12 miesięcy śledztwa i zero rezultatów. Mija rok od wypadku premier Beaty Szydło

Beata Szydło równo rok temu uległa wypadkowi samochodowi w Oświęcimiu. Limuzyna wioząca ówczesną premier 10 lutego zderzyła się z fiatem seicento. Jak do tego doszło? Prokuratura wciąż nie zakończyła śledztwa.

Mija rok od wypadku samochodowego z udziałem ówczesnej szefowej rządu Beaty Szydło. Do kolizji doszło wczesnym wieczorem na ulicach Oświęcimia, w trakcie drogi powrotnej do domu premier.

Kierujący fiatem seicento 21-letni Sebastian K. - przed wykonaniem manewru skrętu w lewo - przepuścił wówczas tylko pierwszy samochód z rządowej kolumny. Po tym jak skręcił, jego pojazd zderzył się z nadjeżdżającą limuzyną Szydło, która chwilę później z impetem uderzyła w drzewo.

Ranni zostali dwaj funkcjonariusze BOR oraz sama premier, która po wypadku została przetransportowana śmigłowcem do jednego z warszawskich szpitali, gdzie spędziła ponad tydzień.

Wypadek Szydło. Rok śledztwa, zero rezultatów

Od tamtej pory trwa prokuratorskie śledztwo, które ma wyjaśnić wszystkie okoliczności wypadku. Przez dwanaście miesięcy nie udało się jednak odpowiedzieć na wiele pytań dotyczących kolizji.

Jak dotąd zarzut usłyszał tylko 21-letni Sebastian K. Kierujący fiatem seicento miałby odpowiedzieć za nieumyślne spowodowanie wypadku, za co grozi maksymalnie kara trzech lat pozbawienia wolności.

Wątpliwości budzi jednak to, w jaki sposób poruszała się rządowa kolumna, która zgodnie z przepisami powinna mieć włączone nie tylko sygnały świetlne, ale również dźwiękowe.

Funkcjonariusze BOR twierdzą, że tak było - postronni świadkowie nie przypominają sobie jednak dźwięku syren. Do dziś nie ma też pewności, z jaką prędkością poruszała się limuzyna z Szydło na pokładzie. O pomoc w odczytaniu rejestratorów poproszono niemieckich ekspertów.

Śledztwo w sprawie wypadku byłej szefowej rządu przedłużono do końca lutego tego roku.