W PiS jest już pomysł, jak w białych rękawiczkach skasować referendum Andrzeja Dudy

Jacek Gądek
Oficjalnie politycy PiS mówią dyplomatycznie, że nad pytaniami Andrzeja Dudy do referendum trzeba się zastanowić. W rzeczywistości mało kogo to w ogóle interesuje - wolą je zamilczeć. Polityków PiS bardziej zajmuje, jak by tu pomysł Dudy utrącić, ale subtelnie.

Jeden taki pomysł już nawet jest. W PiS można usłyszeć scenariusz na w miarę bezbolesne skasowanie pomysłu Andrzeja Dudy na referendum. Jaki?

Wyreżyserowana wolność w Senacie

Otóż - tak stanowi konstytucja - zgodę na referendum konsultacyjne proponowane przez głowę państwa musi wyrazić Senat. Co ważne: musi to uczynić większością bezwzględną, czyli głosów na "tak" musi być więcej niż razem wziętych głosów na "nie" i wstrzymujących się. Klub PiS w Senacie liczy 63 senatorów, a kolejnych trzech niezależnych senatorów to byli PiS-owcy, którzy chcieliby wrócić na łono klubu. PiS ma więc miażdżącą większość.

W omawianym scenariuszu klub PiS w Senacie w trakcie głosowania ws. referendum miałby się podzielić: część się wstrzyma, a część je poprze, ale głosów do większości bezwzględnej jednak trochę zabraknie. W efekcie inicjatywa Dudy trafi do kosza, a PiS będzie mogło argumentować, że wobec braku dyscypliny w tym głosowaniu senatorowie zagłosowali zgodnie z własnymi przekonaniami. Ot wyreżyserowana sytuacja, która sprawia wrażenie improwizacji i swobody. A że w efekcie do większości bezwzględnej zabrakło nieco głosów? Jak to można wytłumaczyć? Narracja sama się nasuwa: cóż, demokracja, wolne głosowanie, więc niech się prezydent nie obraża.

Polityk PiS: to sposób, by prezydent zachował twarz

Jeden z naszych rozmówców z PiS mówi wprost, że partia oddałaby prezydentowi przysługę blokując mu referendum. Bo - słyszymy - pozwoli prezydentowi zachować twarz, a cały obóz władzy uchroni przed porażką referendum, a Duda będzie mógł ponarzekać na senatorów, choć wszyscy odetchną z ulgą.

Poseł PiS zaznacza w rozmowie z Gazeta.pl, że zarysowany scenariusz ma też inne zalety: partia i prezydent mogą tak okazać swoją odrębność. A po drugie: PiS pokazałoby się jako formacja, która jest partią wolnych ludzi, a nie maszynek do głosowania pod dyktando Nowogrodzkiej.

W PiS pomysł Andrzeja Dudy na referendum, a teraz także pytania, które chciałby w nim zadać, budzą uśmiech politowania. O ile w wypowiedziach publicznych politycy PiS wspinają się na szczyty swoich zdolności dyplomatycznych, to poza kamerami mówią wprost, że pytania w referendum są bez sensu i ładu, z kolei samo referendum jest zwyczajnie niepotrzebne.

Im ciszej o referendum, tym większa presja na prezydenta, by spasował

PiS od miesięcy zamilcza i lekceważy pomysł Dudy na referendum, zdawkowo się do niego odnosi. Partia wręcz stara się - jak to było przy okazji kongresu konstytucyjnego Dudy na Stadionie Narodowym - torpedować próby prezydenta na popularyzowanie tematu referendum. Im ciszej o pomyśle Dudy, tym niższa spodziewana frekwencja w referendum. A to tworzy coraz większą presję na prezydenta, aby nie brnął i nie szedł drogą Bronisława Komorowskiego z 2015 r.

A - niestety - Andrzej Duda na drogę Komorowskiego wszedł. Referendum w proponowanej formie nie ma sensu. Oczywiście, można się w nim doszukiwać jakichś zalet, jak choćby tego, że frekwencja pokaże, na ile Polacy w ogóle chcą, by władza pytała ich o cokolwiek między wyborami. Albo to, że prezydent wyciągnie lekcję ze swojej - coraz bardziej pozbawionej powagi - walki o referendum i w przyszłości nie będzie rzucał pomysłami bez solidnego ich przemyślenia.

Fakt jednak pozostaje faktem: flagowy pomysł prezydenta na 100-lecie niepodległości Polski powinien mieć format prezydencki, a to referendum takiego formatu nie ma. Prezydent nie ma ani pomysłu, ani czasu, ani partnera w PiS-ie, by romantyczną ideę referendum przekuć w realny sukces polityczny.

Więcej o: