Rozenek nie wierzy w jedność lewicy. "Rozmawiałem z Zandbergiem. Mówił, że jesteśmy PZPR-em"

- Na lewicy jest nas mało, coraz mniej, a animozje między nami są coraz większe - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Andrzej Rozenek, były poseł i kandydat SLD na prezydenta Warszawy. - Może polska lewica ma w sobie gen samozagłady - dodaje.

GAZETA.PL: W chwili, gdy rozmawiamy nie ma jeszcze oficjalnych wyników wyborów samorządowych, bazujemy na badaniu late poll, ale i tak można stwierdzić, że lewica dostała lanie. Nie tak miało być.

ANDRZEJ ROZENEK: To zbyt pesymistyczna ocena. Oczywiście nie jestem zadowolony ze swojego wyniku w Warszawie, ale SLD w skali kraju ma 6,6 proc. głosów. Do satysfakcji daleko, ale nie jest to również katastrofa. Na SLD Lewica Razem w liczbach bezwzględnych zagłosowało więcej ludzi niż w wyborach w 2015 roku. To dobry znak. Pamiętałbym też o jeszcze jednej rzeczy - wyniki tych wyborów należy rozpatrywać regionalnie. Będą miejsca, w których mamy bardzo dobre rezultaty, a będą też takie, w których poszło nam nędznie. Dobrze, że są takie perełki jak Krzysiek Matyjaszczyk, który wygrał trzecią kadencję w Częstochowie, uzyskując w pierwszej turze prawie 60 proc. głosów.

W wyborach do sejmików o taki sukces trudno. 6,6 proc. głosów dla SLD to z jednej strony więcej, niż dawały sondaże; z drugiej - w większości województw może to nie wystarczyć do wzięcia mandatów, bo efektywny próg wyborczy okaże się zbyt wysoki. Czyli jednak porażka.

W sensie przejmowania stanowisk w samorządzie - pewnie tak. W sensie potwierdzenia, że wciąż jesteśmy ponad progiem wyborczym - już nie. Po raz kolejny udowodniliśmy, że jesteśmy jedyną formacją lewicową, która jest w stanie przekroczyć próg wyborczy w wyborach parlamentarnych, a co za tym idzie - budowanie lewicy bez SLD jest niemożliwe.

Jan Śpiewak, kandydat na prezydenta Warszawy pod Pałacem Kultury, lipiec 2018Jan Śpiewak, kandydat na prezydenta Warszawy pod Pałacem Kultury, lipiec 2018 Fot. Agata Grzybowska / AG

Tylko tej lewicy na razie nikt nie buduje. Jej liderzy mówią, że lewica w Polsce jest potrzebna, bo nikt inny nie zadba tak o kwestie wolności, praw człowieka czy bezpieczeństwo socjalne, ale wyniki wyborów tego nie pokazują. Jest plebiscyt "za" i "przeciw" władzy.

W pewnym sensie ma pan rację. Widać to zwłaszcza w dużych miastach. Wyborcy jasno pokazali, o co im chodzi. W stolicy powiedzieli: w sytuacji zagrożenia chcemy mieć klarowny wybór "za" lub "przeciw". Dlatego to nie były wybory ani o Warszawie, ani o wizji dla tego miasta, ani nawet o tym, czy chcemy polityki mniej czy bardziej socjalnej. To był plebiscyt wobec władzy.

Od chwili ogłoszenia wyników widziałem wiele wpisów i komentarzy lewicowych polityków i aktywistów, którzy publikowali częściowe wyniki z rad dzielnic i rad miejskich. Formacje lewicowe często mają tam łącznie nawet 20 proc. głosów, ale nie wezmą żadnego mandatu, bo startowały osobno. Nie głupio wam, liderom lewicy?

Bardzo podobał mi się tekst Krzysztofa Pacewicza w "Gazecie Wyborczej" o "frajerskiej porażce lewicy". To artykuł adekwatny do sytuacji. Może to, co właśnie się wydarzyło, wpłynie na liderów formacji lewicowych, przestaniemy gadać o personaliach, a zaczniemy wreszcie rozmawiać o programie polskiej lewicy.

Czyżbym słyszał apel o zjednoczenie lewicy?

Nie. Takie wezwania są psu na budę. Musimy po prostu zacząć się kłócić o program dla Polski, o to, co jest ważne dla polskiej lewicy, a nie żreć się między sobą o dawne zaszłości i prywatne animozje. Dzisiaj, przyznaję to z dużym bólem, dyskusja o sprawach istotnych dla ludzi - wsparciu dla najbiedniejszych, kształcie konstytucji, sytuacji seniorów - toczy się na prawicy. Wyborcy to widzą, rozumieją i doceniają.

Trudno, żeby na lewicy toczyła się jakakolwiek dyskusja, skoro do złudzenia przypominacie prawicę z pierwszej połowy lat 90.: skłóconą, słabą, nieskuteczną.

Gdyby było tak, jak pan mówi, oznaczałoby to, że przed nami Kongres Św. Katarzyny, a po nim pasmo nieustających sukcesów. Niestety nie widzę tego w taki sposób. Na lewicy jest nas mało, coraz mniej, a animozje między nami są coraz większe. Nie mam też przekonania, że tąpnięcie, do którego doszło w tych wyborach było wystarczająco zimnym prysznicem na rozgrzane, lewicowe głowy, żeby zmusić nas do reakcji i stworzenia realnej alternatywy. Żeby tak się stało, do stołu muszą usiąść wszyscy - od Biedronia i Nowackiej, przez koalicję SLD Lewica Razem, po Razem i Zielonych. Dopiero wtedy wyborcy zrozumieją, o co nam chodzi i będziemy mieć szanse odegrać istotniejszą rolę na polskiej scenie politycznej. Musimy stworzyć ofertę dla tych 15-20 proc. wyborców, którzy chcieliby głosować na lewicę, ale w obecnej sytuacji uważają to za głos stracony.

Robert Biedroń, Barbara NowackaRobert Biedroń, Barbara Nowacka Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta /

Obawia się pan, że te wybory nie były "wystarczająco zimnym prysznicem" dla lewicy. Gdzie w takim razie znajduje się punkt, po przekroczeniu którego uznacie, że faktycznie wciąż wiele was dzieli, ale albo się zjednoczycie, albo nigdy nie uciekniecie z politycznej "kanapy"?

A skąd czerpie pan to optymistyczne przekonanie, że taki punt w ogóle istnieje? Być może polska lewica ma w sobie gen samozagłady i postanowiła oddać Polskę we władanie prawicy po wsze czasy. Próbowałem podczas strajku LOT-u porozmawiać z Adrianem Zandbergiem i nie była to rozmowa miła, bynajmniej nie z mojej strony. Nasłuchałem się, że jesteśmy PZPR-em i mamy u siebie wielu starych komunistów. Abstrahując już od obrażania konkretnych osób z SLD, tak nigdy nie zbudujemy szerokiej oferty lewicowej dla Polaków. Wierzę, że poza Zandbergiem w Partii Razem są ludzie, którzy wyciągają wnioski z tego, co się dzieje z lewicą. Dlatego, że Razem to w mojej ocenie wielka wartość intelektualna i społeczna, nie wyobrażam sobie tworzenia szerokiego porozumienia lewicowego bez ich udziału.

Można też zrezygnować z czekania na przełom na lewicy. Tak jak Barbara Nowacka, która dokonała wyboru - wejście do mainstreamu albo wieczny margines poważnej polityki.

Drogi, którą wybrała Barbara Nowacka, bynajmniej nie potępiam. Mam ogromny szacunek do tego, co zrobiła dla środowisk kobiecych w Polsce i zawsze będę stawać z tego powodu w jej obronie. Zresztą, kto wie, być może już niedługo wszyscy spotkamy się w jednym politycznym bloku, bo tego będzie wymagać obrona fundamentów demokracji. Jednak bliższa jest mi wizja red. Pacewicza z artykułu, o którym już wspominałem. Chodzi o szukanie porozumienia, żeby stworzyć blok, który będzie w stanie powalczyć o te 15-20 proc. lewicowych wyborców, którzy dzisiaj albo są rozbici po kilku formacjach, albo nie głosują wcale, bo nie wiedzą na kogo, albo wybierają mniejsze zło, bo głos na małe komitety lewicowe to dla nich w dobie rządów PiS-u głos zmarnowany.

O to, żeby ten głos na lewicę nie był głosem zmarnowanym chce zadbać Robert Biedroń. To o nim po wyborach samorządowych mówi się w kontekście przyszłości lewicy. Jedni uważają, że tylko on może wyciągnąć ją z kłopotów; drudzy – że na jego projekt polityczny nie ma dzisiaj w Polsce miejsca, co pokazały te wybory. Do której grupy się pan zalicza?

Ani do jednej, ani do drugiej. Uważam, że Robert jest bardzo potrzebny lewicy, ale nie widzę w nim wielkiego Mesjasza, który przyjdzie i zbawi polską lewicę. To jeden z kilku liderów naszego środowiska, ma duży potencjał i powinien usiąść przy wspólnym stole z innymi. Właśnie w ten sposób pokazałby swoją wielkość, dojrzałość i nową jakość polityczną. Wszelkie próby monopolizowania lewicy, stawiania się ponad innymi czy mówienia innym, co i z kim mają robić zaszkodzą i Robertowi, i lewicy.

Mucha o proteście pracowników LOT-u: wydaje mi się, że strajk jest legalny

Więcej o: