PiS przegrało w miastach, bo za mocno dokręciło śrubę. Za dużo było propagandy i straszenia [ANALIZA]

Wiktoria Beczek
Obrzydzanie opozycji, toporne forsowanie przekazu partyjnego w TVP i nachalne promowanie niektórych kandydatów nie mogło zdać egzaminu w miastach. Dziś nawet twardy elektorat mówi, że "toporna propaganda" przyczyniła się do złych wyników wyborów.

Zaczęło się w grudniu ubiegłego roku, jakieś 6-7 miesięcy przed startem kampanii przed wyborami samorządowymi. Lubianą przez twardy elektorat premier Beatę Szydło prezes PiS wymienił na chłodnego technokratę. Zakulisowo wyliczano różne powody, m.in. konieczność osłabienia dotychczasowej premier, która stała się popularniejsza od samego prezesa. Wydaje się jednak, że Jarosław Kaczyński nie powtórzyłby wariantu marcinkiewiczowskiego, pamięta przecież, jak to się skończyło. Za rozsądną można przyjąć wersję, według której Mateusz Morawiecki miał być tym, który, nie tylko strąci Szydło ze świecznika, ale przede wszystkim skonsoliduje obóz rządzący, będzie potrafił rozwiązywać konflikty i wejść w dialog z Brukselą oraz przemówi do mieszkańców wielkich miast, bo taki jest "ładny, amerykański".

Czy mu się to udało? Niech przemówią liczby. Na 107 prezydenckich miast, Prawo i Sprawiedliwość zwyciężyło w czterech - Chełmie, Otwocku, Stalowej Woli i Zamościu. Inaczej jest z miastami do 50 tys. mieszkańców, gdzie Prawo i Sprawiedliwość wyraźnie wygrało, i nieco większymi, gdzie tylko nieznacznie przegrało, ale dziś 103:4 robi równie duże wrażenie, jak 27:1 w głosowaniu na przewodniczącego Rady Europejskiej, gdy tylko Polska głosowała przeciwko Donaldowi Tuskowi.

Co za dużo, to niezdrowo

W Nowym Sączu spektakularną porażkę poniosła Iwona Mularczyk, żona posła Arkadiusza Mularczyka. Na ostatniej prostej pomocy miał udzielić jej prezydent Andrzej Duda, ale był to raczej pocałunek śmierci. Mieszkańcom miasta widocznie nie spodobała się krypto-kampania na cmentarzu. Ale przecież przed Dudą, w ostatnim tygodniu kampanii do Nowego Sącza zjechało pół rządu - minister infrastruktury Andrzej Adamczyk, wicepremier Beata Szydło, wicepremier Jarosław Gowin i premier Mateusz Morawiecki, a po Wszystkich Świętych jeszcze minister rozwoju Jerzy Kwieciński i minister zdrowia Łukasz Szumowski. Wizytowali miasto niemal dzień po dniu.

Wajchę za daleko docisnął też Janusz Kotowski. Uważni czytelnicy mogą kojarzyć Kotowskiego z tym, że miał on zakazać projekcji filmu "Kler" w jedynym ostrołęckim kinie - jego właścicielem jest miejskie centrum kultury, a to podlega prezydentowi. Mieszkańcy miasta zdążyli natomiast poznać Kotowskiego bliżej, bowiem rządził Ostrołęką od 12 lat. Ponoć władze partii były oburzone nieskonsultowaną decyzją włodarza, bo - jak zauważył jeden z polityków PiS w rozmowie z "Wprost" - "Polacy są narodem, który nie znosi zakazów". Ale mleko się rozlało i na interwencję centrali było już za późno.

Na nic zdał się też wyborczy maraton premiera po dużych miastach, gdzie zachwalał kandydatów PiS. Zachwalał w sposób absurdalnie przesadny - Patryka Jakiego nazywał "Lucky Jakim", na wzór Lucky Lucka, a o kandydatce w Krakowie mówił, że miasto “miało już Królową Jadwigę, teraz najwyższy czas na panią prezydent Małgorzatę Wassermann”. Komplementów Morawieckiego nie kupiono, tak samo, jak nie kupiono straszenia uchodźcami. 

W ostatnim przed ciszą wyborczą spocie pokazano Polskę przyszłości, w której "napaści seksualne i agresja" ze strony imigrantów są codziennością. Wedle autorów materiału, odpowiedzialni za to są samorządowcy z PO, którzy "chcą przyjmować migrantów". Zarządzanie strachem okazało się być złą strategią - w kontekście spotu mówiono o "propagandzie i manipulacji przywodzącej na myśl mroczne czasy" (Bianka Mikołajewska), "faszyzmie" i "nawoływaniu do nienawiści" (Wojciech Tochman). Ale spot krytykowali też narodowcy! Krzysztof Bosak nazwał spot "cyniczną, głupią i podłą propagandą".

 

Przesadą były również “pokazówki” w rodzaju tej na autostradzie A2, gdzie Patryk Jaki, wraz z gromadą oficjeli, wbijał "pierwszą" łopatę, choć budowa trwa od dawna. To już jednoznacznie kojarzy się z PRL-owskim 22 lipca, kiedy to przecinano wstęgę w niegotowych inwestycjach, ale też takich, które już od miesięcy działały.

"Prymitywna propaganda" w TVP

Wbrew pozorom problemem stała się Telewizja Polska. Pewnie mieszkańcy metropolii rzadziej wybierają TVP Info i "Wiadomości", ale forsowania przekazu partii rządzącej zaczęli mieć dość też wyborcy PiS i przychylne partii osoby publiczne. Wiele z nich to właśnie na prezesa TVP Jacka Kurskiego zrzuca winę za wynik wyborczy. Gdy ogłaszano rezultaty z kolejnych miast, popłynęła fala pretensji. Padały słowa o "wbijaniu na chama prymitywnej propagandy" (popularny prawicowy bloger Matka Kurka), "komunistycznych metodach" (Rafał Ziemkiewicz), o tym, że "Dziennik Telewizyjny wychodzi z siebie" (Stanisław Żerko), a nawet zaczęto podejrzewać, że Kurski to piąta kolumna Koalicji Obywatelskiej na odcinku medialnym (to już anonimowi internauci).

To jeszcze nie oznacza, że TVP zmieni kurs. Na pokładzie są przecież i tacy, którzy mają  dużo do stracenia i - jak Michał Karnowski - trzymają się tezy, że telewizja publiczna ma być "dużym ośrodkiem medialnym zdolnym się przeciwstawić atakom na obóz rządzący" i "stałej akcji obrzydzania Jarosława Kaczyńskiego", a także będzie zdolna powstrzymać "przesilenie", wywoływane przez opozycję. Słowem i bez owijania w bawełnę - ma być organem propagandowym partii.

W PiS coraz częściej mówi się jednak o wymianie Kurskiego i jego powrocie do Brukseli. On sam, naturalnie, zaprzecza.

Hamulcowi w PiS

Przykład prezydenta Ostrołęki pokazuje, że w PiS-ie są jacyś hamulcowi. To zapewne za ich sprawą nadal nie wyciągnięto choćby zapowiadanej od dawna ustawy o dekoncentracji mediów. Kalkulacja zysków i strat sprawia, że partia - mimo wygrażań środowisk anti-choice - zamroził też projekt ustawy zakazującej aborcji. Przykręcenie tych śrub uradowałoby twardy elektorat PiS, ale to nie o niego toczy się walka. To centrum i miasta właśnie są polem do zagospodarowania, jak amerykańskie swing states, o których głosy toczy się bój.

Politycy PiS zaklinają rzeczywistość i przekonują, że mieszkańcy miast to zaledwie 15 proc. Polski. Tak naprawdę stanowią 60 proc. i - choćby nie wiem, jak udawać - PiS musi się o miasta bić. A jedynym sposobem na przejęcie tam władzy, albo choćby odzyskanie jej tam, gdzie jeszcze do niedawna PiS rządził, jest złagodzenie kursu.

Bliźniacza kampania Trumpa

Na Nowogrodzkiej powinni dziś uważnie patrzeć na wybory w Stanach Zjednoczonych. Donald Trump, identycznie jak PiS przed wyborami, straszył uchodźcami, agresywnymi aktywistami i samą opozycją, która zatopi gospodarkę. Prezydent zapowiedział też m.in. odejście od prawa ziemi i odebranie możliwości korekty płci osobom transpłciowym. Opozycję i uchodźców łączył w spocie, w którym przekonywano, że pochodzący z Ameryki Centralnej morderca dwóch policjantów, został wpuszczony do USA przez Demokratów, choć jego ostatni nielegalny wjazd i większość pobytu odbyła się za rządów Republikanów.

Jakby podobieństw było mało, Trump prowadził też agitację na cmentarzu, a nawet więcej - na pogrzebie jednej z ofiar antysemickiego zamachu na synagogę w Pittsburgu. Twittował, że poznał tam republikańskiego kongresmena, który zrobił na nim świetne wrażenie, a jego żal i smutek był bardzo inspirujący.

Trump dociskał wajchę tak bardzo, jak potrafił. Sondaże wskazują natomiast, że Republikanie stracą Izbę Reprezentantów i - zdaniem komentatorów - te dwa fakty są ze sobą jednoznacznie związane. Bo śruba przykręcona o jeden raz za mocno pęka.

Brejza w rozmowie z Gazeta.pl: Moi prawnicy analizują możliwość pozwania Wassermann