Problem "dwórek Glapińskiego" pokazuje, że PiS kompletnie nie uczy się na własnych błędach

W polskiej polityce od lat funkcjonuje pewne prześmiewcze powiedzenie: jeśli chcesz pokonać prawicę, to najlepiej pozostaw ją samą sobie. Wizerunkowy kryzys związany z horrendalnymi zarobkami najbliższej współpracowniczki Adama Glapińskiego, prezesa NBP i bliskiego przyjaciela Jarosława Kaczyńskiego, tylko potwierdza trafność powyższych słów.
Zobacz wideo

Na początek tło historyczne. Żeby zrozumieć wagę tej sprawy, należy zadać sobie jedno, proste pytanie: co przez przeszło trzy lata rządów zawsze najbardziej szkodziło Prawu i Sprawiedliwości? Odpowiedź brzmi: wszystko, co jest związane z rozpasaniem władzy i uwłaszczaniem się partyjnych działaczy na państwowym majątku.

Dwóch koronnych przykładów nie trzeba szukać daleko, miały miejsce zaledwie w ubiegłym roku. Chodzi o sowite nagrody dla członków rządu, których przyznania z sejmowej mównicy broniła swego czasu była premier Beata Szydło. - Te pieniądze im się po prostu należały. To były nagrody oficjalne, które zostały przyznane w ramach budżetu uchwalonego w tej izbie, a nie zegarki od kolegów biznesmenów - grzmiała.

Drugi przykład? Potężny w swojej skali desant radnych i działaczy Zjednoczonej Prawicy na intratne stanowiska w państwowych spółkach. Wiosną 2018 roku sprawę nagłośniło PSL, konsekwentnie publikując kolejne nazwiska polityków obozu rządzącego, którzy - używając terminologii ludowców - przytulili grube tysiące złotych od państwowych gigantów. Cała akcja była prowadzona pod ironicznym hasztagiem #SamiSwoi.

Nieodrobiona lekcja

Obie sprawy - obok skandalu dyplomatycznego związanego z nowelizacją ustawy o IPN - na dobre pół roku zepchnęły PiS do rozpaczliwej defensywy. Jakie konsekwencje przyniosły? Koniec przyznawania nagród członkom rządu, przekazanie przyznanych premii na Caritas, redukcję liczby wiceministrów (w praktyce spora część z nich została później „pełnomocnikami” albo „doradcami” ministrów, premiera lub rządu), obniżenie o 20 proc. pensji posłom i senatorom, zakaz wstępu na listy wyborcze PiS-u dla ludzi, którzy funkcję radnego łączą z wysoko opłacanymi stanowiskami w spółkach skarbu państwa.

- Nie działamy dla siebie, działamy dla Polaków, do polityki nie idzie się dla pieniędzy - ostrzegał swoich podwładnych podczas partyjnej konwencji prezes Kaczyński.
- Kwestia moralności jest niesłychanie ważna, musimy być w polityce ludźmi bez skazy, musimy starać się robić wszystko, by nic nam nie można było zarzucić. Musimy być, by zwyciężyć, by przebudować Polskę, partią czystych rąk. Nie będzie żadnej tolerancji, żadnego zmiłowania dla tych, którzy te ręce będą sobie brudzić - podkreślał.

Od wygłoszenia tamtych słów nie minęło jeszcze nawet dziewięć miesięcy, a już widać, że PiS nie wyciągnęło z zeszłorocznej podwójnej lekcji należytych wniosków. Tylko tak można ocenić to, że Martyna Wojciechowska – faworytka prezesa banku centralnego, a przy okazji dyrektorka Departamentu Komunikacji i Promocji NBP oraz członkini rady Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – miesięcznie inkasuje, według wyliczeń „Gazety Wyborczej” i OKO.press, ok. 77 tys. zł. Dla porównania - średnia krajowa w listopadzie 2018 roku wynosiła 4966,61 zł brutto („na rękę” dawało to ok. 3,5 tys. zł); minimalne wynagrodzenie od 1 stycznia tego roku to 2250 zł brutto (ok. 1630 zł netto); najniższa emerytura od 1 marca 2019 roku będzie wynosić 1100 zł brutto (nieco ponad 930 zł „na rękę”).

Pięć powodów do obaw

Wśród zmasowanej krytyki niebotycznego wynagrodzenia zaufanej współpracowniczki prezesa NBP pojawiają się nieśmiałe głosy, że to przecież jednostkowy przypadek, że sprawa nie dotyczy ani PiS-u, ani rządu, tylko NBP, który jest niezależną instytucją finansową, że burza co prawda jest spora, ale w końcu ucichnie, że w sumie to każda ekipa rządząca uwłaszczała się na państwowym majątku. Przyjęcie takiej optyki byłoby jednak dla PiS-u zabójcze. Partia od kilku tygodni co chwilę potyka się o własne nogi i sama generuje problemy, które potem rozpaczliwie stara się rozwiązać. Sprawa wynagrodzeń przybocznej prezesa Glapińskiego jest może i banalna, ale w dłuższej perspektywie niesie za sobą olbrzymie zagrożenie dla „dobrej zmiany”. Dlaczego? Z kilku powodów.

Powód pierwszy - nic nie doprowadza Polaków do pasji równie mocno, co zarobki (zwłaszcza wysokie) polityków i urzędników oraz uwłaszczanie się ludzi związanych z władzą na państwowym majątku. PiS przekonało się o tym dwukrotnie w poprzednim roku, ale najwyraźniej tego nie zrozumiało. Albo zrozumiało i zapomniało. Klasa polityczna jest przez Polaków oceniana nawet nie tyle źle, co wręcz tragicznie. „Polityk” to już niemalże obelga, a wszelkie profesje związane z polityką szorują po dni rankingów prestiżu i zaufania społecznego.

Powód drugi - casus pani Wojciechowskiej i jej bajecznego uposażenia uderza w najczulszy punkt PiS-u, a więc wizerunek partii umiaru, formacji ideowej i bliskiej problemów zwykłych Polaków, wreszcie ugrupowania moralnie lepszego od swoich poprzedników. Słowem, pokazuje czarno na białym hipokryzję obozu rządzącego i to, że poza licznymi wzniosłymi deklaracjami, w sferze konsumowania władzy nie różni się on niczym od tych, których etatowo krytykuje za „butę i arogancję władzy”.

Powód trzeci – sytuacja jest cokolwiek tragiczna z punktu widzenia PiS-u, bo de facto partia nie może zbyt wiele z nią zrobić. Pani Wojciechowska podlega wyłącznie prezesowi NBP, ale ten nie podlega ani Nowogrodzkiej, ani premierowi. Odwołać go nie sposób, ergo - zmusić do niczego też nie można. Oczywiście, być może zostanie (już zostało?) mu zasugerowane stosowne rozwiązanie problemu, ale ostateczna decyzja należy wyłącznie do niego. Jaka będzie? Trudno powiedzieć.

Powód czwarty - zaistniała sytuacja w istotny sposób psuje rynek, rozumiany jako działalność na rzecz państwa w rozmaitych urzędach czy kontrolowanych przez nie spółkach. Pokazuje innym, że można grać tylko na siebie, trzeba tylko robić to umiejętnie i najlepiej po cichu. A wtedy, jeśli będziemy mieć szczęście, w rok zarobimy na mieszkanie, a w czasie jednej kadencji możemy ustawić się na długie lata. Skoro już nawet wygłaszane z poziomu Nowogrodzkiej ostrzeżenia i groźby nie mają wystarczającego waloru odstraszającego, znaczy, że sytuacja (i poziom zepsucia) jest poważny.

Powód piąty - sytuacje takie jak ta w NBP w naturalny sposób ściągają na obóz rządzący i jego podejście do państwowego majątku uwagę mediów. Przez ostatnie trzy lata zdążyliśmy się już nieraz przekonać, że takie zainteresowanie dziennikarzy nigdy nie wychodzi PiS-owi na dobre. Podobnie będzie (zapewne) i tym razem, bo dziennikarze zaczną kopać wokół tematu mocniej i głębiej, aż dokopią się do rzeczy, których politycy nigdy nie chcieliby upubliczniać. Nie trwało długo, zanim dziennikarze „Faktu” dotarli do informacji, że prezes Grupy Azoty swoją asystentkę awansował na dyrektorkę departamentu zarządzania i komunikacji. Pensja, bagatela, ok. 30 tys. zł miesięcznie. A to może być dopiero wierzchołek góry lodowej.

Zobacz wideo