Niedzielny tweet grozy, czyli dlaczego prawica nienawidzi Tuska [OPINIA]

"Oto rezygnuję ze 110 tysięcy pensji miesięczne i staję do walki" - ogłosi za rok Donald Tusk. To całkowicie wyprowadzi Jarosława Kaczyńskiego z równowagi.

Po niedzielnym tweetcie Tuska - zakończonym zdaniem, że plany PiS i Kremla są "zbyt podobne, żeby spać spokojnie" - prawica zawyła. Tusk jest chyba jedyną osobą, która Sakiewicza, Karnowskich i Ziemkiewicza zgodnie stawia na baczność, może jeszcze tylko Michnik budzi podobne erupcje namiętności. Strach prawicy przed Tuskiem jest całkowicie zrozumiały. Liderzy opozycji - Schetyna i Petru - to wróg przewidywalny, dający się łatwo rozgrywać.

Kaczyński sprytnie doprowadził do sytuacji, w której obaj mają jeszcze gorsze notowania w rankingu zaufania niż on i są znienawidzeni nawet przez własny elektorat (przypomnę, że jedynie 13 proc. zwolenników PO chce, żeby Schetyna był przewodniczącym partii i jedynie 16 proc. elektoratu Nowoczesnej w roli przewodniczącego chce Petru). Obaj liderzy opozycji są w gruncie rzeczy zwasalizowani przez Kaczyńskiego, nie jest to żadna "totalna opozycja" - mimo pokrzykiwań i nieustannego pobrzękiwania szabelką - lecz właściwie przystawka PiS, opozycja wasalna i całkowicie sterowalna. Jak Kaczyński chce, żeby się między sobą kłócili, to się kłócą. Jak chce, żeby trzymali skompromitowaną Gronkiewicz-Waltz w Warszawie, to trzymają (z tego powodu PiS nie wprowadził w stolicy komisarza). Jak Kaczyński chce, żeby po raz siedemdziesiąty ósmy ogłaszali koniec demokracji, to ogłaszają. Dodatkowo liderom opozycji siedzi na plecach zaplecze publicystyczno-intelektualne, które domaga się: "Krzyczcie głośniej! Mocniej!" i kompletnie nie rozumie przeciwskuteczności własnego moralnego wzmożenia. Taką opozycję Kaczyński może lekceważyć i rozgrywać.

Tuska lekceważyć się nie da, bo jest niebezpieczny. W dodatku doskonale zna instrukcję obsługi Jarosława Kaczyńskiego. Przez osiem lat rozgrywał go, jak chciał, potrafił wywoływać u polityków PiS przewidywalne reakcje, a potem mówić: "Spójrzcie, oni są szaleni".

Tusk jest na prawicy serdecznie znienawidzony nie za żaden Smoleńsk, tylko właśnie za to - za skuteczność. Jest to po prostu jedyny polityk, którego Kaczyński się boi. 

Tusk miał też inną ważną umiejętność - czytania społecznych emocji. W 2011 roku wbrew tryumfalistycznym nastrojom własnego obozu po wygranych wyborach ogłosił, że Polska jest krajem niesprawiedliwym. "Wielu obywateli nie ma dziś w Polsce równych szans". "Śmieciówki to praca odarta z godności". "Gdyby nie kryzys, to bym śmieciówek zakazał natychmiast". "Musimy inaczej zacząć dzielić nasz wzrost gospodarczy, musimy go zacząć dzielić sprawiedliwiej". To wszystko są cytaty z konferencji Tuska, wygłoszone ku osłupieniu mediów. Nie potrafię tylko zrozumieć, dlaczego za tą trafną intuicją Tusk nie poszedł i nie wprowadził czegoś podobnego do 500 plus. Pewnie po prostu z lenistwa. Nie chciało mu się słuchać jęków własnego obozu o "rozdawnictwie" albo czytać komentarzy Witolda Gadomskiego o "drugiej Grecji".

Po co Tusk napisał w niedzielę tweeta? To start kampanii wyborczej do parlamentu w 2019 roku. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że Tusk po sromotnie przegranych przez opozycję wyborach samorządowych (i wykopaniu w ramach rozliczeń Schetyny) przerwie kadencję prezydenta Unii, wróci do Polski i obejmie przywództwo w PO. "Oto rezygnuję ze 110 tysięcy pensji miesięczne i staję do walki z Kaczyńskim" - ogłosi. To całkowicie wyprowadzi Kaczyńskiego z równowagi, przeciwko Tuskowi zostanie uruchomiony cały aparat Ziobry, wezwania na przesłuchania będą słane co tydzień i wtedy znów role się odwrócą: to PiS stanie się kabaretową "totalną opozycją" wobec Tuska, rozszalałą małpą w klatce.

Że rozpoczynanie własnej kampanii wyborczej tweetem nie wygląda poważnie? No cóż. Obecnie tak się wygrywa wybory.