PiS gryzło trawę, a opozycja raczyła się bananami. Obie strony dostały to, na co zapracowały [ANALIZA]

Jacek Gądek
W tych wyborach Prawo i Sprawiedliwość gryzło trawę, a Koalicja Europejska raczyła się bananami. Jarosław Kaczyński tak zbudował listy PiS, by nakręcić wewnętrzną rywalizację. Grzegorz Schetyna sklecił swoje tak, aby każdy dostał swoje bez wysiłku. Wsparcie Donalda Tuska nic już nie zmieniło. Obie strony dostały to, na co zapracowały.

Wygrana PiS-u jest miażdżąca. Nikt nigdy w Polsce nie wygrał wyborów z tak wysokim wynikiem. A były to dla PiS-u najtrudniejsze z wyborów. Zapracowała na to cała maszyneria obozu władzy, a z drugiej strony lichawa opozycja - z kiepskimi listami, miałką kampanią, brakiem programu i brakiem lidera.

Lekcja z 2014 r.

Koalicja Europejska może zacznie się uczyć na własnych błędach, bo z błędów PiS-u wyciągnęła niewiele. Tu szczypta historii: gdy w 2014 r. Jarosław Kaczyński namaścił prof. Zdzisława Krasnodębskiego na "jedynkę" PiS w Warszawie, szybko się zorientował, że kandydat nie jest zrywny do pracy. Nobliwy naukowiec zachowywał się tak, jakby naród dostąpił zaszczytu oddania głosu na niego, a kandydat z łaskawością przyjmie hołd od suwerena. Wszedł co prawda do Parlamentu Europejskiego, ale Jarosław Kaczyński wyciągnął wnioski z tej lekcji: tegoroczne listy zbudował tak, aby nikt nie był pewny swego i do końca walczył o mandat - żeby walczył o swoje, a w efekcie o partyjne.

Zupełnie inną filozofię przyjął w zakończonych właśnie wyborach Grzegorz Schetyna - za cenę porozumienia wszystkich partii w ramach Koalicji Europejskiej ułożył listy tak, aby każdy dostał swoje - bez wysiłku. Najważniejsze było sklecić Koalicję Europejską, co akurat się udało. "Krasnodębskim Schetyny" okazał się być Włodzimierz Cimoszewicz, który unikał wyborców, jakby nie chciał ich spłoszyć, a na koniec jeszcze potrącił staruszkę na pasach.

Schetyna genialny za zapleczu...

Trzeba jednak Grzegorzowi Schetynie oddać jedno: pokazał swoją sprawność w polityce gabinetowej - w tej dziedzinie ociera się o genialność. Ale nic więcej. W kampanii trafił się tylko jeden moment, w który Schetyna autentycznie porwał ludzi: gdy w czasie powodzi nagrał na wałach spot wyborczy. Ale był to poryw ponadpartyjnego wkurzenia. Jeśli szefa partii zawodzi instynkt w takim momencie, to znaczy, że na frontmena się zwyczajnie nie nadaje.

...i beznadziejny na froncie

W tych wyborach okazała się w sumie oczywista rzecz: nie da się wygrać wyborów obiecując ludziom, a taka była najmocniej akcentowana obietnica KE, że się nie odbierze tego, co im dała obecna władza. Schetyna w gruncie rzeczy mógł jednak składać dowolne obietnice: 1000 zł albo milion na dziecko, czternastą emeryturę i słoneczną pogodę na każdy weekend. I tak w każdej takiej bliskiej ludziom obietnicy jest niewiarygodny jak cała opozycja.

Śledząc codziennie politykę albo zamykając się we własnych bańkach, można łatwo stracić kontakt z ludźmi i sprawami, którymi oddychają. Paradoksalnie, najmniej o świecie masowego wyborcy wiedzą nałogowi widzowie 24-godzinnych kanałów informacyjnych. A rzeczywistość jest taka: ludzie mają pracę, pensje rosną, 500 plus wpływa na konta milionów osób, niższy wiek emerytalny i "trzynasta" emerytura nie wywróciły budżetu. Wyborca, którego jakość znacznie wzrosła, może zapytać: jest super, więc o co chodzi opozycji?

Tusk zainwestował swój autorytet i przegrał

Koalicja Europejska wychodzi z tych wyborów jako koalicja przegranych. Ale ten wynik wyborów to porażka nie tylko samego Schetyny, ale także Donalda Tuska. Szef Rady Europejskiej bardzo dużo ze swojego autorytetu zainwestował w tę kampanię. KE jest też po części jego projektem, bo wywierał presję na stworzenie szerokiego frontu opozycji z byłymi premierami jako "lokomotywami" list.

Po drugie: Tusk najpierw budował narrację o polexicie - ona zupełnie zgasła. Tuż przed wyborami bił w PiS i Jarosława Kaczyńskiego, którego porównywał do irańskiego ajatollaha. Tusk rozminął się ze społecznymi emocjami, bo Kaczyński zaczyna już uchodzić bardziej za hojnego dziadka niż mściwego satrapę.

Klęska KE w najłatwiejszych dla siebie wyborach krzyżuje plany Tuska, by mieć w przyszłym roku otwartą furtkę do prezydentury. Wygrana PiS i prawdopodobna kontynuacja trendu na jesieni sprawiają, że musiałby tę furtkę wyważać, a to od lat już nie leży w jego mentalności. Tusk jest obecnie gotów zaryzykować tylko czyjąś osobistą porażkę - jak teraz Schetyny i Władysława Kosiniaka-Kamysza - ale nie własną.

Opozycja bardzo podbijała stawkę tych wyborów - PiS zresztą też, więc obie strony uznały, że są o krok od wygranej. Na marszu "Polska w Europie" Tusk przekonywał: - Wszystko w waszych rękach. Odrzućcie zwątpienie i strach, nie ma żadnego powodu żebyście się lękali. Jest nas po prostu więcej! Idźcie do zwycięstwa! Polska znowu zadziwi świat i Europę, wszystko w waszych rękach!

Polska nie zadziwiła ani świata, ani Europy, ale samego Donalda Tuska i Grzegorza Schetynę.

Koalicja może się rozlecieć

Po klęsce KE przyszłość tego bloku jest co najmniej niepewna. Naturalną rzeczą będzie rozkład Koalicji, bo przecież zdobyła ona nawet mniej głosów niż jej składowe formacje w 2015 r. Klucz do przetrwania KE trzyma PSL, w którym od początku był spory opór przed wchodzeniem w ten alians.

Skalę porażki KE przebija jednak głębia refleksji polityków opozycji już po porażce. Bronisław Komorowski już palnął, że "PiS głównie wygrywało w tych kręgach wyborczych, które nie płacą podatków". Czytaj: na PiS głosują darmozjady. Z taką pogardą żadnych wyborów wygrać się nie da.

Z kolei Schetyna stwierdził: - Pomysł na pokonanie PiS? Uważam, że ten pomysł jest. Tylko trzeba go dobrze znaleźć i wiedzieć, z kim go szukać. Znajdziemy go wspólnie, bo uważam, że to jest najważniejsze, żeby wiedzieć, z kim go szukać i z kim można zrobić to skutecznie.

Czy masowy wyborca jest w stanie zrozumieć, o co chodzi liderowi opozycji? Schetyna jednocześnie już zapowiada, że czas teraz na jeszcze szerszy front, by wygrać na jesieni. Czyli receptą na sukces ma być więcej tego, co przyniosło porażkę i z tym samym liderem.

Zobacz wideo
Więcej o: