Decyzja Gronkiewicz-Waltz spóźniona o 8 lat. Jeśli sąd ją uchyli, PiS ma poważny problem [ANALIZA]

Wiktoria Beczek
Hanna Gronkiewicz-Waltz tuż przed ustąpieniem z urzędu zakazała Marszu Niepodległości. Spóźniona o wiele lat decyzja wpisała się idealnie w plany z Nowogrodzkiej. Plan PiS rozbija się jednak o ich własną ustawę, której treści nie znają.

Hannie Gronkiewicz-Waltz do końca prezydentury zostały dni - 22 listopada zaprzysiężony zostanie nowy włodarz Warszawy. Podejmowanie trudnych decyzji niespodziewanie stało się znacznie łatwiejsze.

W zeszłym roku na Marszu Niepodległości były "tylko" transparenty o "czystej krwi" i "białej Europie". A przecież już w 2010 roku doszło do napaści na policjantów, rok później w ruch poszły kamienie i podpalono wóz TVN24, 2012 rok to kolejne zamieszki, a w 2013 roku zaatakowano squat Przychodnia, spalono Tęczę i budkę przed ambasadą Rosji. Było całe mnóstwo okazji, by odwołać się do "naruszania wolności pokojowego zgromadzenia", "zagrożenia dla życia lub zdrowia" czy "zainteresowania środowisk ekstremistycznych", o których w uzasadnieniu swojej decyzji pisze Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Prezydent sama przyznaje, że "od 2010 roku podczas organizacji Marszów Niepodległości dochodziło do naruszeń bezpieczeństwa i porządku publicznego". A jednak, żeby podjąć działania przeciwko - jak sama mówi - "agresywnemu nacjonalizmowi", potrzeba było 8 lat i zachęty ze strony włodarzy Wrocławia, którzy zakazali "swojego" marszu dzień wcześniej.

Nigdzie, a już szczególnie nie w mieście, które tyle wycierpiało przez totalitarne ideologie, nie powinno być miejsca na hasła takie jak "Polska dla Polaków" i "Śmierć wrogom ojczyzny". Dobrze, że Gronkiewicz-Waltz ostatecznie to zrozumiała.

Tymczasem podnoszą się głosy, że powinno się bezwzględnie przestrzegać wolności zgromadzeń, a osoby tolerancyjne mają obowiązek tolerować też rasizm i ksenofobię. Ma się je bowiem zwalczać przez edukację, a nie zakazy. To fałszywa optyka. Równie dobrze można prosić przestępcę, by więcej nie łamał prawa, ale nie karać go za to.

Władze nie doczytały własnej ustawy

Gronkiewicz-Waltz, nawet jeśli jest z tą decyzją spóźniona o 8 lat, wydaje się być wygrana. Odejdzie z urzędu w chwale, jako ta, która zatrzymała nacjonalistów. Z prasowych doniesień może też wynikać, że wygrany jest obóz prezydencko-rządowy. Prezydent z premierem - żeby ratować sytuację albo w ramach tajnego planu, którego częścią przez przypadek stała się prezydent Warszawy - ogłosili wspólny, państwowy marsz i zdają się odgwizdywać sukces.

Jak ustaliła Wirtualna Polska, gdyby prezydent nie zakazała marszu, zrobiłby to wojewoda mazowiecki, bo decyzja o zakazie zapadła na Nowogrodzkiej, a zakaz Gronkiewicz-Waltz był szczęśliwym zbiegiem okoliczności, który jedynie zdjął odpowiedzialność z wojewody. Z kolei "Rzeczpospolita" twierdzi, że służby miały informacje o wybierających się na Marsz środowiskach neofaszystowskich, a to oznaczałoby kolejny rok obecności Polski, jako kraju niemal totalitarnego, w zagranicznej prasie. Wspaniały prezent na setną rocznicę odzyskania niepodległości.

Plan na uniknięcie katastrofy przedstawił rzecznik Dudy Błażej Spychalski. W rozmowie z dziennikarzami poinformował, że marsz ma charakter państwowy, dlatego trasa żadnego innego marszu nie może przebiegać w tym miejscu. I tu rzecznik się myli, albo zaklina rzeczywistość - zapis o "dominacji" państwowych manifestacji nad całą resztą faktycznie rozważano w toku nowelizacji ustawy, ale ostatecznie do niej nie weszły. Ostały się za to zapisy o zgromadzeniach cyklicznych, które właśnie dziś, w kontekście Marszu Niepodległości, okazały się niekorzystne dla władzy.

Rząd na tle rasistowskich haseł

Pozostają więc dwie opcje, zależnie od tego, czy sąd przychyli się do decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz, czy też uzna ją za bezprawną. Prawnicy, których opinii zasięgnęłam są podzieleni - część uważa, że wniosek ma szansę obronić się w sądzie, część, że za mało w nim konkretów na temat zagrożenia, a za dużo retoryki (odwołania do opinii Parlamentu Europejskiego i Episkopatu).

Jeśli zakaz pozostanie w mocy, strona rządowa może liczyć na to, że “umiarkowani” uczestnicy Marszu Niepodległości przyłączą się do nowej demonstracji, a ewentualni ekstremiści zostaną szybko spacyfikowani - jako nielegalne zgromadzenie - przez policję.

Jeśli zaś sąd uzna, że Gronkiewicz-Waltz nie miała racji, na warszawskim rondzie Dmowskiego stawią się jednocześnie dwa marsze - nacjonalistów i władz państwowych. Co wtedy? Spełni się najczarniejszy z koszmarów i prezydent z premierem będą musieli przemaszerować na tle rasistowskich transparentów. Jak tę szopkę wytłumaczą swoim czytelnikom zagraniczne media? Nie będzie łatwo, ale przede wszystkim nie będzie to dobrze wyglądać.

Ratunek po porażce z obchodami

Prezydent i premier zapewne widzieli swoje posunięcia jako gambit - poświęcą poparcie organizatorów marszu i ich akolitów, a w zamian będą mieli swój marsz, czym przy okazji załatwią kwestię wątpliwego gospodarowania funduszami na obchody stulecia niepodległości. Marsz z pompą przykryje dotychczasową indolencję i obie strony - miasto i władze centralne - wyjdą z sytuacji obronną ręką.

Czy ten ruch się uda, zależy w dużej mierze od decyzji sądu. 24 godziny, które organizatorzy Marszu Niepodległości mają na odwołanie od decyzji Hanny Gronkiewicz-Waltz to z pewnością nerwowy moment dla Andrzeja Dudy i Mateusza Morawieckiego. Niezależnie od orzeczenia, władze muszą liczyć się z tym, że nacjonaliści tak łatwo nie odpuszczą. A w obliczu masowego przechodzenia policjantów na L4, wszyscy musimy liczyć się z jatką. Akurat na stulecie niepodległości Polski.