Kaja Godek: aborcjoniści chcą urządzić mi piekło. "Zaczynam się bać o bezpieczeństwo"

Kaja Godek boi się o bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny - tak mówiła w programie #RZECZoPOLITYCE. Działaczka na rzecz zakazu aborcji opisywała, że w mediach społecznościowych istnieją wątki "gdzie się nawołuje do niemalże fizycznej rozprawy" z nią. Sprawy na policję jednak nie zgłosiła.

Kaja Godek pracuje w radzie nadzorczej Warszawskich Zakładów Mechanicznych – o tym pisaliśmy na gazeta.pl w poniedziałek. Kaja Godek uznaje rozpowszechnianie tych informacji za element nagonki na jej osobę. Od chwili, gdy o projekcie "Zatrzymaj aborcję" zrobiło się głośno, przedsiębiorstwo przeżywa prawdziwy medialny szturm. Według Kai Godek dziennikarze oczekują tego, że „firma ma się tłumaczyć, dlaczego ja zostałam zatrudniona”. Godek podkreśliła, że choć nie jest inżynierem, uważa się za osobę posiadającą odpowiednie kwalifikacje do wykonywania pracy w WZM. - Ja zajmuję się w WZM-ie innymi rzeczami, niż konstrukcja silników – stwierdziła.

Kaja Godek boi się o życie

Działaczka antyaborcyjna wyjawiła, że ogromna fala krytyki wobec projektu "Zatrzymaj aborcję" dotknęła również i jej. Opowiedziała o hejcie. Przytoczyła, że w mediach społecznościowych czyta na swój temat takie słowa: "ona gdzieś mieszka, chodzi gdzieś po ulicy, gdzieś chodzi do sklepu, urządźcie jej piekło".

W mediach społecznościowych, na profilach aborcjonistów, są pozakładane wątki, gdzie się nawołuje do niemalże fizycznej rozprawy ze mną - mówiła Kaja Godek.

Dlaczego Kaja Godek chce zmienić prawo? >>>

Jednak zapytana o zgłoszenie sprawy do służb odpowiedziała, że jest ich zbyt dużo i "nie wychodziłaby wówczas z policji". Po czym dodała, że czuje się sterroryzowana, zastraszona oraz po prostu boi się o bezpieczeństwo swoje i swojej rodziny.

Czarny Piątek okiem Godek

Kaja Godek nie uznaje projektu "Zatrzymaj aborcję" za zaostrzenie przepisów dotyczących aborcji, ale za ich "uszczelnienie". Uważa, że projekt to nawet złagodzenie przepisów, bo przyznaje on "prawo do życia kolejnej grupie dzieci". Pomysł nowelizacji ustawy z 1993 roku określiła mianem "cywilizacyjnego kroku naprzód".

Czarny piątek i jego frekwencja w samej tylko Warszawie (wg policji było 20 tys. protestujących, stołeczny ratusz podał, że ponad 50 tys. - red.) nie zrobił wrażenia na kobiecie. Porównała ona to wydarzenie do protestów w sprawie KRS-u czy Trybunału Konstytucyjnego. Według Kai Godek, tegoroczna, niższa niż na protestach w 2016 roku frekwencja, świadczy o tym, że Polacy zgadzają się z założeniami projektu "Zatrzymaj aborcję". Jest to dla niej nawet pewna forma postulatu, zgodnie z którym "w cywilizowanym, nowoczesnym państwie nie można pozwalać na dyskryminację osób niepełnosprawnych".

Więcej o: