Koalicja Europejska to pierwszy krok do systemu dwupartyjnego. Grzegorz Schetyna i tak już wygrał [ANALIZA]

Wciąż nie wiadomo, jaki skutek wyborczy przyniesie zjednoczenie opozycji w ramach Koalicji Europejskiej. Wiele wskazuje natomiast, że niezależnie od uzyskanego 26 maja wyniku jej największym wygranym będzie Grzegorz Schetyna. Dla Polski oznacza to ni mniej, ni więcej pierwszy krok w stronę systemu dwupartyjnego.
Zobacz wideo

Wyborcy opozycji są zadowoleni z jej zjednoczenia w ramach Koalicji Europejskiej - taki wniosek płynie z najnowszego sondażu IBRiS dla "Rzeczpospolitej". Największymi zwolennikami takiej formuły działania są wyborcy Platformy Obywatelskiej. W przypadku startu do europarlamentu taką strategię popiera przeszło trzy czwarte (78 proc.) z nich, a gdy chodzi o parlament krajowy, liczba ta wzrasta do 80 proc.

Dużo optymizmu jest również w wyborcach PSL. 70 proc. z nich chce wspólnego bloku opozycji w wyborach do Parlamentu Europejskiego, w elekcji krajowej wynik ten jest o 10 pkt proc. niższy. Najwięcej rezerwy wobec Koalicji Europejskiej można dostrzec w elektoracie SLD - 41 proc. wyborców Sojuszu popiera wspólny start w majowych wyborach (53 proc. wolałoby "kilka mniejszych koalicji"), natomiast w przypadku jesiennego głosowania wskaźnik ten wzrasta do 47 proc. (dokładnie taki sam odsetek chętniej widziałby "kilka mniejszych koalicji").

Jeśli spojrzeć na ogół Polaków, to tu również największa grupa respondentów (39 proc.) uważa wspólny start opozycji za dobry pomysł. "Kilka mniejszych koalicji" wskazało 23 proc. badanych, natomiast samodzielny start - 21 proc. Kiedy Polacy zostali zapytani o najlepszą formułę startu opozycji w wyborach parlamentarnych, ich odpowiedzi były mocno zbliżone. Szeroką koalicję wskazało tutaj 37 proc. respondentów, „kilka mniejszych koalicji” 22 proc., a samodzielny start każdej z partii co czwarty wyborca (25 proc.).

Wyzwania koalicjantów

Preferencje wyborców swoją drogą, a polityczne realia swoją. Co prawda Platformie Obywatelskiej w końcu udało się sformalizować zawarcie sojuszu na wybory do europarlamentu, ale już czekają na nią kolejne wyzwania. Na nią, ponieważ - w nieoficjalnych rozmowach podkreślają to zresztą sami politycy PO - jako największa formacja w koalicji ma również na swoich barkach największą odpowiedzialność za funkcjonowanie i przyszłość opozycyjnego przymierza.

Ze wszystkich wyzwań, które czekają Koalicję Europejską, na razie na pierwszy plan wysuwają się dwa. Pierwsze to ułożenie list wyborczych tak, żeby każdy z koalicjantów był (choćby względnie) zadowolony i żeby dawały one realną szansę pokonania Prawa i Sprawiedliwości, które do walki o Parlament Europejski zaangażowało czołowe nazwiska ze swojego obozu. Drugie to wypracowanie minimum programowego, które z jednej strony pozwoli odeprzeć - skądinąd zasadną - krytykę rozbieżności ideowych członków koalicji, a z drugiej będzie dobrym punktem wyjścia do rozmów o przedłużeniu sojuszu na jesienne wybory parlamentarne. Odpowiedzi w obu kluczowych kwestiach poznamy najpewniej w drugiej połowie marca.

Podpisanie deklaracji 'Koalicja Europejska dla Polski'.Podpisanie deklaracji 'Koalicja Europejska dla Polski'. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Na razie uczestnikom Koalicji Europejskiej pozostaje cieszyć się całkiem dobrymi sondażami. Od połowy lutego sojusz został ujęty w czterech badaniach - w dwóch jest kilka punktów procentowych za PiS-em (33,4 do 38,5 proc., Estymator; 32 do 38 proc., Pollster), w jednym praktycznie remisuje z partią rządzącą (33,2 do 33,9 proc., IPSOS), a w jednym pokonuje "dobrą zmianę" (38,5 do 34,7 proc., IBRiS). Wciąż nie wiadomo, czy i ewentualnie na ile elektoraty poszczególnych członków koalicji się sumują, ale powyższe wyniki pozwalają z nadzieją patrzeć na dalszą część kampanii. Na przestrzeni niemal trzech miesięcy zmienić może się jeszcze wszystko. I to kilka razy.

Sukces albo śmierć

Przyszłość Koalicji Europejskiej i jej ewentualnej transformacji w sojusz na wybory parlamentarne zależy w głównej mierze od wyniku majowych wyborów. Nie ukrywa tego zresztą przewodniczący Platformy Grzegorz Schetyna. - Ono będzie zależeć od tego, jak ułożymy listy wyborcze, jak przejdziemy przez kampanię i będziemy ze sobą współpracować. Zwycięstwo integruje i łączy. Na nim łatwiej budować kolejną aktywność i mobilizować się na październikowe wybory - stwierdził niedawno w rozmowie z "Dziennikiem Gazetą Prawną".

Wygrana z obozem władzy w eurowyborach to niemal pewna kontynuacja Koalicji Europejskiej w wariancie krajowym. Powód jest banalny: opozycja poczuje wiatr w żaglach i zwęszy szansę na pokonanie "dobrej zmiany" także jesienią. Wówczas nikt nie zechce zostać hamulcowym, a już na pewno sabotażystą. Nawet mając z tyłu głowy, że sam mógłby ugrać nieco więcej, niż idąc do wyborów z innymi. Wewnętrzna (struktury i wyborcy) i zewnętrzna (ew. wygrana w wyborach do Parlamentu Europejskiego) presja powinna szybko przezwyciężyć wzajemne animozje i konflikty interesów. Zupełnie inną kwestią jest, czy taka szeroka koalicja przetrwałaby i zdołała stworzyć rząd w razie wygranej na jesieni. Ale to temat na osobny tekst.

Grzegorz Schetyna z PO i Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL.Grzegorz Schetyna z PO i Władysław Kosiniak-Kamysz z PSL. Fot. Dominik Gajda / Agencja Gazeta

Ze słów Schetyny dla "DGP" płynie wniosek, że porażka w majowej elekcji może (ale nie musi) położyć kres funkcjonowaniu Koalicji Europejskiej. Tyle że w takim scenariuszu nie ma gwarancji powrotu do sytuacji z końca 2018 roku, gdzie każdy uczestnik wielkiej koalicji mial swój elektorat i określone poparcie. Koalicja Europejska zmieni wiele, nawet jeśli ostatecznie poniesie klęskę. Już teraz część elektoratów poszczególnych partii wchodzących w skład tego sojuszu burzy się, widząc sojusz liberałów z socjalistami czy chadeków z zielonymi. Określa to jako zdradę ideałów. Wcale nie jest powiedziane, że jeśli Koalicja Europejska się rozpadnie, to jej członkowie wrócą każdy do swojej niszy. Zniknięcie z politycznej mapy Polski nie grozi praktycznie tylko Platformie, która jest partią na tyle dużą, majętną i (w sensie poparcia) stabilną, że o swoją przyszłość w najbliższych latach nie powinna się martwić.

Win-win Schetyny

O swój los nie powinien też martwić się Schetyna. Najgorszy z jego punktu widzenia scenariusz zakładał brak szerokiego porozumienia na opozycji, rozbicie przeciwników PiS-u i ich wzajemne kłótnie, osłabiające każdą ze stron. Wówczas pytanie brzmiałoby nie "Czy opozycja poniesie dwie wyborcze klęski w 2019 roku?", ale "Jak dotkliwe klęski to będą?". Winowajcą takiej porażki zostałaby najsilniejsza formacja opozycyjna, czyli Platforma. A skoro Platforma, to również jej szef.

Tymczasem obecnie Koalicja Europejska zaczyna coraz poważniej myśleć i mówić o pokonaniu PiS-u w maju, a potem - być może - także jesienią. Jeśli faktycznie by się tak stało, Schetyna zostałby w oczach wyborców opozycji zbawcą Polski. Mężem opatrznościowym, który po czterech latach wyzwolił ich z niewoli "dobrej zmiany". Politycznie urósłby w sposób niewyobrażalny. Nikt nie wytykałby mu już braku charyzmy czy stylu zarządzania à la partyjny karbowy.

Z kolei jeśli jesienią PiS obroni się przed Koalicja Europejską (nazwa, oczywiście, może być wtedy inna) i wywalczy drugą kadencję, to - paradoksalnie - Schetyna i tak będzie zwycięzcą. Naturalnie mniejszym niż w wariancie optymistycznym, ale jednak. Bo jakie scenariusze wchodzą wówczas w grę?

Grzegorz Schetyna, Katarzyna LubnauerGrzegorz Schetyna, Katarzyna Lubnauer Fot. Jakub Porzycki / Agencja Gazeta

Pierwszy - szeroki opozycyjny blok rozpada się. PO - pisałem o tym kilka akapitów wcześniej - bez trudu sobie poradzi. Reszta członków koalicji - niekoniecznie. Powrotu do stanu z końca 2018 roku nie będzie. Niewykluczone zatem, że w takim wariancie części uczestników obecnej Koalicji Europejskiej albo zabrakłoby w wielkiej polityce, albo musieliby rozpaczliwie szukać sojuszy, które umożliwiłyby im przetrwanie trudnych dni. Ktoś powiedziałby, że w razie porażki w jesiennych wyborach Schetyna straci partię. Odpowiedziałbym mu: kto miałby go zastąpić? W Platformie nie ma dziś gotowego sukcesora, o co przez lata dbali i Tusk, i Schetyna. Ten pierwszy na pewno nie przyjechałby w takiej sytuacji na białym koniu, żeby z impetem wejść w partyjną politykę. Jeśli przewodniczący Rady Europejskiej wróci, to tylko po to, żeby odnieść sukces wieńczący jego polityczną karierę. Na pewno nie po to, żeby toczyć walki o swoją dawną partię albo reperować ją po dotkliwej przegranej.

Drugi scenariusz - pokonana w wyborach parlamentarnych opozycja ma świadomość, że osobno jest jeszcze słabsza niż razem, więc kontynuuje współpracę w formule szerokiego porozumienia. W takiej koalicji - można to stwierdzić niemalże z pewnością - największą i najsilniejszą partią znów byłaby Platforma, więc Schetyna zostałbym automatycznie przywódcą opozycji.

Co z Biedroniem? - zapytałby ktoś inny. Otóż nic. Wiosna jest dzisiaj wielką niewiadomą. Istnieje raptem od miesiąca i chociaż większość sondaży daje jej status trzeciej siły na polskiej scenie politycznej, to kolejne miesiące mogą zmienić jej sytuację o 180 stopni. Zarówno na korzyść, jak i wręcz przeciwnie. Politycy partii Biedronia i sam Biedroń nieraz mówili, że jesienią interesuje ich wynik na poziomie 15-20 proc., a minimum jest rezultat, który uniemożliwi stworzenie rządu bez Wiosny. Na razie to jednak głównie deklaracje i życzenia. Znacznie więcej przesłanek wskazuje, że pod koniec roku lub w niedalekiej przyszłości zaczniemy funkcjonować w systemie dwupartyjnym na wzór brytyjski - Zjednoczona Prawica i obóz wokół Platformy jako dwie główne siły, Wiosna jako partia numer trzy, języczek u wagi i ugrupowanie aspirujące do zastąpienia któregoś z dwóch "dużych" graczy. Na rozbetonowanie polskiej sceny politycznej i wyrwanie się z PO-PiS-owskiego uścisku raczej nie ma co liczyć.

Zobacz wideo