"Piątka plus", czyli jak Kaczyński podręcznikowo przelicytował [ANALIZA]

Dorzucając "plusa" do swojej "piątki" Jarosław Kaczyński liczył na zdobycie głosów młodych wyborców, dla których hasło "wolność w sieci" jest ponad wszystko inne. Zamiast tego narobił jednak i sobie, i partii problemów. I to od razu na kilku polach.
Zobacz wideo

Wszystko zrodziło się w głowie prezesa. Podobno. - Prezes bardzo starannie obserwuje przebieg kampanii i zobaczył, że jest jeszcze jedna sprawa, która daje nam wiatr w żagle w zupełnie nieoczekiwanym segmencie elektoratu - zapowiedział polityk Prawa i Sprawiedliwości cytowany przez serwis 300polityka.pl.

Było piątkowe popołudnie, do kolejnej regionalnej konwencji PiS-u raptem kilkanaście godzin. Inny przedstawiciel partyjnej wierchuszki nie krył zadowolenia w rozmowie z dziennikarzami 300-tej: - I znów zdominujemy dyskusję publiczną na kilka dni, a opozycji, zanim czegoś nie wymyśli, zostanie po pięć konferencji prasowych dziennie w Sejmie, których już nikt nawet nie zauważa.

Polska, czyli wyspa wolności

W sobotę w Gdańsku prezes Kaczyński odsłonił karty. Zapowiadanym "gejmczendżerem" okazała się unijna dyrektywa o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym - dokument w Polsce mylnie określany mianem ACTA2. Lider obozu władzy linię podziału nakreślił bardzo klarownie - Unia chce odebrać polskim internautom wolność, PiS tę wolność dla polskich internautów obroni.

PiS dokona takiej implementacji dyrektywy o prawie autorskim, że wolność będzie zachowana

- zapewnił obywateli prezes. I dodał od razu: - Mówię o wolności nie tylko dlatego, że jesteśmy w Gdańsku, gdzie (...) wszystko się zaczęło. Mówię dlatego, że ostatnio zapadła poza Polską w Parlamencie Europejskim decyzja, która w wolność godzi, a przynajmniej może godzić w tę wolność dzisiaj tak bardzo cenioną przez wszystkie pokolenia, a w szczególności przez młodsze.

Przy okazji prezes przechrzcił swoją "piątkę" na "piątkę plus". Plusem została, rzecz jasna, wolność.

Polska w dzisiejszym świecie, gdzie wolność się cofa - trzeba tak to sobie jasno powiedzieć - w Europie pozostanie wyspą wolności. Dzięki komu? Dzięki Polakom i dzięki PiS

- podsumował szef partii rządzącej.

Pod jego słowami podpisał się, występujący po Kaczyńskim, premier Mateusz Morawiecki. - Chcę z tego miejsca obiecać wszystkim naszym wspaniałym youtuberom, blogerom, influencerom, forumowiczom, wszystkim internautom, że będziemy walczyć o wolność słowa w internecie - podkreślił.

Potrójne zderzenie z rzeczywistością

Rzecz w tym, że górnolotne deklaracje czołowych polityków „dobrej zmiany” nie wytrzymują zderzenia z rzeczywistością i szybkiego fact-checkingu. Klęska przychodzi od razu na kilku polach.

Pole nr 1. Zacznijmy od tego, że w przypadku omawianej dyrektywy nie mamy do czynienia z żadnym ACTA2, tylko próbą wyrównania przez Brukselę szans autorów i wydawców w starciu z gigantami z Doliny Krzemowej. Próbą wiele lat spóźnioną, ale przez to jeszcze potrzebniejszą. „Celem wyjątków i ograniczeń przewidzianych w niniejszej dyrektywie jest osiągnięcie właściwej równowagi między prawami i interesami twórców i innych podmiotów uprawnionych z jednej strony, a prawami i interesami użytkowników z drugiej strony” - czytamy w przyjętym przez eurodeputowanych dokumencie.

Chodzi bowiem o to, żeby mające de facto monopolistyczną pozycję na technologicznym rynku amerykańskie koncerny zaczęły uwzględniać interesy mniejszych i słabszych graczy. Czyli dzielić się z nimi zyskami, które... dzięki nim wypracowują (m.in. poprzez reklamy wyświetlane w agregowanych tekstach albo informacje o użytkownikach, które są zbierane, gdy klikamy czy udostępniamy jakiś materiał, a potem sprzedawane stronom trzecim). Dotychczas tego nie robiły.

Przy okazji debaty nad dyrektywą o prawach autorskich przeciwnicy unijnego dokumentu często sprowadzali dyskusję do absurdu: Unia chce zakazać memów. Otóż nie, Unia nie chce zakazać memów. Nie chce również blokować wolności słowa w sieci, co często było jej przy tej okazji zarzucane. Wszelkie wątpliwości rozwiewa poniższy przepis z omawianej dyrektywy.

Państwa członkowskie zapewniają, aby użytkownicy w każdym państwie członkowskim mogli opierać na następujących obowiązujących wyjątkach lub ograniczeniach przy zamieszczaniu i udostępnianiu treści wygenerowanych przez użytkowników w ramach usług udostępniania treści online:a) cytowanie, krytyka, recenzowanie; b) korzystanie do celów karykatury, parodii lub pastiszu

Pole nr 2. Próba kreowania się przez PiS na obrońcę wolności i prywatności w sieci jest mocno ryzykowna. Zakłada bowiem krótką i słabą pamięć Polaków, co w dobie powszechnego - i bądź co bądź wciąż wolnego - internetu jest założeniem cokolwiek naiwnym. Wszak wiele osób wciąż doskonale pamięta, że na początku kadencji „dobra zmiana” przypuściła szturm właśnie na wolność i prywatność Polaków w sieci, uchwalając ustawy o służbach specjalnych, policji i prokuraturze. Wszystkie radykalnie zwiększały możliwości inwigilacji obywateli przez wspomniane instytucje, czasami znosząc nawet po drodze bezpiecznik w postaci wymaganej na takie działania zgody sądu.

Po konwencji w gdańsku szefowi rządu wytknął to na Twitterze dr Adam Bodnar. "Sz. P. Premierze, od 3 lat obowiązują przepisy pozwalające na prawie niekontrolowany dostęp do danych internetowych przez policję, prokuraturę i służby specjalne. Kiedy zostanie wykonana opinia Komisji Weneckiej z 11.06.2016? To jest wolność w internecie?" - napisał Rzecznik Praw Obywatelskich.

Co do zacytowanej przez niego opinii Komisji Weneckiej, to urzędnicy zalecili w niej m.in. ograniczenie liczby przypadków, w których możliwe jest zbieranie tzw. danych wrażliwych na temat obywateli, wprowadzenie bardziej restrykcyjnego mechanizmu kontroli instytucji uprawnionych do inwigilowania Polaków czy ograniczenie czasu monitorowania danych internetowych i telekomunikacyjnych oraz prowadzenie przez policję dokumentacji, która umożliwi skuteczną kontrolę działań inwigilacyjnych. Powyższe zalecenia Komisji Weneckiej nie doczekały się wprowadzenia przez polskie władze.

Pole nr 3. Deklaracja prezesa Kaczyńskiego wybija też na pierwszy plan rażącą sprzeczność, którą do tej pory mało kto zauważył. Mamy bowiem lidera obozu rządzącego, który w umownym starciu polskich wydawców z amerykańskimi gigantami technologicznymi staje - naturalnie w ramach ochrony wolności internetu - po stronie tych drugich. To tym ważniejsze, że spór toczy się przecież o gigantyczne pieniądze, m.in. z tytułu podatków od przychodów z reklam. Daniny powinny być płacone na rynkach lokalnych, a nie jak do tej pory w kraju, w którym giganci z Doliny Krzemowej ulokowali swoją europejską centralę.

Dla polskich wydawców - wielu z nich zmaga się dziś z mniejszymi lub większymi problemami finansowymi - to kwestia fundamentalna. Taki zastrzyk gotówki byłby nieoceniony. Pozwoliłby przetrwać albo nawet rozkręcić interes. Wielu wydawców już zresztą zapowiedziało, że 50 proc. środków uzyskanych dzięki wprowadzeniu w życie unijnej dyrektywy (państwa członkowskie mają na to 24 miesiące) przeznaczy na pensje swoich autorów.

W przypadku PiS-u poparcie, jakiego partia udzieliła krytykom dyrektywy o prawach autorskich ma jeszcze jeden bardzo ciekawy aspekt. W końcu to partia rządząca była głównym orędownikiem opodatkowania zagranicznych koncernów działających na terenie Polski tak, aby wreszcie zaczęły płacić podatki w naszym kraju. Na początku marca premier Morawiecki zapowiadał opodatkowanie cyfrowych gigantów takich jak Google, Facebook czy Netflix. Rząd miał dzięki temu zyskać nawet miliard złotych w skali roku. Pieniądze posłużyłyby na sfinansowanie tzw. piątki Kaczyńskiego.

Zresztą sam prezes już w maju 2015 roku chciał podobnych rozwiązań. - Jeżeli jedni płacą podatki, a inni nie, to nie ma tej równości, dobrej konkurencji. Trzeba opodatkować te ogromne pieniądze, które wypływają z Polski - mówił wówczas. Czyżby teraz i jego dotknęła popularna u polityków choroba, polegająca na kampanijnej zmianie poglądów o 180 stopni?

Zobacz wideo
Więcej o: