Jan Żaryn w oblężonej twierdzy. Senator ma pretensje do Żydów, że zobaczyli antysemityzm [ANALIZA]

Wiktoria Beczek
Pytany o wielkanocny obrzęd w Pruchniku, senator Jan Żaryn zadumał się nad zainteresowaniem strony żydowskiej polskimi antysemickimi wybrykami. Za większą szkodę uznaje on bowiem nagłaśnianie "sądu nad Judaszem" niż sam fakt, że okładanie kijami kukły Żyda miało miejsce.
Zobacz wideo

Konstanty Gebert po wydarzeniach w Pruchniku napisał dla "Gazety Wyborczej" tekst "Ludobójstwo zaczyna się od takich obrzędów". Argumentował w nim, że ten obrzęd wyglądał niemal identycznie sto lat temu, a jednym z czynników, który spowodował Zagładę Żydów był "ludowy chrześcijański antysemityzm". Komentarz jest wart uwagi choćby dlatego, że przedstawia perspektywę polskiego Żyda, który dziś, 80 lat po wojnie, obserwuje odrodzenie pewnych antysemickich prądów. O tekst w radiowej Trójce został zapytany prof. Jan Żaryn, dziś senator PiS, członek rady Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, dawniej wysoki urzędnik IPN i przede wszystkim historyk. Żaryn powiedział co następuje:

Uprzejmie proszę pana Dawida Warszawskiego [pseudonim Geberta - red.], aby się nie wtrącał w nie swoje sprawy. Jak zostanie katolikiem, sam zrozumie.

Innymi słowy: Panie Gebert, pan jesteś Żyd i nie pańską rzeczą są nasze, polskie, katolickie obrzędy. My będziemy palić kukłę Judasza, o wyglądzie chasyda, pokrzykiwać "to za odszkodowania" i wam, Żydom nic do tego.

A przecież gdyby to parlamentarzysta muzułmańskiego czy buddyjskiego kraju powiedział, że katolicy mają się nie wtrącać w antykatolickie obrzędy, to polscy politycy, z senatorem Żarynem na czele, prześcigali by się w wyrazach najświętszego oburzenia. Gdyby zaś w Izraelu spalono kukłę o wyglądzie Polaka, MSZ natychmiast ściągał by do kraju ambasadora i odsyłał do Izraela ich dyplomatów. 

Jak Holandia walczyła z obrzędem

Dziś wielu prawicowych polityków grzmi o konieczności obrony polskich tradycji, jak gdyby chodziło o malowanie pisanek i święcenie palemek. A chodzi o paskudne antysemickie przedstawienie. I nie ma żadnego znaczenia, czy obrzęd ten jest praktykowany od lat dwóch, dwudziestu czy dwustu.

Przykładem tego, jak obrzędy muszą dostosować się do realiów jest holenderski Czarny Piotruś, pomocnik św. Mikołaja. Według najpopularniejszej legendy, Piotruś to uwolniony przez św. Mikołaja niewolnik (w Holandii handel ludźmi był na porządku dziennym, wysyłano ich również do pracy w holenderskich koloniach). Za Czarnego Piotrusia przebierają się biali, smarują twarze na czarno, malują sobie wielkie usta i wkładają peruki. To tzw. blackface, forma szczególnie popularna w XIX-wiecznych Stanach Zjednoczonych. Aktorzy i kabareciarze przedstawiali karykatury czarnych - niewolników, wesołków, a przede wszystkich głupków.

Czarny Piotruś zaczął wywoływać kontrowersje na przełomie XX i XXI wieku. Choć sami Holendrzy nie uważali tradycji za rasistowską, coraz częściej takie głosy zaczęto podnosić na świecie (w USA blackface już od dawna był niedopuszczalny). Z biegiem lat do protestów dołączali czarnoskórzy Holendrzy i wszyscy ci, którzy uznawali Czarnego Piotrusia za niechlubną kolonialną spuściznę. W ostatnich latach szkoły, organizatorzy imprez, czy władze kanałów telewizyjnych dla dzieci zaczęły powoli odchodzić od tego tradycyjnego przedstawiania postaci, a po roku 2020 blackface będzie zabroniony podczas imprez publicznych. Nie przeszło to jednak zupełnie bez sprzeciwu - przeciwnicy Czarnego Piotrusia byli atakowani i otrzymywali pogróżki, a w ubiegłym roku na manifestacji pojawili się neo-naziści, którzy z rękami wyciągniętymi do Hitlergruss, wykrzykiwali rasistowskie slogany i rzucali w protestujących jajkami i puszkami po piwach. Jak zauważył aktywista Mitchell Esajas, "jeśli po stronie obrońców Czarnego Piotrusia pojawili się neo-naziści, może warto jednak zastanowić się nad tą tradycją".

Syndrom oblężonej twierdzy

Stanie w jednym rzędzie z ekstremistami faktycznie powinno dawać do myślenia, czy oby na pewno stoi się we właściwym rzędzie. Ale to nie jest argument, który przemówi do senatora Żaryna. Ten bowiem jest ofiarą syndromu oblężonej twierdzy i przekonuje, że jakiekolwiek pretensje ze strony środowisk żydowskich to "wola niszczenia naszej [katolickiej] religijności".

Żaryn uważa również, że strona żydowska "potrafi z lupą w ręce dojrzeć na globie jakiś Pruchnik - rzeczywistość totalnie marginalną, i zrobić z tego światowy rozgłos antywizerunkowy względem Polski". Dziwny jest to system wartości, w którym karcić należy tego, kto zobaczył złą rzecz, a nie tego, kto ją popełnił. 

Prawdą jest natomiast, że Izrael chętnie nagłaśnia antysemickie wybryki w Polsce. Najlepsze ze znanych mi tłumaczeń tego zjawiska przedstawiła w rozmowie z "Więziami" Halina Birenbaum, pisarka, ocalona z Holocaustu i działaczka na rzecz polsko-izraelskiego zrozumienia. Birenbaum wyjaśniała, że wielu polskich Żydów, którzy przeżyli Zagładę czuje się skrzywdzonych przez Polaków - wydanych, upokorzonych, wyrzuconych, okradzionych z domów i mienia. Wielu ma też żal, że Polacy patrzyli bez współczucia, jak Żydów zamykano w gettach, że prowadzili normalniejsze życie.

Ci Żydzi często nie chcą pamiętać, że to nie było takie całkiem normalne życie, że Polaków też zabijano, zamykano w obozach. Mają żal o tę normalność

- mówiła pisarka. Dodała, że Żydzi mają też żal o wydarzenia 1968 roku, wyrzucenie z ojczyzny, a w końcu należy pamiętać, że Polska dla wielu jest "strasznym cmentarzem, gdzie pogrzebane są popioły naszych bliskich, nasz świat, całe nasze życie".

Przyznała również, że młodzi Izraelczycy nierzadko są wrogo nastawieni przez "tendencyjne, ideologiczne wychowanie", brakuje im też wiedzy o okupowanej Polsce.

Zanim ci młodzi ludzie przyjadą do Polski, już są przerażeni, bo uprzedza się ich, że mogą być narażeni na niebezpieczeństwo, zaatakowani, więc muszą trzymać się grupy, ochrony. A potem słyszą: tu Niemcy zabili tylu i tylu Żydów i zastanawiają się, dlaczego Polacy tym Żydom nie pomogli, dlaczego tak spokojnie na to patrzyli, dlaczego zgodzili się, by obozy śmierci były budowane w Polsce - i sami sobie udzielają odpowiedzi. (...) dochodzą do wniosku, że wszyscy Polacy nienawidzili Żydów i że dzisiaj też ich nienawidzą. A jednocześnie wiedzą, że Niemcy się do swoich zbrodni przyznali, że są teraz sojusznikami Izraela, że finansują badania nad Holocaustem itd. O Polsce nie wiedzą nic. Czują się tu osaczeni, widzą antysemickie napisy na murach i czują wściekłość

- wyjaśniała Birenbaum, która sama przyjeżdża z młodymi Izraelczykami do Polski i sprawia, że ci kwestionują to, co słyszeli w ojczyźnie. Widzą bowiem, że ich polscy rówieśnicy płaczą, gdy słuchają o Zagładzie, chcą się z nimi zaprzyjaźnić. Jednak jej zdaniem większość młodzieży przyjeżdża tylko dlatego, że taki jest program edukacyjny i wcale nie interesują się tym, co spotkało Żydów wczasie wojny.

Lekcja historii Lecha Kaczyńskiego

Birenbaum nie jest oczywiście jedyną ambasadorką dobrych relacji polsko-żydowskich i zwolenniczką poprawiania ich przez edukację. Należy przypomnieć, że sam Żaryn po katastrofie smoleńskiej został jednym z regionalnych koordynatorów Ruchu Społecznego im. Lecha Kaczyńskiego. I to właśnie nieżyjący prezydent spotkał się z ministrą edukacji narodowej Izraela Juli Tamir, by opowiedzieć jej o tysiącu lat wspólnej polsko-żydowskiej historii

Nie twierdzę, że byliśmy święci. Byli Polacy, którzy ochoczo kolaborowali. Byli tacy, którzy kolaborowali, bo było im wszystko jedno. Byli ci kolaborujący ze strachu. Ale byli też ci, którzy walczyli. Byliśmy podbitym narodem. Przegraliśmy bitwy i kampanie. W czasie II wojny światowej zginęło sześć milionów Polaków, połowa z nich to Żydzi

- mówił prezydent Kaczyński i zarzucał, że Niemcy mieli pieniądze, by kupić przebaczenie Żydów, a Polska, biedny naród pod władzą Sowietów, nie miała nic do zaoferowania.

Juli Tamir o swoim spotkaniu z Kaczyńskim napisała, gdy polski rząd zdecydował ustawą zaprzeczyć zbrodniom, które Polacy popełniali na Żydach. Wspominała, że przed laty prezydent oprócz lekcji historii, przedstawił jej także plany budowy muzeum Polin i zaprosił do Warszawy, by poznała historię z naszej perspektywy. Dziś Polin, z którego Kaczyński był tak dumny, jest pozywane przez gwiazdy telewizji publicznej, za umieszczenie ich wypowiedzi jako przykładów współczesnego antysemityzmu. Z kolei Żaryn, zamiast przypomnieć sobie o ideach patrona ruchu, który współtworzył, woli ze swoich okopów rzucać oskarżeniami o niszczenie wizerunku Polski i bronić antysemickiego obrzędu. A tego robić nie wolno, szczególnie w kraju tak naznaczonym II wojną światową i szczególnie, gdy jest się profesorem historii.