Najpierw była chwila niepewności. Teraz Antoni Macierewicz zaostrzy kurs ws. Smoleńska

Jacek Gądek
Po dymisji Antoniego Macierewicza jemu i środowisku "Gazety Polskiej", pozostało walczyć o to, aby Podkomisja Smoleńska też nie stała się historią. To właśnie się udało. Skutkiem będzie głośniejsze oskarżanie Rosjan i Donalda Tuska o doprowadzenie do katastrofy smoleńskiej.

Tuż po dymisji Antoniego Macierewicza z funkcji szefa MON w Podkomisji Smoleńskiej panował niepokój o to, co dalej.

Jeden z członków tego gremium, jeszcze przed ogłoszeniem decyzji, że Macierewicz przejmuje Podkomisję, stwierdził w odpowiedzi dla nas: - Sytuacja jest w tej chwili bardzo płynna. Nasza działalność zależy od wielu czynników, które jeszcze nie są znane.

Czas niepewności już jednak minął. Teraz można mieć pewność, że poturbowany Macierewicz jeszcze zaostrzy kurs ws. Smoleńska.

Drgawki Podkomisji

Dzień po dymisji Macierewicza, jak wynika z komunikatu, zebrała się Podkomisja. Ustaliła stanowisko i wydała komunikat, z którego wynika: wybuchów było kilka, a brzoza nie miała nic wspólnego z katastrofą. Istotniejsze jest jednak to, co w komunikacie nie jest wnioskiem, ale opisem drogą dojścia do niego. Komunikat budzi bowiem wątpliwości.

Po pierwsze: stanowisko jest Podkomisji, ale kto w rzeczywistości je przyjął? Teraz w komunikacie nie wymieniono nawet uczestników posiedzenia. A przecież, gdy w sierpniu 2017 r. Podkomisja "uzgodniła stanowisko" ws. wybuchów, to z nazwiska wymieniono 15 na 21 członków jako uczestników spotkania. Teraz żadnego.

Po drugie: najnowsze wnioski Podkomisji to wnioski wysnute przez jedną osobę - Franka Taylora. De facto Taylor jest zewnętrznym ekspertem, a współpraca z nim (jeśli wierzyć poprzednim komunikatom Podkomisji) "odbywa się na podstawie każdorazowo zlecanych prac". Jeszcze we wrześniu minionego roku Taylor na pytania TVN24 o zakres swojej współpracy odpisał: "Mam nadzieję, że nie skończyłem, ale tak naprawdę jej nie zacząłem". Ta współpraca jest więc bardzo luźna.

Sama Podkomisja napisał teraz, że Taylor stwierdził wybuchy "po zapoznaniu się z materiałem dowodowym Podkomisji". Czyli: Podkomisja przedstawiła mu swój materiał i ocenę, a on orzekł, że faktycznie to była seria wybuchów. Podkomisja zatem wykorzystała nazwisko Taylora, ale on sam w rzeczywistości nie badał katastrofy smoleńskiej.

Po trzecie: w komunikacie Podkomisja napisała, że "wnioski te (wnioski Taylora - red.) zostały przyjęte przez członków Podkomisji i stanowią jedną z kluczowych konkluzji raportu technicznego". Czyli: Podkomisja (przy nieokreślonej frekwencji) podpisała się pod opinią kogoś z zewnątrz. To świadczy o niemocy samej Podkomisji. Patrząc na jej skład, to nie ma się co dziwić, że poprosiła zewnętrznego eksperta o sformułowanie swoich wniosków. Przecież ostatnia osoba, która na lotnictwie się znała - prof. Zdzisław Gosiewski - kilka miesięcy temu z Podkomisji odeszła. Ponadto żaden z członków Podkomisji nie badał katastrof lotniczych, a Taylor tak - stał się więc wdzięcznym narzędziem Podkomisji.

Z subtelną krytyką Podkomisji - piórem Marka Pyzy, który od lat pisze o katastrofie - wystąpił nawet tygodnik "Sieci". - W rzeczywistości Taylor wysłuchał referatów kilku członków komisji i zgodził się z częścią ich hipotez. Czy w taki sposób buduje się "jedne z kluczowych konkluzji raportu technicznego"? Czy nie lepiej byłoby podzielić się nimi po publikacji pełnego raportu i poprzeć je opisem bogatych analiz"? - pytają "Sieci".

Macierewicz bierze Podkomisję

Ledwo Podkomisja obwieściła nowe wybuchy, a dzień później gruchnęła informacja, że Macierewicz - decyzją nowego ministra Mariusza Błaszczaka - zostaje szefem tejże Podkomisji. Jako pierwszy podał tę informację lider środowiska "Gazety Polskiej" i jej redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz.

Dla "GP" Macierewicz jest jednym z najwybitniejszych polityków, porównywalnym z marszałkiem Józefem Piłsudskim. Od lat jest dla nich politycznym i duchowym guru. Ale nie tylko, bo cały konglomerat mediów zbudowanych przez Sakiewicza jest uzależniony od dopływu informacji ws. katastrofy smoleńskiej.

Jeden z oponentów byłego już szefa MON, ale z obozu "dobrej zmiany", mówi tak: - Polityka informacyjna Macierewicza wyglądała jak taśmociąg. Najpierw informacje i kwity otrzymywała "GP", potem MON potwierdzał ich publikacje, a następnie ludzie związani z "GP" przeprowadzali z nim wywiady, także w mediach publicznych.

Dymisja Macierewicza zrodziła ryzyko, że taśmociąg jak i wyjaśnianie katastrofy przez Podkomisję się zatną. W ten sposób Macierewicz mógł stracić swój polityczny wehikuł w postaci ciągłego badania katastrofy. Albo że wręcz ten wehikuł zostanie skierowany na inne tory i zamiast ustalić eksplozje czy zamach, ustali jedynie własną bezsilność i niemożność wskazania przyczyn. Taką ewentualność kilka miesięcy temu zasugerował Jarosław Kaczyński.

Macierewicz na czele Podkomisji, a nie w fotelu marszałka albo innego celebransa, to dla niego samego jak i "GP" najlepszy ruch, na jaki mogli liczyć po szoku dymisji.

Zaostrzenie kursu

Podkomisja ma zakończyć swoje główne, o ile nie wszystkie, prace do kwietnia, czyli do ósmej rocznicy 10 kwietnia. Zwieńczeniem ma być publikacja raportu technicznego. Podstawowe wnioski są już znane: wybuchy i błędne naprowadzanie samolotu przez Rosjan.

Jednak od dziś Macierewicz znów jest człowiekiem jednego tematu (Smoleńska), więc proste ogłoszenie wiadomych już wniosków, to byłby zbyt prosty finał. Oddelegowanie go do Podkomisji zapowiada zaostrzenie jego kursu.

Dorota Kania (jedna z najgorliwszych obrończyń Macierewicza) na łamach "Gazety Polskiej Codziennie" napisała: - Największym (...) zagrożeniem dla Moskwy były i są prace nad wyjaśnieniem tragedii smoleńskiej. Jeśli Antoni Macierewicz zostanie odsunięty od sprawy wyjaśniania katastrofy, będzie to zwycięstwo Kremla i jego przybudówek istniejących - niestety także dziś - w najważniejszych instytucjach polskiego państwa.

Takie stawianie sprawy wskazuje, że Podkomisja, która już jest pewna wybuchów i "naprowadzania na śmierć", skupi się na przypisaniu sprawstwa i winy Rosjanom oraz ekipie Donalda Tuska. Nawet jeśli za trzy miesiące Podkomisja Macierewicza skończy główne prace, a pomniki zostaną odsłonięte, to Macierewicz stanie się samozwańcem, który chce pomścić prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Zobacz także: To był najkrwawszy rok w historii USA

Więcej o: