Nauczyciele przegrywają z PiS-em. I to na własne życzenie ich związków [ANALIZA]

Jacek Gądek
Im dłużej trwa strajk, tym topnieje poparcie społeczne dla niego. Im głośniej związki zawodowe mówią tylko o podwyżce pensji, tym trudniej o solidarność z belframi. A do tego termin strajku uderza w szanse edukacyjne dzieci. Nauczyciele przegrywają starcie z rządem - głównie przez własne związki zawodowe.
Zobacz wideo

To, co miało być największym straszakiem związków nauczycieli na rząd Prawa i Sprawiedliwości pokazało, że strajkujący dziś nauczyciele są bezsilni. Związki zawodowe stawiały sprawę jasno: przez strajk mogą się nie odbyć egzaminy gimnazjalne i ósmoklasisty. Odbyły się. To, dlaczego, dziś ma już mniejsze znaczenie, bo w odczuciu społecznym władza wygrała.

Zwłaszcza Związek Nauczycielstwa Polskiego licytował bardzo wysoko, a finalnie okazało się, że ma słabe karty.

Przestrzelony termin

Sposób rozgrywania konfliktu przez obóz władzy jest metodyczny i skuteczny - z punktu widzenia technologii utrzymywania władzy, a nie interesu klientów i pracowników systemu edukacji (uczniów i nauczycieli). Związki zawodowe nauczycieli ułatwiły zresztą Prawu i Sprawiedliwości zadanie.

Termin strajku wybrano źle: w czasie egzaminów gimnazjalnych, sprawdzianu ósmoklasisty, a być może i matur. A jednocześnie w kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego - dla PiS-u drugorzędnych. Dla nauczycieli lepiej byłoby wybrać 1 września - czas bez egzaminów, a przed najistotniejszymi dla obozu władzy wyborami parlamentarnymi.

Ryzyko dla nauczycieli

Trwający już teraz strajk to ryzykowny ruch dla belfrów. Po pierwsze: społecznie - bo traci się początkowego sojusznika, jakim powinni się stać rodzice i szerszy krąg społeczny niż tylko zatwardziali wyborcy opozycji.

Przeciągający się strajk topi i tak już ograniczoną solidarność rodziców z nauczycielami. Widać to w sondażach. Tydzień temu w badaniu Kantar dla "Gazety Wyborczej" 52 proc. ankietowanych popierało strajk, a 43 proc. było przeciwko. Teraz już - to sondaż dla TVN - 49 proc. Polaków nie popiera strajku nauczycieli, z kolei 47 proc. stoi po stronie protestujących pedagogów. Polacy zaczęli się odwracać od nauczycieli, gdy ci na serio zastrajkowali.

Kręgi opozycyjne starają się animować i podtrzymywać strajk, ale skala tej próby jest mikra. Powołanie Funduszu Strajkowego, na którym jest już ponad 6 mln zł i płomienne mowy znanych ludzi nie zmieniają stanu gry. Jeśli znajdzie się na nim zaraz 10 mln zł, to na głowę nauczyciela przypadnie 20 zł. Miliony robią wrażenie, ale efekt skali obraca je w symboliczne kwoty.

PiS chce pacyfikować głodem

Zwłaszcza, że PiS w białych rękawiczkach sięgnęło po finansowe ostrze i chce spacyfikować strajkujących głodem. Jak? Rząd stoi na stanowisku (bo i tak mówi prawo), że pracownikom za czas strajku pensja się nie należy. Wynagrodzenia strajkujących wypłacane na początku maja mają być już więc pomniejszone.

Nieprzypadkowo obóz władzy grał na czas, zapraszając do "okrągłego stołu" ws. edukacji na "po świętach". Im dłużej trwa strajk, tym niższe pensje mogą otrzymać nauczyciele, a rząd dostaje do ręki atut w negocjacjach: jak podpiszecie porozumienie, to pensje mogą zostać wypłacone, mimo że na podstawie aktualnie obowiązujących przepisów się wam nie należą. Argument o obniżce pensji o powiedzmy 1,5 tys. zł jest dla rzeszy mało zarabiających nauczycieli ważny i z pewnością demobilizuje.

Deklaracje włodarzy dużych miast, że za czas strajku i tak zapłacą, są zachęcaniem strajkujących do trwania w proteście. Oczywistą rzeczą jest, że to miejscowości, w których rządzi - upraszczając - antyPiS, chętnie będą np. za pomocą jednorazowych nagród rekompensować nauczycielom obcięte pensje. Ale to działania obchodzące prawo.

Propaganda niewiele zmienia

Media i elity społeczne wojujące z PiS, a wspierające bardziej liberalne pozycje, nie są w stanie istotnie zmienić społecznych odczuć wobec nauczycieli - bo są one oparte na własnych bądź osób bliskich doświadczeniach i są ugruntowane, jeśli chodzi o jakość pracy i wysokość wynagradzania. Propagandowa fale generowane przez media ws. strajku nauczycieli nie są w stanie odwrócić emocji, a jedynie je wzmocnić.

Wiara w siłę mediów i propagandy polityków akurat w tej sprawie jest złudna. Owszem, w innych tematach takie odwrócenie emocji społecznej jest możliwe, ale akurat nie w edukacji.

Dla przykładu: wobec uchodźców łatwo było zmienić nastroje za pomocą narzędzi propagandy. Ale to dlatego, że postawa Polaków wobec kryzysu imigracyjnego dopiero się wykuwała. Rodacy nie stykali się z uchodźcami, więc nie czuli ich dramatu, by okazać im miłosierdzie, ani nie ucierpieli z rąk agresywnych migrantów, by się ich organicznie bać. Problem migrantów dla Polaków nie był namacalny. Co innego strajk nauczycieli i własne doświadczenia z systemem edukacji.

Gdzie postulaty na rzecz uczniów?

Nauczycielskie związki zawodowe nie stanęły na wysokości zadania. "Solidarność" okazała się przybudówką Prawa i Sprawiedliwości. To Związek Nauczycielstwa Polskiego nadaje ton strajkowi i jest szyldem kilkusettysięcznej rzeszy belfrów - czy tego chcą, czy nie. A ZNP nie mówi językiem korzyści uczniów, rodziców i państwa - nawet jeśli to byłaby w dużej mierze tylko retoryka.

Przypomnijmy sobie strajk lekarzy-rezydentów. Jaki był ich postulat, który przebił? Otóż wzrost wydatków państwa na służbę zdrowia do 6,8 proc. PKB, a w dalszym rzędzie podwyżki dla siebie.

A jaki jest postulat związków zawodowych nauczycieli? Pierwotnie było to tysiąc złotych podwyżki "na rękę". W narracji i postulatach związków nie ma głośno artykułowanego żądania, które wprost przełożyłoby się na dobro ucznia. Nie ma na przykład: gońmy europejską czołówkę w wydatkach na edukację i jej jakość (nota bene wydatki Polski na edukację są powyżej średniej - 4,9 proc. wobec 4,6 proc. PKB dla całej Unii Europejskiej).

Czego nie widzi "warszawka"

Proszę zapytać na ulicy przypadkowych ludzi: o co walczą dziś nauczyciele? Ale nie na elitarnych Nowym Świecie czy Floriańskiej. Odpowiedź będzie: o swoje pensje. "O swoje". Nie udało się związkowcom stworzyć i nagłośnić narracji, że podwyżki przełożą się na lepszy dobór osób do zawodu i w efekcie lepszą edukację dla uczniów. Związki nie wychodzą z programem Edukacja+ dla uczniów, w ramach którego byłyby też podwyżki dla belfrów, ale jedynie z programem Podwyżka+, który zapomina o uczniach. To przepis na katastrofę - i wizerunku, i samego strajku nauczycieli.

Język korzyści powinien komunikować: zobacz, jak Twoje dziecko zyska na naszych postulatach, w tym i podwyżkach dla nas. Przecież rodzicowi zależy po pierwsze na jakości kształcenia swojego dziecka, a nie godnej pensji nauczyciela. Zwłaszcza na prowincji nauczyciel bywa postrzegany jako święta krowa, więc żądanie podwyżek w oderwaniu od jakości nauczania to dla tego elektoratu jak płachta na byka. Z perspektywy "warszawki" i "krakówka" nie dostrzeżemy istniejącej podskórnie negatywnej emocji społecznej wobec nauczycieli (szerzej przeczytasz o tym tutaj). Ludzie - nawet jeśli jest to przejaskrawione bądź wręcz nieprawdziwe - swoje wiedzą o wakacjach nauczycieli i dorabianiu na czarno korepetycjami.

Dziś związki zawodowe nauczycieli są przymuszane do zawarcia jakiegokolwiek porozumienia z rządem. Wbrew mantrom powtarzanym przez polityków PiS, partia ta jest silna wobec słabych. Dziś słabymi - w znaczeniu: bezbronnymi - są solidarnie nauczyciele z pasją i ich uczniowie. Kryzys samego strajku jak i spadające poparcie społeczne zafundowały belfrom ich słabe związki. Tu w znaczeniu: kiepskie.

Zobacz wideo