"Może zabrakło nam wyobraźni?". Tak PSL przegrywa z PiS-em polską wieś

Przed kolejnymi wyborami Prawo i Sprawiedliwość chce dokończyć to, co rozpoczęło jeszcze w 2015 roku - polityczną monopolizację polskiej wsi. To oznacza nową odsłonę wojny z PSL. Ludowcy są w tym starciu w wyjątkowo trudnej pozycji.
Zobacz wideo

PiS jest partią wszystkich Polaków, ale jest też partią polskiej wsi – zapewnił na początku kwietnia podczas regionalnej konwencji w Kadzidle prezes Jarosław Kaczyński. Po raz pierwszy wyraźnie zaapelował też wprost do mieszkańców wsi o poparcie jego ugrupowania: – Idźcie na te wybory głosować na partię polskiej wsi i to na tę prawdziwą, nie na tę udawaną.

"Udawaną" partią polskiej wsi jest w opinii prezesa Kaczyńskiego PSL, z którym PiS od początku tej kadencji Sejmu toczy wojnę o polityczne zmonopolizowanie polskiej prowincji. Bogaty pakiet socjalno-gospodarczy – m.in. finansowe wsparcie dla małych gospodarstw wiejskich, lokalnych producentów żywności, a także hodowców, którzy prowadzą własny chów i samodzielnie produkują paszę dla zwierząt – to kolejna jej odsłona. I po jednej, i po drugiej stronie nikt nie ma co do tego wątpliwości.

Docisnąć PSL

Od polityków PiS-u dowiadujemy się, że nowy rozdział bitwy o polską wieś wcale nie rozpoczął się od konwencji w Kadzidle. Ruszył znacznie wcześniej – kiedy PiS zaczęło ostro krytykować podpisanie karty LGBT+ przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego i słowa jego zastępcy Pawła Rabieja o adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Obietnice licznych dopłat dla rolników – przez opozycję prześmiewczo nazwane "Krowa plus" i "Świnia plus" – były tylko uzupełnieniem i dalszym etapem realizacji przyjętej wcześniej strategii.

To wszystko było zrobione z pełną premedytacją, żeby odbić jak najwięcej wyborców PSL na wsi i wbić klin w Koalicję Europejską. Wiedzieliśmy, że dla elektoratu ludowców te wszystkie tematy światopoglądowe są bardzo niekomfortowe. Potem dorzuciliśmy ofertę dla wsi. Te dwie sytuacje to system naczyń połączonych

– tłumaczy nam jeden z polityków PiS-u.

Inny dodaje:

Po wyborach samorządowych dla wszystkich w partii stało się jasne, że nie ma sensu inwestować w metropolie i duże miasta, bo i tak stoimy tam na straconej pozycji. Dlatego zapadła decyzja, żeby jeszcze mocniej zawalczyć o elektorat wiejski i małe miasteczka. Czyli jeszcze mocniej docisnąć PSL

Ludowcy, z którymi rozmawialiśmy, a także ludzie politycznie blisko związani z PSL nie mają złudzeń: sytuacja jest poważna. Jeszcze poważniejsza niż przed wyborami samorządowymi, które zamykały polityczny sezon 2018. PSL uzyskało wówczas co prawda w wyborach do sejmików 12,07 proc., ale stan posiadania i tak skurczył się ponad dwukrotnie w porównaniu z 2014 rokiem – ze 157 mandatów partii Władysława Kosiniaka-Kamysza zostało ledwie 70. Co więcej, ludowcy stracili dwa z trzech swoich bastionów – Lubelszczyznę i Świętokrzyskie. A to dziesiątki, jeśli nawet nie setki, miejsc pracy dla ludzi z partyjnego aparatu. Mazowsze PSL ocaliło cudem do spółki z Platformą Obywatelską, chociaż to, kto będzie rządzić w województwie ważyło się do ostatnich godzin przed pierwszą sesją sejmiku.

ROBERT GÓRECKI

Nic dziwnego, że na Nowogrodzkiej wynik wyborów sejmikowych, a także wynik samego PSL przyjęto z dużą satysfakcją.

Odebraliśmy to jako wielką klęskę PSL i potwierdzenie słuszności naszej strategii odbijania elektoratu ludowców na wsi. W skali kraju w sejmikach PSL ze 157 mandatów zeszło do 70, czyli straciło grubo ponad 50 proc. tego, co miało. To mówi samo za siebie

– tłumaczy nam polityk PiS-u.

Przetrwać w Koalicji

Świadomość powagi sytuacji jest również po drugiej stronie. Chociaż wyniki sondażowe Koalicji Europejskiej w ostatnich tygodniach są coraz lepsze i coraz częściej prognozują zwycięstwo nad obozem Zjednoczonej Prawicy w jesiennych wyborach parlamentarnych, nastroje w samym PSL są zgoła odmienne.

Jest strach i niepewność tego, co dalej, bo widać, że PiS wypycha PSL ze wsi

– mówi nam polityk świetnie orientujący się w sytuacji ludowców.

Terenowi działacze PSL nie są również zachwyceni faktem wejścia ich ugrupowania do Koalicji Europejskiej. Wielu z nich uważa to za krok ryzykowny i niepotrzebny. Samą Koalicję postrzegają jako byt liberalno-lewicowy, zbyt odległy światopoglądowo od tego, co reprezentuje PSL. Obawiają się rozmycia tożsamości ludowców i firmowania przez partię Kosiniaka-Kamysza poglądów oraz projektów sprzecznych z tradycją ludowców. To dlatego tak duże emocje wywołała w elektoracie PSL karta LGBT+ i wypowiedź o adopcji dzieci przez pary jednopłciowe.

Grzegorz Schetyna z PO i Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL.Grzegorz Schetyna z PO i Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL. Fot. Dominik Gajda / Agencja Gazeta

Urszula Pasławska, posłanka i wiceprezeska PSL, zapytana przez nas o krytyczne nastawienie partyjnych dołów do Koalicji Europejskiej odpowiada, że była to kwestia odpowiedzialności za kraj i jego przyszłość w najbliższych miesiącach. Jak mówi, obecność w tego rodzaju sojuszu zawsze wymaga od wchodzących w jego skład podmiotów rozmaitych kompromisów. – Mocno odcinamy się od spraw, które nie są przedmiotem tej koalicji – kwestii światopoglądowych czy tematu wejścia do strefy euro. Szukamy tego, co nas łączy, a nie tego, co nas dzieli – zaznacza.

Dużo ostrzej stan rzeczy ocenia jej partyjny kolega Marek Sawicki, poseł i były minister rolnictwa. Wśród partyjnych działaczy jest uważany za jednego z głównych krytyków przystąpienia PSL do Koalicji Europejskiej. – Prezes Kosiniak-Kamysz wiedział, że media liberalne i szeroko rozumiany establishment europejski nie wybaczyłyby mu, gdyby przynajmniej nie spróbował tego, jak Koalicja Europejska może zadziałać z PSL na pokładzie. Gdyby do niej nie przystąpił, obijaliby go za to przez kolejne pięć lat – stwierdza w rozmowie z Gazeta.pl.

Sawicki liczy na to, że 1 czerwca, czyli kilka dni po wyborach europejskich, jego partia podejmie decyzję o samodzielnym starcie w jesiennych wyborach parlamentarnych. Jak twierdzi, dzięki temu będzie mogła nie tylko odebrać PiS-owi utracony elektorat wiejski, ale też stanowić alternatywę dla ludzi zmęczonych wieloletnią wojną PO z PiS-em.

Z obecności PSL w Koalicji Europejskiej w 100 proc. zadowolone są tylko dwie partie. Pierwszą jest PiS, które liczy, że ostatecznie przejmie całość naszego elektoratu. Drugą Platforma, która chce w ten sposób odebrać PiS-owi przynajmniej 2-3 proc. głosów

– przyznaje.

Przespana rewolucja

Zażarta walka z PiS-em o głosy na prowincji czy poważne trudności związane z członkostwem w Koalicji Europejskiej to tylko jedna strona medalu, gdy patrzymy na obecną sytuację ludowców. W rozmowach z partyjnymi działaczami często powtarza się zarzut, że „przespaliśmy to, jak zmienia się polska wieś”. Trudno nie z tym nie zgodzić. PSL, kiedyś dominująca siła na terenach wiejskich, dzisiaj walczy o to, żeby na wsi w ogól się utrzymać. Po drodze oddaje zaś PiS-owi kolejne grupy wiejskiego elektoratu.

– Dziś sytuacja wygląda tak, że za nami są głównie duzi hodowcy i producenci żywności, związki zawodowe, spółdzielnie rolne czy Ochotnicza Straż Pożarna. Z kolei PiS przejmuje kolejne grupy wyborców: małych hodowców i producentów, chłopo-robotników, elektorat socjalny, ludność napływową, która nie zajmuje się rolnictwem – jeden z działaczy ludowców nakreśla strefy politycznych wpływów PSL i PiS-u na wsi. Inny z naszych rozmówców dodaje, że to wymiernie przekłada się na podział głosów i poparcia – w stosunku trzy lub nawet cztery do jednego dla partii rządzącej.

ARKADIUSZ STANKIEWICZ

Do zmiany układu sił na polskiej prowincji nie doszło jednak z dnia na dzień. To nawet nie kwestia tej kadencji Sejmu. Badacze obszarów wiejskich są zgodni, że zmiana struktury polskiej wsi trwa od kilkunastu lat, a nawet od czasu transformacji ustrojowej.

PSL zaczęło przesypiać zmiany na polskiej wsi już w latach 90.

– ocenia w rozmowie z Gazeta.pl socjolożka wsi prof. Maria Halamska, kierowniczka Zakładu Socjologii Wsi w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk.

Jak mówi prof. Halamska, dzisiaj z rolnictwa żyje zaledwie 10 proc. mieszkańców wsi. Dominującą grupą są robotnicy, którzy stanowią około połowy populacji terenów wiejskich. Rośnie też udział zarówno klasy średniej, jak i znacznie biedniejszych grup dochodowych. Ponadto wieś jest zasilana migracjami z miast, przez co ludność napływowa stanowi coraz wyższy odsetek mieszkańców wsi. Na zmiany demograficzne nakłada się jeszcze zmiana struktury gospodarki na terenach wiejskich, czyli wspomniany już spadek znaczenia rolnictwa.

Wszystkie błędy PSL

To o tyle ważne, że – jak zaznacza prof. Halamska – władze państwowe znacząco zawyżają liczbę gospodarstw wiejskich, podczas gdy tym mianem w rzeczywistości można by określić jedynie co trzecie z nich. Reszta to tzw. gospodarstwa hobbystyczne, czyli gospodarstwa socjalne, które do comiesięcznego budżetu dorabiają wykonywaniem różnego rodzaju dorywczych i sezonowych prac. – Kiedyś mówiło się o chłopach, że to mięso armatnie; dzisiaj – że to mięso polityczne, w które celuje się programami takimi jak „500 plus” na krowy i tuczniki. Gdy PiS szło po władzę, dobrze rozpoznało tę sytuację – zauważa socjolożka.

Pytana o powody zapaści PSL na wsi, wskazuje na kilka zasadniczych przyczyn. Pierwszą z nich jest wyuczona roszczeniowość, czasami mająca wręcz formę politycznego klientelizmu na linii wieś – władza. Ta specyficzna relacja swój początek wzięła od przywilejów rolniczych takich jak KRUS, zwolnienie z podatku PIT czy dopłaty unijne. Dzisiaj władzę sprawuje PiS, więc automatycznie podbija to akcje partii Kaczyńskiego w elektoracie wiejskim.

Drugim powodem, dla którego ta grupa wyborców bardzo zbliżyła się do PiS-u, jest podnoszenie przez rządzących retoryki godnościowej. Prowincja od dekad ma do niej wybitną słabość. – Tutaj ciągle funkcjonuje podział na odległą pańskość i naszą chłopskość – tłumaczy prof. Halamska.

PiS i polską prowincję połączył też autorytarny styl sprawowania rządów. – Bez wątpienia przekaz, który PiS lansuje jest przekazem autorytarnym. Niestety w przestrzeni publicznej nie mówi się, że polskie społeczeństwo jest autorytarne. Wieś jest natomiast znacznie bardziej autorytarna od miasta – wyjaśnia socjolożka.

Opłatek PSL w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. Gość honorowy prezes ludowców Władysław Kosiniak-KamyszOpłatek PSL w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie. Gość honorowy prezes ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz JAKUB ORZECHOWSKI

PSL płaci także wysoką cenę za utratę wpływów w Kościele, którego autorytet i moc oddziaływania na wsi są bez porównania większe niż w mieście. – PSL jest mocno przywiązane do wartości przedwojennych, do Wincentego Witosa i do postaw, które w środowisku wiejskim mogą uchodzić za antykościelne. W wiejskim środowisku katolicko-narodowym nie jest to poczytywane za cnotę, zwłaszcza w zestawieniu z ultrareligijnym PiS-em. Mówiąc wprost, PiS wypchnęło PSL z Kościoła – zauważa prof. Piotr Nowak, kierownik Zakładu Socjologii Struktur Społecznych w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Ludowcom mocno ciąży również bagaż ostatnich lat, a więc dwie kadencje rządów w koalicji z Platformą Obywatelską, która na wsi ma opinie ugrupowania liberalnego. – Właśnie ten liberalizm Platformy dobił PSL w oczach rolników – ocenia prof. Halamska.

Lista problemów PSL na tym się jednak nie kończy. Prof. Nowak wskazuje jeszcze kilka przyczyn dominacji PiS-u na prowincji. Jego zdaniem PSL padło ofiarą własnej opowieści o historycznym sukcesie i wielkim unowocześnieniu polskiej wsi. Stało się reprezentantem wsi, która poszła z duchem czasów, jednocześnie zaniedbując stanowiącą zdecydowaną większość konserwatywną część polskiej prowincji i wyznawane przez nich tradycyjne wartości.

Tymczasem mamy do czynienia z degradacją społeczną obszarów wiejskich. PiS to dostrzegło, podczas gdy PSL poszło zbyt mocno w retorykę elit

– mówi socjolog. I dodaje:

85-90 proc. polskich gospodarstw rolnych to wciąż mali rolnicy, którzy dostają małe dopłaty bezpośrednie. Kiedy patrzy się na wskaźniki ubóstwa, wieś ogromnie odstaje od miasta. Z danych GUS wynika, że aż co dziesiąty rolnik żyje poniżej minimum egzystencji

Być albo nie być prezesa

Z obszerną listą zarzutów konfrontujemy czołowych polityków PSL. Wiceszefowa ugrupowania Urszula Pasławska przyznaje, że jej partia „przespała moment, gdy należało zacząć promować to, co robimy dla polskiej wsi”. Wymienia m.in. 12-tygodniowy urlop macierzyński, „kosiniakowe” (świadczenie w wysokości 1 tys. zł netto przysługujące osobom, które nie mają prawa do zasiłku macierzyńskiego – przyp. red.) czy 32 mld euro na polską wieś wynegocjowane przez rząd PO-PSL w unijnym budżecie. – Taki model przyjęliśmy – racjonalny, a nie PR-owski. Może zabrakło nam wyobraźni? Może nie pomyśleliśmy, że kiedyś to może obrócić się przeciwko nam? – mówi.

Wymówek nie szuka także poseł Marek Sawicki.

Nie potrafiliśmy odróżnić wsi od rolnictwa, nie potrafiliśmy sformułować oferty dla całej wsi. PSL zajmowało się rolnictwem, a dzisiaj rolnictwem zajmuje się tylko 10 proc. ludności wiejskiej

– przyznaje z żalem. – PiS znalazło klucz do tych ludzi, dla których my nie mieliśmy propozycji, czyli chociażby rodzin wielodzietnych czy gospodarstw domowych, które co prawda na wsi mieszkają, ale rolnictwem nie zajmują się już od kilkunastu lat – dodaje.

Czy PSL zdąży odpowiednio zmodyfikować kurs zanim będzie za późno? Jeśli nie, głową zapłaci za to prezes Kosiniak-Kamysz. Dzisiaj bunt jeszcze mu nie grozi, ale część z naszych rozmówców nie wyklucza, że dalsze osłabianie PSL kosztem PiS-u może zmienić stan rzeczy i pozycję samego prezesa. Przeciwnicy Kosiniaka-Kamysza w partii mówią, że w czasach walki na śmierć i życie o poparcie na wsi, prezes „z frakcji miejskiej PSL” nie jest optymalnym wyborem. Takim byłby ktoś znacznie mocniej zakorzeniony na wsi. Tu padają nazwiska byłego prezesa ludowców Waldemara Pawlaka oraz byłego ministra rolnictwa Marka Sawickiego, czyli przedstawicieli peeselowskiej starszyzny.

Sam Sawicki nie chce komentować spekulacji i deklaruje pełną wiarę w obecnego prezesa PSL. – Prezes Kosiniak-Kamysz przetrwa. Przetrwa, bo myśli racjonalnie i doskonale wyczuwa nastroje – przekonuje poseł Sawicki. Jak mówi, PSL nie jest już wyłącznie partią wsi, a większe poparcie niż na prowincji zdobyło w małych miastach. – Partii środowiskowych już w Polsce nie ma. I PiS-owi, i Platformie wygodniej byłoby nie wypuszczać PSL spomiędzy sztachet, ale to się nie uda. Na czele partii mamy lekarza z doktoratem, krakowskiego inteligenta w trzecim pokoleniu – zauważa były szef resortu rolnictwa.

Nadziei na korzystne dla PSL zakończenie wojny o polską wieś z PiS-em nie traci też wiceprezeska ludowców Urszula Pasławska: – Polski chłop jest z natury przekorny. Jeśli ktoś na siłę kogoś mu obrzydza czy próbuje do czegoś zmusić, on zrobi wręcz przeciwnie, dla zasady.

Zobacz wideo
Więcej o: