Strajk nauczycieli. Okrągły stół Morawieckiego, czyli PiS-u ucieczka do przodu [ANALIZA]

Premier Mateusz Morawiecki zaproponował protestującym nauczycielom okrągły stół na temat kondycji polskiej edukacji. Tyle że to gra na czas i próba odzyskania inicjatywy w starciu ze związkowcami.
Zobacz wideo

We wtorek wieczorem w "Gościu Wiadomości" szef rządu zapewnił, że chce jak najszybciej uporać się z problemami polskiej oświaty. Jego zdaniem "wymagają systemowego podejścia, głębokiej przebudowy". - Dlatego chciałem zaproponować związkom, ale też przede wszystkim całemu środowisku nauczycielskiemu okrągły stół - zapowiedział Morawiecki. Po czym dodał: Zaraz po świętach chciałbym, żeby nastąpiła w formule okrągłego stołu ogólnonarodowa debata o systemie oświaty.

Przekaz trzeszczy w szwach

Propozycję szefa rządu można by wziąć za dobrą monetę, gdyby nie inne rzeczy, które powiedział w przytaczanym wywiadzie. Polacy usłyszeli więc, że rząd chciałby poprawić sytuację materialną nauczycieli tu i teraz, ale "możliwości budżetowe się w tym momencie skończyły". Ciekawe, bo ledwie miesiąc wcześniej ten sam rząd w tym samym budżecie z dnia na dzień znalazł przeszło 40 mld zł na "piątkę Kaczyńskiego". A przynajmniej twierdzi, że znalazł, bo kompleksowych wyliczeń jej finansowania opinia publiczna na razie nie wiedziała.

Morawiecki na antenie TVP twierdził również, że "kiedy jest poprawa sytuacji i wiele grup zawodowych dostrzega tę poprawę, to w miarę jedzenia apetyt rośnie. Myślę, że związkowcy wykorzystują ten moment, nie mam do nikogo pretensji". Rzecz w tym, że nauczyciele nie przypomnieli sobie o swoich niezadowalających zarobkach i niewydolnym systemie edukacji kilka dni temu. Od blisko roku wysyłali do Kancelarii Premiera kolejne pisma z prośbą o spotkanie z szefem rządu. Na większość z nich nie doczekali się nawet odpowiedzi, a spotkania jak nie było, tak nie ma. Nie przeszkodziło to jednak szefowi rządu spotkać się pod koniec lutego z oświatową "Solidarnością”. I to nawet w siedzibie Prawa i Sprawiedliwości na Nowogrodzkiej przy udziale samego Jarosława Kaczyńskiego.

Przeczekać problem

Słowa premiera o okrągłym stole edukacji padły w momencie, gdy nie było jeszcze wiadomo, czy zaplanowane na 10-12 kwietnia egzaminy gimnazjalne odbędą się normalnie. Dzisiaj wiemy już, że nauczyciele ich nie sabotowali, a szkoły, w których się one nie odbyły, można policzyć na palcach jednej ręki. Podobnie jak incydenty wymierzone w nauczycieli i pedagogów, którzy zdecydowali się zasiąść w komisjach egzaminacyjnych.

To ważne o tyle, że nie działając w czasie egzaminów jawnie przeciwko uczniom (kilka skrajnych przypadków pomijam, bo ekstremiści znajdą się w każdej grupie), strajkujący nauczyciele zyskali w perspektywie długoterminowej. Zyskali społeczne poparcie. Zdjęli presję z siebie (żeby egzaminy się odbyły) i przenieśli ją na rządzących (żeby rozwiązali problem nauczycielskich wynagrodzeń i zadbali o wyższą jakość polskiej edukacji). Im bliżej będzie wyborów europejskich (26 maja), tym położenie rządu będzie się pogarszać, a strajkujących - poprawiać. Warunek: nauczyciele muszą wytrwać w strajku i nie dać się podzielić politykom.

W obozie władzy muszą zdawać sobie z tego sprawę. A ponieważ przynajmniej na razie nie planują ustąpić nauczycielom, jedyną opcją jest gra na czas. To daje cień szansy, że zadziała mechanizm znany z protestów poprzednich grup zawodowych - społeczeństwo zmęczy się tematem strajku; prorządowe media zrobią swoje, zohydzając Polakom nauczycieli i przedstawiając ich jako politycznych zamachowców; sami protestujący zaliczą kosztowne wpadki wizerunkowe, które osłabią ich pozycję negocjacyjną (takie jak chociażby mocno nietrafione słowa prezesa ZNP Sławomira Broniarza ze środowej konferencji prasowej: "Egzaminy w niczym nie zaburzają akcji strajkowej"). Dodatkowo tuż za pasem mamy święta wielkanocne, a zaraz po nich majówkę. Z perspektywy władzy to idealny czas na to, żeby spróbować przeczekać problem.

Premier pod ścianą

Tym bardziej że politykom Zjednoczonej Prawicy trzeba przyznać rację - nie mają w tej chwili kilkunastu miliardów złotych, żeby spełnić żądania nauczycieli. Nawet gdyby planowali ułożyć się z nauczycielami, potrzebują czasu, żeby wymyślić, skąd wziąć potrzebne fundusze. O ile w ogóle można je jeszcze skądkolwiek wziąć.

W końcu budżet państwa jest napięty do granic możliwości. Ogłoszona na początku marca "piątka Kaczyńskiego" to dodatkowy koszt rzędu 40 mld zł. A to, zdaniem wielu ekonomistów, i tak bardzo ostrożne wyliczenia. Dylemat brzmiał zatem następujący: albo "piątka", albo nauczyciele. Wybór padł na "piątkę". Zbliżają się wybory, więc obietnice wyborcze mają priorytet przed wszystkim innym.

Ktoś mógłby powiedzieć: skoro sytuacja jest tak trudna, to dlaczego Nowogrodzka włączyła do strajkowej rozgrywki premiera Morawieckiego? To przecież twarz kampanii europejskiej PiS-u i choćby tylko z tego tytułu powinien być pod szczególną ochroną. Odpowiedź jest prosta: nie było innego wyjścia. Ignorowanie ogólnokrajowego strajku, w którym udział bierze kilkaset tysięcy ludzi jest fizyczną niemożliwością. Co więcej, politycznym i wizerunkowym samobójstwem.

Niestety dla PiS-u szefowa MEN Anna Zalewska od dawna jest u nauczycielskich związkowców "spalona". Beata Szydło, wicepremier ds. społecznych, po niedawnym podpisaniu "porozumienia" z oświatową "Solidarnością" - również. Do gry musiał wejść ktoś wiarygodny i, przede wszystkim, decyzyjny. W obozie władzy są dzisiaj tylko dwie takie postacie: premier Morawiecki i prezes Kaczyński. A wiadomo, że prezes ze strajkującymi nie negocjuje.

Zobacz wideo
Więcej o: