Fregaty Adelaide to 2 miliardy zł wyrzucone w błoto? Bez nich Marynarkę Wojenną może czekać katastrofa

Dwie australijskie fregaty miałyby lepszą obronę przeciwlotniczą niż większość polskiego wojska. Te okręty, często określane jako "złom", złomem zdecydowanie nie są. Ich zwolennicy uważają, iż uratowałyby przed katastrofą Marynarkę Wojenną. Przeciwnicy, że zatopiłyby polskie stocznie i zmarnowalibyśmy na nie dwa miliardy złotych.

Wydaje się, że spór wygrali ci drudzy. Podczas swojej obecnej wizyty w Australii prezydent Andrzej Duda i szef MON Mariusz Błaszczak mieli podpisywać list intencyjny w sprawie zakupu przez Polskę dwóch fregat. Miał to być duży sukces prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego, które już od ponad roku promowało ideę sprowadzenia używanych okrętów z Antypodów.

Jednak w dniu wyjazdu delegacji do Australii pojawiła się informacja, iż premier Mateusz Morawiecki zawetował transakcję. Nie wiadomo dlaczego, ponieważ nie ma w tej sprawie oficjalnego komunikatu. Faktem jest jednak to, że podczas najważniejszego spotkania prezydenta Polski i premiera Australii nie podpisano listu intencyjnego. Rozmawiano jedynie ogólnie o współpracy wojskowej.

Duży parasol przeciw samolotom

Efektem tego zamieszania jest to, że szanse na trafienie dwóch fregat typu Adelaide na Bałtyk drastycznie spadły. Polska była zainteresowana okrętami HMAS Melbourne i HMAS Newcastle. Choć ten pierwszy zaczęto budować 33 lata temu a drugi 29 lat temu i jak na okręty są dość stare, to nie są przestarzałe. Na początku XXI wieku przeszły gruntowną modernizację i w efekcie nadal są przyzwoitym sprzętem.

- To coś więcej niż średniaki. Mają dobry system obrony przeciwlotniczej. W europejskich państwach NATO znajdzie się może z 16 okrętów z podobnym lub lepszym - mówi gazeta.pl Dawid Kamizela, dziennikarz miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa". Na obu fregatach są wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych średniego zasięgu SM-2 i krótkiego zasięgu ESSM. W całym polskim wojsku nie ma sprzętu o porównywalnych możliwościach, ponieważ standardem jest radziecka technika z lat 70. i 80.

Wysoko możliwości australijskich fregat ocenił też wiceadmirał Krzysztof Jaworski, szef Centrum Operacji Morskich (w wypadku wojny dowodziłby polskimi siłami na Bałtyku), wcześniej dowódca 3. Flotylli Okrętów, skupiającej największe polskie okręty. Jego podwładni w grudniu 2017 byli w Australii i oceniali stan HMAS Melbourne i HMAS Newcastle.

- Fregaty typu Adelaide wpisują się doskonale w nasze potrzeby - mówił wojskowy w wywiadzie dla portalu "Dziennik Zbrojny". Według niego australijskie okręty są czymś, co się określa jako "major air defender" (ang. "główny obrońca przeciwlotniczy"), czyli okręt zapewniający obronę przeciwlotniczą skupionym wokół niego okrętom wyspecjalizowanym do innych zadań.

Dwie fregaty z Australii wpisywałyby się więc jego zdaniem "doskonale" w potrzeby Marynarki Wojennej, ponieważ ta ma obecnie jedynie szczątkowe możliwości obrony przed samolotami. Głównie są to przestarzałe działka i najlżejsze rakiety o minimalnym zasięgu kilku kilometrów.

Dodatkowo obie fregaty w ocenie wiceadmirała mogłyby zostać włączone w system obrony przeciwlotniczej całego kraju. - Będąc w rejonie Gdyni sięgalibyśmy rakietami SM-2 nad Bydgoszcz - tłumaczył.

Odpalenie pocisku przeciwlotniczego SM-2 z fregaty MelbourneOdpalenie pocisku przeciwlotniczego SM-2 z fregaty Melbourne Royal Australian Navy

Australijczycy mają pieniądze na nowsze i lepsze 

Wiceadmirał Jaworski podkreślał również w wywiadzie, że oba australijskie okręty są w "bardzo dobrym" stanie technicznym. - Byliśmy nawet zaskoczeni jego poziomem - mówi o efektach wizyty swoich podwładnych w Australii.

- Australijczycy mają wysoką kulturę techniczną i taką manię, że utrzymują na wysokim poziomie nawet ten sprzęt, który chcą wycofać ze służby - dodaje Kamizela.

Dlaczego więc władze Australii w ogóle chcą się pozbyć tych okrętów? Po prostu budują nowsze i lepsze a jednym z podstawowych problemów ich floty jest brak chętnych do służby. Każdy wyszkolony marynarz jest na wagę złota, więc lepiej, żeby służył na jak najlepszym okręcie.

- Australia nie pozbywa się tych okrętów ze względu na zły stan techniczny, że jest to złom, tylko szuka okrętów większych i lepszych. W sensie lepszych dla Australijczyków do działań na Pacyfiku - mówił wiceadmirał w "Dzienniku Zbrojnym".

Odpalenie rakiety ESSM z fregaty HMAS Melbourne. Służy do obrony na dystansie do 30 kilometrów przed samolotami, śmigłowcami i innymi rakietamiOdpalenie rakiety ESSM z fregaty HMAS Melbourne. Służy do obrony na dystansie do 30 kilometrów przed samolotami, śmigłowcami i innymi rakietami Royal Australian Navy

Nie lepiej w polskich stoczniach?

Znacznie mniej pozytywnie o australijskich fregatach wypowiada się natomiast Maksymilian Dura, dziennikarz portalu "Defence24.pl". Jak mówi w rozmowie z Gazeta.pl, jego zdaniem byłyby to wyrzucone w błoto dwa miliardy złotych, bo mniej więcej na tyle szacuje się koszt zakupu obu okrętów. Przy czym cena samych fregat ma stanowić mniej niż połowę tej kwoty. Większość ma stanowić tak zwana "jednostka uzbrojenia", czyli głównie bardzo drogie rakiety przeciwlotnicze SM-2 i ESSM, których trzeba kupić po kilkadziesiąt na okręt.

Według Dury te pieniądze znacznie lepiej byłoby wydać w polskich stoczniach na nowe okręty, zamiast kupować używane i uzależniać się od Amerykanów. Bo to od nich trzeba by nabywać większość uzbrojenia oraz części zamiennych. Jego zdaniem gdyby podpisać w najbliższym czasie umowy, to już za trzy lata Marynarka Wojenna mogłaby dostać pierwsze nowe okręty w ramach programów nazywanych Miecznik i Czapla. Co prawda znacznie mniejsze niż australijskie fregaty i o innych możliwościach, jednak polskie i w jego ocenie bardziej przydatne.

Podobne stanowisko zajmuje główny oponent zakupu australijskich fregat w rządzie, minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk. Pod jego zarząd mają przejść wszystkie stocznie, w tym Stocznia Wojenna w Gdyni, obecnie podległa MON. - Nie zgadzamy się z tym, aby pozyskiwać stare jednostki australijskie i w ten sposób hamować proces budowy w polskich stoczniach nowych okrętów obronnych typu korweta w ramach programów Czapla i Miecznik - stwierdził w wywiadzie dla "Portalu Stoczniowego". Najwyraźniej przekonał do swojego punktu widzenia premiera.

Wiceadmirał Jaworski w wywiadzie dla "Dziennika Zbrojnego" mówił jednak, że na nowe okręty z polskich stoczni trzeba będzie długo czekać. W jego ocenie od podpisania umowy do rozpoczęcia służby potrzeba "7-10 lat". - Miejmy nadzieję, że nowe okręty będą w tym czasie, tylko potrzebujemy czegoś, co wypełni nam lukę - mówił wojskowy. Fregaty Adelaide miały być właśnie czymś takim, tymczasowym rozwiązaniem, które pozwoli doczekać do momentu, kiedy powstaną nowe okręty z prawdziwego zdarzenia.

Polska fregata ORP Generał Kazimierz Pułaski jest bardzo podobna z zewnątrz do australijskich okrętów, to ogólnie ta sama klasaPolska fregata ORP Generał Kazimierz Pułaski jest bardzo podobna z zewnątrz do australijskich okrętów, to ogólnie ta sama klasa Javier Bueno Iturbe / Wikipedia CC-BY-SA 3.0

Proteza dla tonącej Marynarki Wojennej

Większość polskich okrętów wojennych jest bardzo stara. Dwa największe, czyli ex-amerykańskie fregaty typu Oliver Hazard Perry (na bazie ich projektu Australijczycy zbudowali adelajdy), nigdy nie przechodziły gruntownej modernizacji i reprezentują poziom lat 80. W ciągu kilku lat miały zostać wycofane ze służby. Australijskie okręty miały je zastąpić.

Teraz nie wiadomo co będzie. Pomysł protezy w postaci fregat typu Adelajde najwyraźniej upadł. Na zupełnie nowe okręty z polskich stoczni trzeba czekać jeszcze wiele lat o ile w ogóle będą, bo programy ich budowy od 2016 roku stoją w miejscu. Ich tymczasowe zamrożenie zalecono w Strategicznym Przeglądzie Obronnym zarządzonym przez Antoniego Macierewicza. Nie ma pewności jakie są dalsze plany MON i czy w ogóle są, ponieważ od 2012 roku nie aktualizowano podstawowego dokumentu je określającego, Planu Modernizacji Technicznej, choć powinno to zostać zrobione w 2016 roku. - W tej chwili nie ma planowania. Działania są podejmowane ad hoc. Dzięki temu MON nie można kontrolować - mówi Dura.

Co stanie się dalej? Marynarze będą pływać na starych okrętach, które powinny już trafić do lamusa i czekać. - Podkreślę jeszcze raz, potrzebujemy odpowiednich możliwości działania tu i teraz. Czekając na nowe okręty z polskich stoczni australijskie jednostki wypełnią nam lukę - mówił wiceadmirał Jaworski, kiedy jeszcze była nadzieja na protezę z Australii.