"Na mnie możecie zawsze liczyć". Jednak zamiast na Tuska opozycja powinna liczyć przede wszystkim na siebie [ANALIZA]

Donald Tusk nie porzucił opozycji po dotkliwej przegranej w eurowyborach ze Zjednoczoną Prawicą. Podczas swojego przemówienia w Gdańsku wskazał jej drogę, którą powinna podążać, żeby pokonać "dobrą zmianę". Wciąż nie zdradził jednak, czy sam na bitwę z PiS-em wyruszy.
Zobacz wideo

Przewodniczący Rady Europejskiej nie ogłosił w Gdańsku powołania do życia Ruchu 4 Czerwca. Kilku tysiącom słuchających go na gdańskim Długim Targu ludzi, a przede wszystkim liderom partii opozycyjnych, dał jednak do zrozumienia, że wraca do gry. Jednak nie w roli wyczekiwanego przez niektórych rycerza na białym koniu, ale szarej eminencji, nie kluczowej gwiazdy drużyny, a raczej stojącego z boku trenera. Niby coś dużego, ale wciąż nie to, na co wszyscy liczyli. Dla liżącej rany po wyborczym laniu i wzajemnie przerzucającej się winą za porażkę opozycji to jednak i tak najlepsza wiadomość od 26 maja.

Misja: Senat

Ze słów Tuska najważniejszy wniosek dotyczy strategii opozycji na jesienne wybory. Oficjalna linia wciąż brzmi: walczymy o zwycięstwo. Jednak z koncepcji, którą w Gdańsku nakreślił były premier, jasno wynika, że kluczowy dla opozycji jest Plan B - odbicie z rąk Zjednoczonej Prawicy Senatu, a w domyśle także odzyskanie Pałacu Prezydenckiego wiosną 2020 roku.

Zakładając, że jesienią PiS nie zdobędzie w Sejmie, samodzielnie lub w koalicji, większości trzech piątych koniecznej do odrzucenia prezydenckiego weta, taki scenariusz zatrzymałby legislacyjny walec "dobrej zmiany". Oczywiście możliwych jest też wiele innych scenariuszy - PiS zdobywa 60 proc. miejsc w Sejmie; opozycja odbija Senat, ale nie Pałac Prezydencki; PiS zdobywa większość konstytucyjną w izbie niższej parlamentu; jesienią opozycja przegrywa bitwę o Senat, ale wiosną 2020 roku jej kandydat wygrywa prezydenturę.

Która z powyższych opcji się sprawdzi i czy któraś w ogóle się sprawdzi? Dziś jeszcze za wcześnie, by wyrokować. Faktem jest jednak, że zadaniowe i punktowe myślenie opozycji jako alternatywa dla walki o wyborcze zwycięstwo, to dobry i, co ważniejsze, możliwy do zrealizowania pomysł. Możliwy dlatego, że Tusk wykłada na stół nowe, mocne karty - najpopularniejszych prezydentów polskich miast. Nie bez powodu za plecami przewodniczącego Rady Europejskiej stali Jacek Sutryk (prezydent Wrocławia), Rafał Trzaskowski (Warszawa), Jacek Jaśkowiak (Poznań), Hanna Zdanowska (Łódź) i Aleksandra Dulkiewicz (Gdańsk).

To są ludzie, którzy wiedzą, jak dzisiaj wygrywać. Chcą pomóc w wyborach do obu izb. Ja lubię takie wyniki "do jednego". Lubię wynik 27:1, ale dzisiaj myślę bardziej o wyniku 99:1

- przyznał Tusk, odnosząc się do pamiętnego zwycięstwa "Solidarności" w czerwcu 1989 roku. - W wyborach do Senatu możemy im zrobić powtórkę z rozrywki. Możemy wygrać - przekonywał.

Ochoczo zachwalał też stojących za nim samorządowców jako tych, którzy przełamali polityczne i partyjne podziały, zdobywając wyborców, którzy normalnie nie głosują na formacje opozycyjne. Właśnie to umiejętne poszerzanie elektoratu jest jego zdaniem kluczem do wyborczej wygranej w batalii o Sejm i Senat.

Instrukcja prowadzenia kampanii

Ponad 20-minutowe wystąpienie przewodniczącego Rady Europejskiej bogate było w historyczne analogie do lat 80., "Solidarności" i walki z komunistycznym reżimem. Dla opozycji ważniejsze jednak były fragmenty, w których Tusk radził, co poprawić w nadchodzącej kampanii i jak wygrać z PiS-em jesienią tego roku. A takich wskazówek nie brakowało.

Tusk szczególny nacisk położył na trzy. Pierwsza - nie poddawać się i nie ustawać w walce, mimo przeciwności losu i porażek. Druga - nie tylko wierzyć w końcowe zwycięstwo, ale "każdego dnia ciężko na to zwycięstwo pracować". Wreszcie trzecia - stanowić jedność, zamiast dzielić się i kłócić między sobą. - Fenomen polskiego zwycięstwa polegał na tym, że Polacy nie podzielili się wówczas na wschód i zachód, wieś i miasto, biednych i bogatych. To w ogóle by nikomu do głowy nie przyszło - były premier kontynuował historyczne paralele.

Zwrócił też uwagę na to, co było przedmiotem sporów w samej Platformie Obywatelskiej, czyli że wyborców zdobywa się na ulicach, między ludźmi, wykonując ciężką, mozolną pracę, konfrontując się z trudnymi pytaniami, a nawet niechęcią rozmówców.

Nigdy nie spotkałem się z agresywną odmową dialogu, kiedy poważnie traktowałem swojego rozmówcę. Trzeba tylko wyjść do każdego bez wyjątku. I nie mówię tu tylko o gabinetowych grach czy politycznych intrygach, tylko o nieustannej codziennej pracy. Wszędzie tam, gdzie to jest możliwe

- instruował Tusk.

Ku pokrzepieniu (opozycyjnych) serc

Przemowa Tuska miała też walor zupełnie podstawowy, ale bardzo ważny. Zwłaszcza po dotkliwej wyborczej porażce. Miała pokrzepić serca opozycji. Nie tyle nawet partyjnych liderów i działaczy, co przede wszystkim wyborców, którzy mogli zwątpić po przegranej w teoretycznie najłatwiejszej dla opozycji elekcji.

- Jesteście dzisiaj trochę przygnębieni. Ale tydzień wystarczy, tak? - zagaił Tusk, po czym szybko przeszedł do historycznej dygresji.

Gdyby tamci w '88 roku byli przygnębieni, to nie wiadomo, gdzie dzisiaj byśmy byli. Ja też nie byłem szczęśliwy, jak się domyślacie. Ale smutasy nigdy niczego nie wygrają

- przypomniał.

- Nie wierzcie tym, którzy mówią, że blisko 40 procent to jest nic, to do wyrzucenia - stwierdził były premier i dodał, że najgorszym, co mogłaby teraz zrobić opozycja, to podzielić się na kilka mniejszych obozów. Chociaż przyznał, że do zwycięstwa zabrakło opozycji kilku procent, to jego zdaniem tylko dlatego, że Koalicja Europejska nie była dość zjednoczona i nie poszła do wyborów dostatecznie szerokim frontem.

Bardzo ważnym elementem w wystąpieniu Tuska było budowanie historycznego pomostu między walczącą z komunistycznym reżimem "Solidarnością" a dzisiejszymi zwolennikami opozycji.

Jak tak powtarzam, za czym była "Solidarność" i dlaczego była taka pozytywna, to sobie uświadamiam, że przecież dokładnie o to samo chodzi dzisiaj tym wszystkim, którzy chcą poparcia Polaków, głosów Polaków. Przecież oni są pozytywni. Jesteście siłą dobrą, a nie złą. To oni są przeciw, a wy jesteście za

- podkreślił Tusk.

Kreowanie przez Tuska czegoś na kształt mitu "Solidarności bis" to pierwsza tak wyraźna próba znalezienia aksjologicznego spoiwa dla wyborców szeroko rozumianej opozycji. Grupy dotychczas mocno niejednorodnej, podzielonej i pozbawionej trwałego wspólnego fundamentu na poziomie symboli i wartości.

To dlatego były premier tak stanowczo podkreślił, żeby sympatycy opozycji nie dali się zamknąć w szufladce "antyPiS-u". 

Nie jesteście żadnym antyPiS-em, nie jesteście negatywną siłą, która nie ma żadnego pomysłu, która jest tylko przeciw. To jest nieprawda

- zaznaczył przewodniczący Rady Europejskiej. I dodał: - Tak samo jak wówczas w roku '89 "Solidarność" była czystą pozytywną siłą. Była, oczywiście, przeciw władzy, ale dlatego, że była za. Za wolnością, za demokracją, za rządami prawa, za dobrą konstytucją, za wejściem w polityczną wspólnotę Zachodu.

Suspens, który męczy

Tusk czekał ponad tydzień, żeby na poważnie odnieść się do przegranych przez opozycję wyborów. Kiedy już to zrobił, to w swoim stylu pilnował się, żeby nie pójść o krok za daleko i nie złożyć deklaracji, z której można byłoby go łatwo rozliczyć. Z jednej strony wszedł w krajową politykę mocniej niż kiedykolwiek w ostatnich czterech latach, ale z drugiej jeśli zaryzykował, to nie swoim autorytetem. Na szali położył bowiem reputację zapatrzonych w niego prezydentów polskich metropolii.

To zręczne zagranie. Opozycji wreszcie daje jakiś konkret, coś do czego można się ustosunkować. Czas pokaże, czy jest to coś, co okaże się przydatne w wyborczym starciu ze Zjednoczoną Prawicą. Dla Tuska to natomiast wygodny scenariusz. Co prawda w razie klęski ponadpartyjnej, społeczno-politycznej listy do Senatu, oberwie się także jemu, jednak nie na tyle mocno, żeby zniszczyć jego polityczne CV i zburzyć pomnik, jaki budował sobie przez ostatnie kilkanaście lat.

Tusk jest w polityce zdecydowanie zbyt długo i jest zbyt wytrawnym graczem, żeby po srogim laniu, które Koalicja Europejska zaliczyła 26 maja postawić wszystko na tę kartę. Na pewno nie teraz. Być może wcale. W nadchodzących tygodniach i miesiącach będzie obserwować rozwój wydarzeń - śledzić sondaże, sprawdzać nastroje po stronie opozycyjnej, wypatrywać szans na ewentualne odrodzenie Koalicji Europejskiej, sondować potencjalnych kandydatów na wspomnianą listę do Senatu. Jeśli nadarzy się okazja, wspomoże opozycję radą albo (kolejnym) wystąpieniem.

Jednak decyzji o swojej politycznej przyszłości na razie nie podejmie. Jasnej deklaracji o powrocie do polskiej polityki zwolennicy opozycji nie mają co wyczekiwać. Paradoksalnie, wcale nie musi to oznaczać dla Platformy i spółki końca marzeń o pokonaniu PiS-u. Wszelkie sondaże poparcia i zaufania do polityków pokazują, że aktualnie powrót Tuska do Polski nie wywróciłby układu sił na polskiej scenie politycznej do góry nogami. Wydaje się, że Polacy są już zmęczenie nieustającym suspensem, który serwuje im "prezydent Europy". Być może, gdyby jego powrót stał się faktem, sytuacja uległaby zmianie, ale to już czysta probabilistyka.

Swoje wystąpienie Tusk zakończył słowami: - Głęboko w to wierzę, że jeśli na nowo będziemy potrafili wydobyć ze swojej piersi z pełnym przekonaniem ten okrzyk wiary "Nie ma wolności bez solidarności", to zwyciężymy. Tego wam życzę. Z Gdańska na pewno znowu pójdzie ten sygnał. Na mnie możecie zawsze liczyć.

Jednak dla własnego dobra opozycja powinna dzisiaj liczyć przede wszystkim na samą siebie, bo to o jej przyszłość toczy się gra.

Zobacz wideo
Więcej o: