Świadkowie zeznali: bito nas po głowach i nękano. Sprawcy wciąż jednak pracują dla rządu

Jacek Gądek
W zeszłym roku Joanna Koczaj-Dyrda wygrała w I instancji z Ministerstwem Zdrowia - swoim szefom zarzucała nękanie. Za kilka tygodni sprawą zajmie się apelacja. Tymczasem urzędnicy, których świadkowie wskazali jako winnych dręczenia, wciąż pracują, a wręcz awansowali w resorcie albo podległych instytucjach.

22 marca Sąd Apelacyjny w Warszawie zajmie się odwołaniem od wyroku złożonym przez ministerstwo. W maju 2018 r. sąd nakazał ministerstwu wypłacić 84 tys. zł odszkodowania (60 tys. zł plus odsetki) i zwrócić 9,6 tys. zł kosztów sądowych, a także przeprosić swoją pracownicę na stronie internetowej. Wyrok dotyczy czasu od 4 lutego 2014 r. do 30 lipca 2015 r.

Publikujemy zeznania świadków

Publikujemy fragmenty zeznań świadków w jej procesie przeciwko Ministerstwu Zdrowia. Świadkowie opisują w nich skalę znęcania się nad nimi: od uderzania po głowie przez szefową po krzyki i szukanie pretekstów do zwolnienia.

Sprawa wypłynęła, gdy w 2015 r. Koczaj-Dyrda - pracownica MZ zatrudniona na stanowisku głównego specjalisty - rozesłała po ministerstwie e-maila z informacją, że trzeba ujawnić zamordyzm, który jej zdaniem panuje w MZ. Wówczas sprawę opisał "Fakt". Koczaj-Dyrda wytoczyła ministerstwu proces, który w I instancji wygrała - nieprawomocnie.

Koczaj-Dyrda pozostaje pracownicą resortu. W rozmowie dla serwisu GoWork.pl mówiła: - Mimo wygranej w sądzie I instancji czuję się zmuszona do odejścia, bo przełożeni nadal traktują mnie jak trędowatą. Za to żadnej z osób napiętnowanych przez sąd nie spadł włos z głowy, wszyscy mają się jak pączki w maśle.

Zarzuty ws. "pikniku w McDonaldzie"

Prześledziliśmy na podstawie akt sprawy, co działo się w MZ. Nie podajemy danych osobowych świadków, bo są to osoby ze szczebla urzędniczego, a nie politycy.

Nękanie miało się zacząć po pilnej kontroli, na jaką z Warszawy do Katowic wysłał Koczaj-Dyrdę dyrektor generalny Marcin A. Z racji choroby lokomocyjnej powódki trzeba było się po drodze zatrzymywać. Po tej kontroli dyrektor A. miał do niej pretensje i wezwał na rozmowę wraz kilkoma innymi osobami.

Z zeznań (to cytaty ze świadków) wynika, że A. "miał specyficzny sposób bycia". Ale co konkretnie to oznacza?

Z zeznań świadków: "Pamiętam, że powódka mówiła, że ma chorobę lokomocyjną, były przerwy [w jeździe samochodem], bo źle się czuła. A. powiedział, że jak powódka jest chora, to niech siedzi na L4". Wedle świadków, którym sąd dał wiarę, A. groził Koczaj-Dyrdzie, że "jej pokaże, że jest u władzy" i zarzucał, iż zamiast jechać na kontrolę, "zrobiła piknik w McDonaldzie".

Świadek i uczestnik spotkania z dyr. A.: "Spotkanie zaczęło się od krzyku dyrektora generalnego pod moim adresem, który zarzucił mi odmowę wykonania polecenia służbowego".

Świadek: "Jak już przestał krzyczeć, starał się wykazać moją niekompetencję". I dalej: "Pod adresem powódki padły pogróżki weryfikacji jej dyscypliny pracy, a także pogróżki i sformułowania typu: dorwę was, jak pójdziecie na zwolnienie i jak wy się odzywacie", "dyrektor A. mówił do powódki: kto panią wychowywał, kto uczył kultury".

Sam A. zeznawał, że to powódka na spotkaniu "naruszyła zasadę koleżeństwa, zwracając się do mnie w sposób arogancki, podniesionym tonem". Zapewniał: "Nie zwracałem się do powódki, że nauczę ją pracować" i "nie krzyczałem na powódkę i inne osoby, mówiłem w sposób asertywny i stanowczy".

Pół godziny besztania

Świadkowie opisywali też obyczaje panujące w MZ. Świadek opowiedział na przykład, że sam był "przez pół godziny besztany za brak podpisu". Opisał też taką scenę: "Kiedyś na spotkaniu kierownictwa, (…) byłem świadkiem, jak minister Bartosz Arłukowicz poprosił, żeby A. bardziej pomagał, a nie tylko stosował środki nakazowo-rozdzielcze. A. odpowiedział, że oczywiście przyjął do wiadomości i stwierdził 'OK, ale ja też mam małe dzieci i trzeba je wychowywać;". Z kolei wiceminister zdrowia (…) miał świadkowi powiedzieć, że dyrektor A. "nie trzyma afektów". "Jak A. 'upatrzy' sobie kogoś, to go potem 'ścigał'". A co więcej, "zachowanie A. było tolerowane przez kierownictwo [ministerstwa]".

Inna świadek: "Skarżyłam się na mobbing. Wysłałam pismo do szefa Służby Cywilnej odnośnie mobbingu. Byłam świadkiem uderzenia w głowę pracownika przez Joannę K.[jedną z dyrektorek]. Inne osoby z mojego departamentu też były źle traktowane".

Były rzecznik dyscypliny w MZ: "Kiedy przesłuchiwałem osoby ukarane [przez A.], one zgłaszały mi, że są bardzo źle traktowane przez A., wiele osób płakało przede mną".

Rękoczyny wobec podwładnych

Inny świadek: "Pani K. posunęła się do rękoczynów [w stosunku] do mnie i mojej koleżanki. Pani dyrektor wpadła do pokoju i puknęła moją koleżankę w głowę i zapytała, czy ma mózg. Podobnie było ze mną miesiąc później, jak uderzyła mnie w głowę i wyszła. Powiedziałem o tym dyrektorowi generalnemu i przeniesiono mnie do innego wydziału i nie przedłużono umowy o pracę mimo pozytywnej opinii".

Sama K. zeznała: "P. złożył na mnie skargę do szefa Służby Cywilnej. Moje wyjaśnienia uznano za wystarczające. Ja dostałam pismo w tej sprawie. Wiem, że było pouczenie o niestosownym zachowaniu".

Inna świadek: "Były przypadki omdleń, byliśmy wycieńczeni pracą".

Sąd I instancji zmiażdżył MZ

Sąd I instancji w minionym roku zmiażdżył szefostwa MZ. Przed spotkaniem opisywanym przez świadków pracownicę MZ uprzedzono, że - cytat z uzasadnienia sądu - "nie należy się odzywać i trzeba wyłącznie wysłuchać dyrektora".

Sąd ustalił taki przebieg spotkania, o którym opowiadali świadkowie: "dyrektor generalny krzyczał na powódkę i O. [osobę również skarżącą się na mobbing]. (…) Powiedział, 'że jej pokaże, że jest u władzy i wreszcie nauczy ich pracować, że ich dorwie i wreszcie pójdą na zwolnienie' oraz 'kto Panią wychował''.

Z uzasadnienia sądu: "W okresie kiedy A. pełnił funkcję dyrektora generalnego prawa pracowników nie były w pełni przestrzegane", "pracownicy czuli się mobbingowani przez przełożonych", "kontrolowano nadmiernie czas pracy osób, co do których chciano podjąć decyzje o ich odwołaniu". Opisując skutki takich rządów w MZ sąd podkreślił, że "wielu pracowników (…) leczyło się psychiatrycznie z powodu sytuacji w pracy" i zmieniło się aż 76 proc. pracowników w niektórych departamentach. "Duża rotacja pracowników, częste absencje z powodu leczenia, powodowały konieczność pracy, pozostałych osób, w godzinach nadliczbowych. Działania dyrektora generalnego destabilizowały pracę urzędu, wprowadzały poczucie zagrożenia wśród pracowników efektem czego był spadek wydajności pracy" - to cytat z uzasadnienia nieprawomocnego jeszcze wyroku.

Sąd: szef uważał się za nieomylnego

Sąd uznał, że "zeznania tych świadków są spójne, logiczne i konsekwentne". Z kolei zeznania głównego obwinionego sąd opisał tak: "Obrazują jego sposób zarządzania zasobami ludzkimi i przekonanie o właściwości swojego zachowania, o nieomylności, są przy tym niespójne i nielogiczne". Wiarygodność zeznań innych wskazywanych przez pracowników MZ jako sprawców mobbingu sąd ocenił podobnie ("zeznania te były tendencyjne").

Z uzasadnienia: "Działania dyrektora generalnego wynikają z osobistej niechęci do powódki, który w relacjach służbowych na tym poziomie nie powinien mieć miejsca".

Co robią dyrektorzy wskazani jako mobberzy?

Sprawdziliśmy, czy sprawcy - jak, póki co nieprawomocnie, uznał sąd - nadal są zatrudnieni w instytucjach państwa. Tak było w czasach rządów Platformy Obywatelskiej, tak jest i teraz za władzy Prawa i Sprawiedliwości.

Dyrektor który głównie był oskarżony, czyli A., jest teraz radcą prawnym w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym - tak wynika z jego CV na profilu LinkedIn.

Z kolei D., który był dyrektorem gabinetu A. pracuje na kierowniczym stanowisku w Urzędzie Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych. Kolejna osoba z grona wskazanych jako mobberów w MZ - pani M. - pozostaje na dyrektorskim stanowisku w ministerstwie.

Ministerstwo nie odpowiada

Kilkanaście dni temu zapytaliśmy w Ministerstwie Zdrowia i urzędzie mu podległym (URPL) o zatrudnienie osób wskazanych w I instancji jako sprawców mobbingu. Pytania dotyczyły tego, w jaki sposób osoby te zajęły nawet wyższe stanowiska niż dotychczas i czy dla pracodawców miało znaczenie to, że w I instancji MZ przegrało proces z Koczaj-Dyrdą. Póki co nie uzyskaliśmy żadnej odpowiedzi.

Zobacz wideo
Więcej o: