Kampania wyborcza przed wyborami samorządowymi 2018 wchodzi w decydującą fazę. Czas zatem zacząć odliczanie do głosowania, które odbędzie się już 21 października. Z tej okazji codziennie rano na Gazeta.pl - w cyklu "Puls kampanii" - opublikujemy krótką rozmowę nawiązującą do aktualnych wydarzeń politycznych, związanych z trwającą kampanią wyborczą.
JAKUB BRÓDKA: Z tego, co mi wiadomo – tak.
Bardziej pomagała, bo gdy ludzie dowiadywali się, że jestem najmłodszym kandydatem w tych wyborach, to reagowali pozytywnie. Wiele osób liczy, że młodzi w końcu zaczną mocniej działać w życiu publicznym. Nie ukrywam też, że pomoc mediów była tutaj nie do przecenienia, bo dzięki niej wiele osób w Gdańsku zaczęło mnie kojarzyć.
Ten stosunek jest negatywny albo obojętny. Polityka, szczególnie ta centralna w Warszawie, jest bardzo odległa od tego, co młodzi ludzie w Polsce myślą, na czym im zależy, czego oczekują. Jest abstrakcyjna, kojarzy im się z teatrem emocji, który oglądamy, np. w Sejmie. To odpycha młodych.
Bo młodzi mają w duszy wiele ideałów, sam mam bardzo idealistyczne podejście do polityki. Polityka w obecnym wydaniu nas zawodzi, wywołuje niesmak.
To znacznie szerszy problem wśród młodych. Niedługo kończę 18 lat i po swoich rówieśnikach, którzy chcą jakoś działać publicznie, widzę, że stanowią zdecydowaną mniejszość w naszej grupie wiekowej. Tyle że to nie jest problem wyłącznie młodych, bo dotyka dużej części społeczeństwa - dopóki jest dobrze, dopóki żyjemy na odpowiednim poziomie materialnym, dopóty to, co dzieje się wokół, mało nas interesuje.
Bo brakuje zastępowalności pokoleń w polityce, w działalności publicznej. Widzę to podczas moich rozmów z mieszkańcami Gdańska. Oczekują, że nie tyle za 60-latków, ale nawet 40- czy 30-latków zaczną wchodzić ludzie młodzi, którzy mają więcej sił, energii i czasu. Tylko, że tych młodych nie ma i to irytuje ludzi. Zawsze mnie pytają, dlaczego jestem tylko ja, dlaczego nie ma więcej młodych, dlaczego od dwudziestu lat muszą wybierać spośród tych samych znanych twarzy.
Na najwyższych szczeblach władzy widzimy, że wiek emerytalny w polityce nie obowiązuje. Młodym ciężko dostać się do polityki na szczeblu samorządowym, a co dopiero do Sejmu, Senatu czy rządu. I problem zastępowalności pokoleń w życiu publicznym narasta.
Trudno powiedzieć. Nie jestem politykiem, nie siedzę w polityce centralnej, nie startowałem do Sejmu czy Senatu. Na szczeblu regionalnym jest na pewno wielkie oczekiwanie wobec młodych. Widzę to po mojej formacji - oczekuje się, żeby ktoś się pokazał, żeby ktoś coś zrobił dla mieszkańców.
Dlatego, że nie lubię sformułowania "polityka samorządowa". Dla mnie samorząd to po prostu działanie na rzecz mieszkańców z mojego okręgu, z mojego najbliższego otoczenia. To czasami sprowadza się do tak prozaicznych rzeczy jak remont drogi, budowa ulicy czy choćby spotkanie i rozmowa. Dlatego działanie w samorządzie powinno być jak najdalej od wielkiej polityki, którą znamy z walki na emocjonalne, a nie merytoryczne argumenty, walki o interesy grup wpływu czy partii politycznych.
Niestety. Niemniej dalej uważam, że jeśli ktoś nie pójdzie do polityki czy samorządu z ideałami, to tak naprawdę nie możemy liczyć, że kiedykolwiek w kwestii podejścia do polityki, podejścia do działania na rzecz ludzi coś zmieni się na lepsze. Ciągle będzie to walka o własny interes, a nie służba dla innych. Może zabrzmię infantylnie, jak typowy nastolatek, ale wierzę w te ideały i w to, że można podejść do polityki z sumieniem, godnością i etosem tej pracy. Bo dzisiaj, gdy mówi się o politykach, u ludzi przeważają bardzo negatywne opinie i to niezależnie od tego, o reprezentantach której opcji rozmawiamy.
Gdańsk Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Wyborcza.pl
Gdybym tylko spodziewał się takiego zainteresowania mediów, może patrzyłbym na mój start w wyborach inaczej. Ale to, jak media zareagowały na moją kandydaturę, było dla mnie totalnym zaskoczeniem, w najśmielszych snach tego nie przewidywałem. Przecież pierwotnie mój plan był taki, że w tych wyborach będę jedynie pomagać jakiemuś kandydatowi na radnego. Ale spotkaliśmy się z panem Hołubowskim, kandydatem GTM na prezydenta Gdańska, przedstawiłem mu moją wizję Gdańska, opowiedziałem też o tym, jak chciałbym ją realizować, a jemu bardzo się to spodobało i zaproponował mi miejsce na liście.
Nie, aczkolwiek byli zszokowani. Pamiętam, że rozmawiałem z mamą o tym, że chciałbym pomóc jakiemuś kandydatowi na radnego, że chciałbym pracować w sztabie, roznosić ulotki, coś zadziałać, odcisnąć na tych wyborach swoje piętno. Ona żartowała, że jeszcze mnie wezmą na listy i będę kandydować. Powiedziała mi to rano, a wieczorem tego samego dnia pokazałem jej formularz - zgodę na mój start w wyborach. Była w szoku przez dobrych parę godzin.
Nie chwaląc się - odbierałem same pozytywne reakcje. Zwłaszcza od młodych osób, które były zaskoczone, że kandyduję. Dostałem też mnóstwo wsparcia od znajomych.
Absolutnie nie. Z dwóch powodów. Po pierwsze, do sondaży zawsze trzeba podchodzić z dystansem. Po drugie, gdybym kandydował z nastawieniem, że muszę zdobyć mandat, to mógłbym pójść do każdej z partii politycznych, powiedzieć im, że jestem najmłodszy w Polsce, że to się "sprzeda". Zostałbym wypromowany i, kto wie, może wziąłbym mandat. Ale tu chodzi o coś więcej niż sam mandat - pewne ideały, podejście, własne poglądy. To znacznie ważniejsze niż ten czy inny szyld partyjny.
Dzisiaj nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Wszystkie moje myśli sięgają jedynie do 21 października (data pierwszej tury wyborów samorządowych – przyp. red.). Dalszych planów na razie nie snuję.
Na razie nie, jestem tak pochłonięty bieżącą kampanią, że nawet o tym nie myślałem. Zresztą, co ja mówię - miesiąc temu w ogóle nie przypuszczałem, że będę kandydować do rady miasta jako najmłodszy w Polsce.