Starosta bieszczadzki zachwalał nowego członka zarządu powiatu. Za działania antyekologiczne

Komendant Straży Leśnej w Nadleśnictwie Lutowisko został wybrany do zarządu powiatu bieszczadzkiego. Starosta zachwalał go jako osobę "zaangażowaną w działania antyekologiczne". W rozmowie z Gazeta.pl tłumaczy, co miał na myśli.

W zarządzie powiatu bieszczadzkiego zasiadł Mieczysław Kaźmierczyk, Komendant Straży Leśnej, starszy strażnik leśny, pracownik posterunku Straży Leśnej Nadleśnictwa Lutowisko. W w czwartek podczas pierwszej rady powiatu został w ciekawy sposób przedstawiony przez starostę.

- Jest zaangażowany w działania prorozwojowe i antyekologiczne, które wspieramy całym sercem - powiedział podczas rady starosta Marek Andruch, pełnomocnik powiatowy struktur PiS w regionie.

Starosta zachwalał członka zarządu powiatu: zaangażowany antyekologicznie

Na te słowa zwrócił uwagę pracownik Zakładu Bioróżnorodności w Instytucie Ochrony Przyrody PAN, dr Michał Żmihorski.

Starosta Powiatu Bieszczadzkiego o zasługach komendanta Straży Leśnej: "jest zaangażowany w działania antyekologiczne które wspieramy całym sercem". Opony do pieca, drzewa ściąć, szambo do rzeki - no faktycznie, brawo!

- napisał oburzony.

Faktycznie, pilnie potrzebujemy dziś działań antyekologicznych - świeże powietrze, czy czysta woda zagrażają naszej egzystencji. Dlatego bardzo dziękujemy panu strażnikowi leśnemu za jego zaangażowanie... Ręce opadają...

- dodał w kolejnym wpisie.

Starosta: chodzi o działania pseudoekologiczne

Poprosiliśmy starostę bieszczadzkiego o komentarz w tej sprawie. - Sesja jest sytuacją emocjonalną. Nie chodzi o działania antyekologiczne, bo ekologia jest dobrą rzeczą. Chodzi o działania pseudoekologiczne - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Marek Andruch.

Dopytujemy, czym są "pseudoekologiczne działania". Zdaniem starosty bieszczadzkiego, są to m.in. "działania mające na celu wyłączenie z użytkowania dużych kompleksów leśnych", które są w Bieszczadach "olbrzymim pracodawcą".
- Wyłączenie ich powoduje jeszcze większe bezrobocie - przekonuje Andruch.

Gdy pytamy, dlaczego pojawiają się propozycje wyłączania obszarów leśnych na terenie Bieszczad, okazuje się, że chodzi o chronione gatunki. - Nagle ni stąd, ni zowąd pojawiają się gatunki, których tu wcześniej nie było i okazuje się, że są one chronione. To jest trudne do przyjęcia - mówi Marek Andruch.

Zauważamy, że przecież zwierząt nikt celowo nie zwozi, tylko że zapewne po prostu migrują. - Jeżeli ludzie użytkują ten teren od wieków, a tu nagle pojawi się zwierzę, to co, możemy nagle człowieka wysiedlić z tego terenu? - pyta Marek Andruch. - Zwierząt jest coraz więcej, to więc naturalne, że zajmują nowe tereny. Tylko teraz co, skoro się pojawiają, to mamy wysiedlać wioski? Bo przechodzą sobie tutaj zwierzęta? Trzeba znaleźć jakiś kompromis - dodaje.

Wyjaśnia, że mówiąc o "pseudoekologicznych działaniach" miał na myśli także "próby zakładania nowych form ochrony".

 Bieszczady są już tak spenetrowane różnymi programami ochronnymi, że właściwie wszystko jest już chronione. Zaostrzanie tych form ochrony na terenach, gdzie prowadzona jest gospodarka, z której ludzie się utrzymują, jest dla nas nie do przyjęcia. Zagrozi funkcjonowaniu lokalnej społeczności

- mówi nam starosta bieszczadzki. - Gdy ludzi pozbawi się możliwości normalnego życia, to te tereny się wysiedlą - dodaje z lekkim smutkiem.

Więcej o: