Strajk nauczycieli. O jeden strajk za daleko. Dlaczego nauczyciele nie mieli szans na realizację swoich postulatów

Nauczyciele nie mieli szans wywalczyć realizacji swoich postulatów. Przez ostatnie trzy lata Prawo i Sprawiedliwość przyzwyczaiło się, że w starciach z protestującymi koniec końców zawsze stawia na swoim. Tyle że tym razem rządzący mogli posunąć się o jeden strajk za daleko.

Sławomir Broniarz nie przebierał w słowach, gdy zapytano go o kolejną „piątkę” PiS-u, tym razem skierowaną do rolników. Jednym z punktów nowego programu socjalno-gospodarczego rządzących są dopłaty dla hodowców – 100 zł do tucznika i 500 zł do krowy. – Szkoda, że przegraliśmy z krowami i świniami – ocenił prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. Na Twitterze ironizował: „A ile dla nauczycieli??”. (pisownia oryginalna)

Przy takiej atmosferze nie dziwi, że wyjścia z impasu nie przyniosło też spotkanie ostatniej szansy w niedzielny wieczór. Zamiast porozumienia rządu ze stroną związkową doszło do rozłamu wśród związkowców. Delegacja pod przewodnictwem Beaty Szydło (wicepremier ds. społecznych) dobiła bowiem targu z oświatową „Solidarnością”, na czele której stoi... radny PiS-u do Rady Powiatu w Ostrowcu Świętokrzyskim. Po drugiej, strajkowej, stronie barykady pozostały dwie inne centrale – Związek Nauczycielstwa Polskiego oraz Forum Związków Zawodowych.

O tym, że obóz władzy sprawę nauczycielskiego strajku potraktował ze wszech miar poważnie świadczy oddelegowanie na ten odcinek wspomnianej premier Szydło. Dla PiS-u to optymalny wybór. W razie klęski – premier Mateusz Morawiecki odnosi ostateczne zwycięstwo nad swoją poprzedniczką i jej sojusznikami. W razie (nieoczekiwanego) sukcesu – rozwiązuje najgroźniejszy dla rządu strajk w tej kadencji. Co więcej, Szydło – najbardziej lubiany przez wyborców „dobrej zmiany” polityk PiS-u – gwarantuje, że twardy elektorat wskutek strajku nie obróci się przeciwko Nowogrodzkiej.

Na sukces, a więc osiągnięcie porozumienia z nauczycielami, Szydło szanse miała iluzoryczne. Chociaż należałoby raczej napisać, że to strona związkowa tylko w teorii mogła porozumieć się z rządzącymi. Dlaczego? Powody są trzy.

Nauczyciele to nie target

Po pierwsze, jesteśmy w szczycie kampanii europejskiej. Dwa główne obozy – Koalicja Europejska i Zjednoczona Prawica – walczą o każdy głos. Przede wszystkim o każdy głos w swoim twardym elektoracie, bo w majowych wyborach wygra ten, kto zmobilizuje więcej swoich zdeklarowanych zwolenników. Historia pokazuje natomiast, że w wyborach europejskich głosują głównie wyborcy wielkomiejscy, zamożni, wykształceni, proeuropejscy. Czyli ci tradycyjnie wspierający dzisiejszą opozycję.

Dlatego prezes Kaczyński podczas weekendowej konwencji w Kadzidle po raz pierwszy zdecydował się na tak bezpośredni apel do swoich sympatyków. – Nasz głęboki szacunek do polskiej wsi jest faktem i myślę, że upoważnia mnie do prośby: idźcie państwo na te wybory i głosujcie na partię polskiej wsi, nie tą udawaną, tylko prawdziwą – podkreślił lider obozu rządzącego.

Krótko mówiąc: nauczyciele, nawet mimo swojej liczebności, nie są wyborczym targetem dla PiS-u. Nie jest i nigdy nie była to grupa jednoznacznie kojarzona z „dobrą zmianą”. Mimo swojej nie najlepszej sytuacji materialnej, kulturowo i społecznie nauczyciele są raczej kojarzeni z kręgami centrum i lewicą. A na pewno nie z prawicą narodowo-katolicką. Ergo – nie ma sensu zabijać się o ich poparcie i dodatkowo zadłużać w tym celu budżetu państwa.

W kasie pusto

Właśnie kwestia budżetu jest kolejnym argumentem, który uwiarygadnia tezę, że nauczyciele nie mieli szans wywalczyć realizacji swoich postulatów. Na początku marca prezes PiS-u zapowiedział „piątkę Kaczyńskiego”, na którą składają się: „500 plus” na każde dziecko, „trzynastka” dla emerytów, przywrócenie połączeń autobusowych w całym kraju, zwolnienie z podatku młodych wchodzących na rynek pracy i obniżenie PIT-u z 18 do 17 proc. Koszt pakietu: ok. 40 mld zł rocznie (choć część ekonomistów uważa, że to bardzo zachowawcze wyliczenia).

To właśnie owa „piątka” wywołała polityczną telenowelę pt. „Minister Czerwińska odchodzi z rządu”. Odpowiadająca w gabinecie premiera Morawieckiego za finanse Czerwińska ma być przeciwko „piątce” i krytycznie oceniać możliwości sfinansowania obietnic bez szkody dla budżetu państwa. Wyraża obawy, że realizacja „piątki” może doprowadzić do wzrostu deficytu sektora finansów publicznych do 3 proc. PKB, co z kolei oznaczałoby objęcie Polski przez Radę Unii Europejskiej tzw. procedurą nadmiernego deficytu. Konsekwencje dla „dobrej zmiany” byłyby bardzo dotkliwe, bo rząd musiałby dokonać bolesnych cięć budżetowych, a co za tym idzie mocno ograniczyć swoją politykę socjalną.

„Dobra zmiana” miała więc wybór: nauczyciele albo „piątka Kaczyńskiego”. Wybrała „piątkę”, bo jej znaczenie w roku podwójnych wyborów z punktu widzenia politycznej strategii jest daleko ważniejsze niż poprawa losu kilkuset tysięcy nauczycieli.

Walka o głos ludu

Na postawę PiS-u wpływa także to, jak w sporze rządu z nauczycielami rozkładają się sympatie Polaków. A rozkładają się po równo albo wręcz z korzyścią dla rządzących. Potwierdzają to sondaże z ostatnich kilku czy nawet kilkunastu tygodni.

Pod koniec stycznia 44 proc. społeczeństwa było przeciwnych strajkowi nauczycieli, a 38 proc. go popierało (Ariadna dla Wirtualnej Polski). Odpowiedź „Trudno powiedzieć” wskazało 17 proc. Miesiąc później, pod koniec lutego, w badaniu IBRiS dla „Faktu” aż 70 proc. respondentów stwierdziło, że strajk w czasie egzaminów gimnazjalnych i egzaminów ósmoklasisty to zachowanie niewłaściwe. Przeciwnego zdania był zaledwie co czwarty pytany.

Ostatni sondaż, sprawdzający rozkład społecznych sympatii na strajkujących i rządzących, to początek kwietnia (Ariadna dla Wirtualnej Polski). Ponownie nauczyciele wypadają tutaj gorzej od polityków. 45 proc. Polaków nie popiera ich strajku (39 proc. stoi po stronie nauczycieli), a 49 proc. jest przeciwko przyznaniu każdemu nauczycielowi podwyżki 1000 zł miesięcznie (postulat ten popiera 36 proc. badanych).

Plan gry

Wiele wskazuje więc na to, że obóz władzy postanowi rozegrać sprawę nauczycielskiego strajku wedle starego, sprawdzonego schematu. Najpierw minimalne ustępstwo, za które można uznać „porozumienie” z nauczycielską „Solidarnością”. Równolegle – antynauczycielska kampania w prorządowych mediach oraz internecie, chwaląca koncyliacyjne nastawienie rządu i oskarżająca nauczycieli o upolitycznianie protestu oraz krzywdzenie polskich dzieci (takie działania już mają miejsce).

Kolejny etap to cierpliwe czekanie. Przede wszystkim na zmęczenie opinii publicznej tematem. To poskutkowałoby bowiem przepływem poparcia w stronę rządu. Po drugie, na ewentualne błędy nauczycieli – kontrowersyjną wypowiedź, nieprzemyślany ruch związkowych centrali, skandal odkryty przez zaprzyjaźnione media.

Wreszcie oddanie pola opozycji. W tym sensie, żeby spróbowała zaangażować się w temat, dzięki czemu obóz „dobrej zmiany” będzie mógł ostatecznie stwierdzić, że od początku o to chodziło i sprawa jest z gruntu upolityczniona. Medialnie i wizerunkowo sprawa strajku nauczycieli zostałaby „przegrzana” i PiS mogłoby odtrąbić sukces.

W tym planie, który przynosił Nowogrodzkiej sukcesy w starciach z innymi grupami zawodowymi i społecznymi, jest jednak pewna luka. Detal, który mocno odróżnia strajk nauczycieli od wcześniejszych strajków i protestów. Skala działań oświatowych związkowców jest ogromna. Strajk nie dotknie przecież wyłącznie nauczycieli i ich rodzin. Wpłynie także na uczniów i ich najbliższych, a nawet na znajomych rodziców uczących się dzieci (np. gdy rodzice będą musieli wziąć wolne albo wcześniej wyrwać się z pracy, by opiekować się swoimi pociechami, ktoś będzie musiał przejąć ich obowiązki).

W rozmowie z Gazeta.pl obecny stan gry celnie podsumował politolog dr Olgierd Annusewicz, ekspert od marketingu politycznego: – Dla mnie to jest sytuacja jak z dwoma samochodami, które pędzą w swoją stronę. Do zderzenia nastąpi 10 kwietnia, bo wtedy mają się rozpocząć egzaminy gimnazjalne. Moim zdaniem ta strona, która wcześniej ustąpi, stwierdzi, że będzie mądrzejsza, wygra w oczach społeczeństwa.

Gdyby „mądrzejszą stroną” okazał się jednak rząd, okazję do zapunktowania u wyborców miałby premier Morawiecki. Gdyby na kilkanaście godzin przed rozpoczęciem egzaminów gimnazjalnych zdołał porozumieć się z ZNP i FZZ, PiS odniosłoby niebagatelny sukces. Tym większy, że szef rządu jest twarzą Zjednoczonej Prawicy w kampanii europejskiej. Pytanie tylko, czy skonfliktowane strony są świadome tego, że kto pierwszy zrobi krok w tył, de facto postawi na swoim i zyska strategiczną przewagę. A nawet jeśli są, to czy w ferworze walki w ogóle zależy im na zyskaniu czyjejkolwiek przychylności.

Więcej o: