Za tchórzostwo PiS i związków nauczycieli zapłacą uczniowie [ANALIZA]

Jacek Gądek
Zarobki polskich nauczycieli szorują dno w porównaniu do innych państw Europy. Liczba godzin "przy tablicy", jakie spędzają w Polsce belfrzy, jest jedną z najniższych. Jednocześnie - to wniosek z deklaracji samych nauczycieli - ich praca jest efektywniejsza, gdy prowadzą więcej lekcji.

W sporze rządu ze związkami nauczycielskimi dobro uczniów już nie tyle zeszło na drugi plan. Ono po prostu zeszło.

Za co płacić nauczycielom

Rząd Prawa i Sprawiedliwości proponuje wydłużenie czasu pracy nauczycieli "przy tablicy" z 18 do 24 godzin lekcyjnych i płacić za to 8,1 tys. zł brutto miesięcznie. Ale w istocie chce rozniecić tajoną negatywną emocję społeczną wobec nauczycieli i zdusić ich protest.

Związki zawodowe nie chcą więcej pracy "przy tablicy" w ramach pensum i chciały początkowo 1 tys. zł podwyżki. W istocie chcą więcej pieniędzy bez dyskusji o zwiększeniu pensum.

Okopanie się przez obie strony na swoich pozycjach to krzywda dla uczniów. Bo przecież nauczyciele z pasją zasługują na więcej niż 1000 zł podwyżki. A uczniowie na więcej niż przeciętnego nauczyciela, który chodzi do pracy jak za karę. Z trwającego kryzysu wciąż może wyniknąć jeszcze coś dobrego, tylko obie strony muszą się na to odważyć.

Tchórzostwo kolejnych władz

Na wstępie: z ok. 500 tys. polskich nauczycieli ogromna liczba to osoby z pasją, wspaniali pedagodzy, których uczniowie czasami są w stanie docenić dopiero, gdy sami dobijają trzydziestki. To praca wymagająca i odpowiedzialna jak mało która.

Ale w tej rzeszy są i tacy nauczyciele, którzy są zdolni zdusić w uczniach talent i ciekawość świata. Żadna, a już z pewnością tak wielka grupa społeczna, nie jest jednorodna. Jeśli państwo nie chce marnować edukacyjnych szans uczniów, niezbędna jest dogłębna reforma systemu edukacji. Póki co każda władza i każdy związek zawodowy nauczycieli tchórzy przed tym wyzwaniem.

"Magiczna liczba"

A teraz do rzeczy. Odłóżmy na chwilę na bok narracyjne kalki, że oto "nauczyciele wzięli uczniów za zakładników" i "nauczyciele walczą o należne pieniądze". Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Jak i ile pracuje polski nauczyciel? Teraz popularny staje się raport "Czas pracy i warunki pracy nauczycieli w opiniach nauczycieli" Instytutu Badań Edukacyjnych opublikowany w 2013 r.

W nim to padła liczba: 46 godzin i 40 minut. Tyle wedle deklaracji samych nauczycieli średnio pracuje nauczyciel w Polsce przez tydzień. Ale - podkreślmy - dotyczy to nauczycieli, którzy prowadzą od 18 do 27 lekcji tygodniowo (a więc pełne pensum i więcej) i nie zajmują stanowisk (to ok. 60 proc. nauczycieli przedmiotów ogólnokształcących).

Dla miłośników takich magicznych liczb można dodać i te z innych badań: 45 godz. (badanie ZNP polegające na wypełnianiu na ochotnika dzienniczków pracy), 40 godz. (ankiety dla "Solidarności"), 33,5 godz. (badanie Instytutu Medycyny Pracy w Łodzi).

Ile pracuje nauczyciel?

Z raportu: "Nie koncentrujemy uwagi na szukaniu odpowiedzi na pytanie, ile trwa tygodniowa praca nauczyciela, który prowadzi przepisowe 18 lekcji tygodniowo [pensum - red.], choć rozumiemy pewne zapotrzebowanie w debacie na taką informację. Problem polega na tym, że nauczycieli prowadzących właśnie 18 lekcji tygodniowo jest zaledwie około 15 proc. i wcale nie jest pewne czy, koncentrując uwagę na nich, uchwycilibyśmy sedno uwarunkowań czasu pracy nauczycieli".

Słowem: jeśli ktoś, podpierając się (i tak umiarkowanie wiarygodnym, bo opartym o ankiety) raportem IBE, mówi, że nauczyciel pracuje 46 godz. i 40 min tygodniowo, choć powinien tylko 40 godz., to się myli. Najpewniej nieświadomie, bo raportu nie czytał, a łyknął jedynie "magiczną liczbę", przed łykaniem której autorzy raportu przestrzegali.

A ponadto: to jedynie wartości średnia. Jeśli ktoś był wczoraj na spacerze z psem, to nie powie, że maszerował średnio na trzech nogach, ale zniuansuje, że jednak na własnych dwóch. Podobnie jest z pracą w szkole: jedni pracują dużo ponad 40 godz. tygodniowo, a inni sporo mniej. Polski system edukacji zresztą nie niuansuje ile "przy tablicy" mają pracować nauczyciele poszczególnych przedmiotów - a szkoda, bo na tym tracą ci najbardziej zapracowani. To jedna z wielu bolączek.

I nie mamy nawet precyzyjnych narzędzi, aby zmierzyć czas pracy ani każdego z nich, ani żadnej średniej. To dlatego naukowcy z IBE pisali o "magicznej liczbie".

Zdobycz z 1982 r.

Istotą kryzysu wokół polskiej edukacji nie są metodologiczne zawiłości, ale to, że każda władza tchórzy przed dokonaniem realnej reformy oświaty.

Ekipa PiS tylko łata pamiętającą stan wojenny Kartę nauczyciela (ustawę z 1982 r.) i nie ma odwagi -  nawet nie mówiąc o zastąpieniu jej nową ustawą - na jej istotną nowelę. PiS skupiło się w tej kadencji na ekspresowej likwidacji gimnazjów, co było wręcz szkodliwe przez stworzenie "podwójnego rocznika", zamęt organizacyjny, przygotowane naprędce podstawy programowe, migracje i łapanki nauczycieli, problemy lokalowe i wydanie góry pieniędzy na bezsensowną zmianę struktury. PiS chciało jedynie zadowolić własny elektorat i dotrzymać obietnicy wyborczej.

Zapłaciła za to część uczniów, nauczycieli i samorządy. PiS zafundowało uczniom kosztowną krzywdę. Zmieniony system z czasem się uleży, ale w jakości nauczania w gruncie rzeczy nic się nie zmieni in plus.

PO też tchórzyła przed realną reformą oświaty. Dowód: wciąż odkładany w czasie obowiązek szkolny 6-latków. Obniżenie niższego wieku przyniosłoby zyski edukacyjne przede wszystkim dzieciom z prowincji, ze stref biedy i rodzin o niskim kapitale finansowym, społecznym, edukacyjnym. Im wcześniej - zwłaszcza przy niższym niż w miastach uprzedszkolnieniu dzieci na wsi - wciągnie się je do systemu edukacyjnego, tym dla nich lepiej.

Po prostu: status społeczno-ekonomiczny to najsilniejszym predyktor dla późniejszej kariery szkolnej ucznia. Siłę tego "skazania" można osłabić przez zapewnienie - tak: obowiązkowe, bo nie jest prawdą, że zawsze rodzic wie, co jest najlepsze dla jego dziecka - edukacji i socjalizacji dzieciakom ze społecznych dołów.

Platforma nie uśmierzyła obaw części rodziców i działała pod presją krzykliwej mniejszości. Obowiązek szkolny 6-latków się nie ugruntował, a PiS mogło go skasować pstryknięciem palców - i tak zrobiło.

Władza PO miała nogi z galarety. Władza PiS dzierży w ręku topór. Ani pierwszy, ani drugi model nie służy systemowi edukacji i uczniom.

Związki zawodowe chcą więcej za status quo

Co więcej: związki zawodowe nauczycieli w obronie zdobyczy w postaci zapisów swojej Karty też tchórzą przed próbą gruntownej zmiany w edukacji.

Skostnienie związków jest widoczne jak na dłoni. Wprowadzenie w latach 90. gimnazjów też nie było istotnym impulsem rozwojowym dla uczniów, a głownie zmianą struktury, w której się oni gniotą. 20 lat temu związki zawodowe z ZNP na czele protestowały przeciwko wprowadzeniu gimnazjów, a potem przeciwko ich likwidacji. W 2016 r. ZNP ostrzegało, że przy likwidacji gimnazjów pracę straci 45 tys. nauczycieli. Ostatecznie... przybyło 17,5 tys. etatów, a nauczyciele muszą brać więcej nadgodzin.

Największy związek zawodowy nauczycieli obawia się zmian - broni status quo. Z ważnym wyjątkiem: wysokości wynagrodzeń. I to też dziś widać to jak na dłoni: w zasadzie jedyny postulat związkowców to 1000 zł na rękę podwyżki. Dla jasności: nauczyciele powinni zarabiać więcej. Dużo więcej niż obecnie. Jednak dosypywanie dużych pieniędzy, to żadna reforma. Choć odnotować trzeba, że przez lata pensje nauczycieli były zamrożone, więc podwyżka urealniająca pensje jest konieczna.

Negocjacje w czasie pożaru

W czasie trwającego strajku nauczycieli rząd PiS odkrył Amerykę i zaproponował: wyższe pensje za więcej efektywniejszej pracy. Amerykę odkryli po to, aby wciągnąć ją w wojnę. Wicepremier Beata Szydło rzuciła: podwyżka pensum z 18 do 22 godzin i 7,7 tys. zł brutto pensji, albo do 24 godz. i 8,1 tys. zł (to kwoty osiągane stopniowo do 2023 r.).

Nazwała to "nowym paktem społecznym dla oświaty". "Pakty społeczne"', a już zwłaszcza dla tak wrażliwej sfery jak edukacja, opracowuje się miesiącami albo latami, a nie w godziny. A na domiar premier Mateusz Morawiecki zaprasza już do okrągłego stołu ws. oświaty. Te propozycje rządu powstają ad hoc. Nagle. PiS działa jak strażak, który w czasie pożaru zachęca, by siąść do stołu i pochylić się nad przepisami przeciwpożarowymi. A na domiar pożar ten PiS samo podsyciło, znajdując ponad 40 mld zł na "piątkę Kaczyńskiego".

"Zaskakującą zależność" między liczbą lekcji a czasem pracy

Wróćmy jednak do propozycji rządu i sięgnijmy do cytowanego już raportu IBE. Z ankiet nauczycieli wynika, że 78 proc. nauczycieli uważa, że pensum nie jest ani za wysokie, ani za niskie, 1 proc. - że jest ono zdecydowanie za wysokie, 4 proc. za raczej wysokie, podczas gdy 10 proc. sądzi, że pensum jest raczej za niskie, a 7 proc. - zdecydowanie za niskie. Słowem: według nauczycieli pensum jest OK, a nawet mogłoby być nieco wyższe.

Ale na tym nie koniec. Dalej sięgamy do raportu IBE. Wyróżniono w nim pięć codziennych dominujących składników czasu pracy nauczyciela. To: prowadzenie lekcji, przygotowywanie lekcji, prowadzenie innych zajęć, przygotowywanie innych zajęć, sprawdzanie prac. Pozostałe czynności pełnią zdecydowanie mniejszą rolę w budżecie czasu nauczycieli i są na ogół wykonywane znacznie rzadziej. Na przykład "papierologia" zajmowała - wedle deklaracji - 6 proc. czasu.

I tu jest clou. Już w raporcie podkreślono "zaskakującą zależność" pomiędzy liczbą godzin spędzanych przez nauczyciela "przy tablicy" a tygodniowym czasem całej pracy.

Przydługi cytat z raportu, ale proszę przebrnąć: "Wydawać by się mogło, że istnieje prosta zależność, każda godzina prowadzonej przez nauczyciela lekcji wymaga określonego, stałego nakładu pracy pozalekcyjnej. Stąd oczywista wydawałoby się, że im więcej godzin tablicowych, tym więcej czasu nauczyciele poświęcają także na czynności, takie jak przygotowanie lekcji i sprawdzanie prac. Jednak okazało się, że ta zależność jest bardziej złożona - o ile w przypadku nauczycieli, którzy nie mają pełnego pensum 18 godzin, widać wyraźnie zależność liniową - im więcej nauczyciel ma godzin tablicowych, tym dłużej pracuje w ogóle, to wówczas, gdy nauczyciel ma co najmniej pełne pensum, czas jego pracy stabilizuje się na zbliżonym poziomie, nie wzrastając wraz kolejnymi godzinami ponadwymiarowymi. Inaczej mówiąc, czy nauczyciel prowadzi 18 godzin lekcyjnych czy 20 lub 25 - pozostałe czynności codzienne zajmują mu sumarycznie mniej więcej tyle samo czasu".

Jeśli ktoś nie przebrnął, to wykres powinien być bardziej zrozumiały:

Raport IBE z 2013 r.Raport IBE z 2013 r. IBE

Tłumaczyć można to różnie: może nauczyciele z niepełnym pensum "pompowali" swój deklarowany czas pracy (nie "przy tablicy"), by być jak najbliżej 40 etatowych godzin, a może - co brzmi racjonalnie - na przykład przygotowanie tej samej lekcji na ten sam temat dla dwóch klas zajmuje tyle samo co dla trzech. Można to nazwać jakąś formą synergii. Niemniej: zwiększenie pensum o parę godzin lekcyjnych to nie jest aż tak istotna zmiana dla samych nauczycieli, jeśli chodzi o czas pracy jak mogłoby się wydawać.

A jak długo przy tablicy na tle innych państw pracują polscy nauczyciele? To pokazuje badanie OECD (Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju). Wniosek z niego jest prosty: polscy belfrzy spędzają przy tablicy najmniej albo prawie najmniej godzin spośród wszystkich prześwietlanych krajów.

W innych państwach - to też wnioski z opracowań OECD - pensum jest często wyższe niż w Polsce (18 godzin lekcyjnych, czyli niespełna 14 zegarowych tygodniowo). Belgia, Włochy, Litwa, Rumunia - 18 godzin zegarowych. Holandia - 20. Francja 15-20. Niemcy 24-28. Bułgaria i Węgry - 22-26. Czechy - 17. Łotwa - 21. Słowacja - 22. Przy prawie 14 godzinach zegarowych pensum w Polsce, inne państwa stawiają większe wymagania nauczycielom jeśli chodzi o czas "przy tablicy".

Na tle Europy pensum jest zbyt niskie

Niskie pensum, ale zwłaszcza więcej wolnych dni (nie 26, ale 56 w roku) to powód, dla którego istnieją - nie powszechnie, ale jednak - negatywne społeczne emocje wokół nauczycieli. Trudno je zmierzyć, ale sondaże pozwalają je wyczuć. Zwłaszcza jeśli pozycja nauczyciela w lokalnym środowisku jest silna - w większych miastach łatwo przenieść dziecko do innej szkoły, znaleźć szkołę niepubliczną albo społeczną. A w małych ośrodkach tak prostej alternatywy nie ma. Te podskórne negatywne emocje są jak antyklerykalizm - dość rozpowszechniony wśród wiernych, ale publicznie złego słowa o proboszczu się nie powie.

Obóz władzy podsyca te emocje. W wywiadzie dla TVP1 premier Mateusz Morawiecki pytany o podwyżki dla nauczycieli odpowiedział tak: - Nauczyciel ma w porównaniu do innych osób troszeczkę więcej czasu wolnego (w stosunku) do innych osób pracujących, ale nauczyciel chce więcej zarabiać.

Nieprzypadkowo tak rzucił, bo społeczny odbiór często jest właśnie taki: a nauczyciele to mają wakacje i inne przywileje. Rozczulające są wypowiedzi rodziców, którzy w telewizjach przekonują, jak gorąco wspierają nauczycieli w ich proteście bądź mówią: popieramy, ale… A ilu rodziców nie wypowiada się w ogóle w obawie, że krytyczne wobec nauczycieli słowo odbije się na dziecku w małym miasteczku albo wsi?

Zero finezji PiS

Podwyżka pensum rodzi pewne problemy. PiS, kierując się filozofią topora, nie przywiązuje do nich jednak wagi. Choćby taki, że nauczyciele na terenach wiejskich będą jeszcze intensywniej musieliby ciułać każdą godzinę, by uzbierać np. 22 lekcje w ciągu tygodnia, a przez to kursowaliby od szkoły do szkoły. Stworzenie mechanizmów kompensacji dla takich belfrów jest oczywiście możliwe, ale wymaga minimum finezji, której od toporników w czasie kryzysu trudno oczekiwać.

Jeśli PiS chciałoby na serio dopiąć jakiś "pakt społeczny dla oświaty", to powinno ogłosić taki zamiar na początku swoich rządów, skonsultować propozycje, szukać kompromisu, znaleźć środki na zmianę systemową i podwyżki. A nie rzucać na stół ofertę - szumnie nazywaną "paktem" - opracowaną w przerwie między turami kryzysowych negocjacji. PiS stało się ofiarą własnej bezczynności - filozofii: zlikwidujemy gimnazja, a reszta niech będzie jak jest.

Społeczne nastawienie do przeciąągającego się strajku i jego kosztów dla uczniów i rodziców musi się zmieniać. To nieuchronne. Jeśli dodać do tego osobliwe wypowiedzi niektórych związkowców (Sławomir Broniarz: "egzaminy w niczym nie zaburzają akcji strajkowej"), to proporcje mogą się w końcu obrócić przeciwko belfrom.

Emocje badane sondażami

Póki co jednak badanie są dla nauczycieli stosunkowo korzystne. Instytut Pollster dla "Super Expressu": 46 proc. popiera strajk nauczycieli, a 43 proc. jest przeciwko. Termin kolidujący z egzaminami gimnazjalnymi strajku 51 proc. ocenia jako zły, 23 za najlepszy, a 20 za dobry jak każdy inny.

W sondażu dla "Gazety Wyborczej" 52 proc. Polaków popiera strajk, a 43 jest na "nie". Ciekawe jest to, że na wsi dominują przeciwnicy (54 proc.) nad zwolennikami (41 proc.). A im większa miejscowość, tym większe poparcie dla strajku.

Co więcej - z tego badania PiS może się w sumie cieszyć, bo elektorat tej partii w 76 proc. nie popiera strajku. A globalnie patrząc, to przeciwników strajku jest więcej niż poparcie społeczne dla PiS. Warto też podkreślić, że choć w sondażu przeważają zwolennicy 30-proc. podwyżki dla nauczycieli (57 proc. do 40 proc.), to akurat to poparcie nie ma większego znaczenia. Zabrzmi to brutalnie: Polacy popierają takie postulaty, ale jeśli nie zostaną spełnione, to nie będą płakać. Jeden przykład: rodacy (w prawie 80 proc. - sondaż dla "Rzeczpospolitej") popierali 500+ dla dorosłych osób niepełnosprawnych, PiS go nie przyznało, a poparcie dla partii i tak szybuje.

Społeczne nastawienie do strajku nauczycieli może jednak być dynamiczne. Jeśli związki zawodowe stawiają w zasadzie tylko jeden postulat o 1000 zł podwyżki, a strajk organizują w czasie egzaminów gimnazjalnych, a potem rozciągną go na matury, to obrócą przeciwko sobie także tych, którzy te podwyżki popierają. Bo nauczycielom - po wtóre - podwyżki się należą, ale powinny one iść w ślad za lepiej zorganizowaną i efektywniejszą pracą. Wtedy tysiąc złotych to będzie nawet za mało, by ją naprawdę docenić.

Aby nauczycielom pracowało się lepiej, a szkoła była bardziej inspirująca, to i rząd PiS, i związkowi nauczyciele powinni najpierw wyjść z okopów własnych narracji i żądań. Masa uczniów i ich nauczycieli, którzy na co dzień ciężko pracują, na to zasłużyli.

Zobacz wideo
Więcej o: