza jej "starzy" członkowie, mogą krytykować Trumpa i jego administrację, czy otwarcie mówić o kryzysie w relacjach Bruksela - Waszyngton, ale Stany Zjednoczone wciąż mają status supermocarstwa i ocieplenie relacji z takim partnerem to dobra wiadomość dla każdego państwa nie tylko w UE, ale na świecie.

Podobnie jak zwiększenie obecności wojskowej Amerykanów w naszym kraju, które bezpośrednio przekłada się na zwiększenie bezpieczeństwa Polski. W mocno niestabilnych czasach i mając tuż obok potężnego i nieobliczalnego sąsiada, to wartość nie do przecenienia. Nawet w sytuacji, gdy wszelkie koszty z tego tytułu musi pokryć Warszawa. Fakt, że Amerykanie są gotowi wysłać do Polski większą liczbę swoich żołnierzy pokazuje również, że nadszarpnięte sporem o reformę wymiaru sprawiedliwości i konfliktem dyplomatycznym z Izraelem relacje z Polską wracają do normy i mają dobre widoki na przyszłość. Warto jednak odnotować, że prezydent Trump nie zadeklarował jednoznacznie, czy odwiedzi Polskę we wrześniu.

Strategiczne znaczenie ma też zacieśnienie współpracy w obszarze energetyki, które jest kolejnym krokiem Polski na długiej drodze do wyzwolenia się z zależności od Rosji. Szczególnie ciekawe jest tu porozumienie o cywilnym wykorzystaniu energii jądrowej, chociaż nie mając konkretnych informacji o detalach, trudno realnie ocenić wartość i wagę tej umowy.

Język konkretu i pieniądza

W tej dyplomatyczno-wojskowej beczce miodu nie brakuje jednak łyżki dziegciu. A być może nawet kilku łyżek. Jak podkreślił prezydent Trump, to Polska pokryje wszelkie koszty zwiększenia liczby amerykańskich żołnierzy na swoim terytorium. Mimo tego ani jedna, ani druga strona nie wspomniała, jaka będzie to kwota. W przeszłości spekulowano o sumie 2 mld dol. Wygląda to więc tak, jakbyśmy kupowali sobie militarną ochronę ze strony supermocarstwa. W teorii nie ma w tym nic złego, zwłaszcza zważywszy na geopolityczną sytuację Polski, ale każe postawić pytanie o długoterminowość takiego przedsięwzięcia. Czy po ewentualnej zmianie ekipy rządzącej w Białym Domu porozumienie nie zostanie zerwane albo istotnie renegocjowane na naszą niekorzyść? Nie wiemy tego. Jednak fakt, że to my ponosimy wszelkie koszty nie poprawia naszej pozycji negocjacyjnej.

Mimo licznych zapewnień o szczególnych relacjach Polski i Stanów Zjednoczonych oraz mocy wzajemnych komplementów z obu stron, polskie władze muszą pamiętać, w co prezydent Trump gra w skali globalnej i jak Polska się w to wpasowuje. Tajemnicą poliszynela jest, że zależy mu na osłabieniu Unii Europejskiej. Coraz krytyczniej wypowiada się też o funkcjonowaniu i przyszłości NATO. A są to dwa filary naszego międzynarodowego bezpieczeństwa. Powinniśmy robić, co w naszej mocy, aby umacniać pozycję tych organizacji w świecie i niezmiernie uważać, by nie stać się w czyichś rękach narzędziem ich osłabiania.

Wreszcie zacieśnienie współpracy z Waszyngtonem ponownie przywołuje odwieczne pytanie o styl prowadzenia polityki zagranicznej przez obecną ekipę rządzącą. De facto chodzi o opieranie tejże polityki wyłącznie o relacje ze Stanami Zjednoczonymi, przede wszystkim kosztem kluczowych partnerów Polski w Unii Europejskiej. Jest to tym ważniejsze, że Europa już od jakiegoś czasu nie jest głównym obszarem zainteresowań Białego Domu na mapie świata. Przegrywa nie tylko z rejonem Pacyfiku (Chiny), ale także Bliskim Wschodem (Iran, Irak), a więc regionami, w których Amerykanie mają swoje strategiczne interesy. Podpisanie deklaracji z Polską nic w tej materii na korzyść Europy nie zmienia. Warto, żeby przedstawiciele polskiej strony o tym pamiętali, a co za tym idzie - odpowiednio rozkładali akcenty między Waszyngtonem a Brukselą i grali na obu tych fortepianach. Bo "i" jest dla nas w tym wypadku dużo korzystniejsze od "albo".

Patrząc realnie na bilans podpisanej deklaracji, można powiedzieć, że obie strony uzyskały mniej więcej to, na czym im zależało. Zarówno Warszawa, jak i Waszyngton będą mogły przedstawić to jako swój sukces w polityce międzynarodowej, czyli to, czego najbardziej im brakuje. Chociaż to Amerykanie zrobili znacznie lepszy deal, dla strony polskiej pozytywne jest to, że najwyraźniej nauczyła się rozmawiać z Trumpem jedynym językiem, który amerykański prezydent rozumie - biznesowym językiem konkretu i pieniądza. A to już spory postęp.