Zbigniew Ziobro. Tak "leszczyk o charyzmie galarety" stał się superministrem

Jacek Gądek
Jarosław Kaczyński wysłał Zbigniewa Ziobro na najtrudniejszy front: rozprawę z sądami. "Zizu" w polityce partyjnej był "leszczykiem". W polityce ulicznej - trzęsącą się galaretą. Ale już w żonglerce ustawami i trikami jest biegły. Właśnie korzysta z drugiej szansy.

Zbigniew Ziobro pół życia spędził w polityce. Nie był z niego ani wybitny student Uniwersytet Jagiellońskiego (średnia: 3,84). Ani też wybitny prokurator, choć aplikację ukończył. Ale Zbyszka - wówczas jeszcze nie wymuskanego posła o wystudiowanych gestach - ciągnęło do polityki.

Po obronie pracy magisterskiej (ocena: 5) swoją działalność podporządkował jednemu: być kimś w polityce. Jego ambicje wcale nie kończą się na tece ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Zwłaszcza, że jego były zastępca - Andrzej Duda - to dziś prezydent. A Beata Szydło - którą ściągał do PiS ponad dekadę temu - jest premier.

Ale od początku.

Do Krynicy

Zbigniew Ziobro urodził się w 1970 r. w Krakowie. Ale nie od początku tam mieszkał. Rodzinna legenda głosi, że przepłakał całą podróż z Krakowa do Krynicy. Całą rodziną mieszkali w domu w górach. Ojciec - Jerzy - był lekarzem internistą, a matka stomatologiem.

Zbyszek miał iść utartym szlakiem, ale zdradzały go polityczne ciągoty: jako 17-latek (w połowie lat 80.) podpisał się pod wnioskiem o zmianę nazwy ulicy w Krynicy z Bieruta na Piłsudskiego. Wysłał też list do "Dziennika Polskiego" z takim postulatem. Nic nie wskórał. Jego ojciec był z dala od polityki. Sam Zbigniew Ziobro wspominał, że dla ojca najważniejsza była rodzina, nasłuchiwał Wolnej Europy, ale z trwałością komuny się pogodził.

Zbyszek nie poszedł w jego ślady - lekarzem nie został. Poszedł na prawo, dzięki dziadkowi, bo - tak to tłumaczył - radykalizm zawdzięczał właśnie jemu, byłemu żołnierzowi Armii Krajowej, rannemu, a potem torturowanemu.

Student

Orłem na UJ nie był. Wspominał: - Wdrapywałem się na jakąś sosnę, którą kołysał wiatr, i czytałem książkę. Podczas studiów prawniczych uczyłem się tak kodeksów.

Na studiach skorzystał z szansy: bumu na giełdzie, której wykresy dopiero co wystrzeliły w górę. Skąd miał pieniądze na start? Prowadził proces rehabilitacyjny dziadka za niesłuszne skazanie (dożywocie w czasach stalinizmu) i tak wyszarpał odszkodowanie. Potem dziadek mu te pieniądze dał. Student Ziobro wrzucił je na giełdę. Brał kredyty i dalej kupował akcje.

Z zysków sprawił sobie mieszkanie i samochód. - Ojciec zobaczył wydruki rachunków giełdowych i nie mógł zrozumieć. Całe życie pracował, a nie był w stanie tyle zarobić - wspominał. Zachłysnął się kasą.

- Spodobał mi się najnowszy model BMW. Nawet poszedłem go kupić. (...) Chodziło o szybki samochód. Ale zakup się nie udał. Może to i dobrze, bo jeszcze wylądowałbym na drzewie. Pracownicy salonu potraktowali mnie obcesowo. Przyszedł do nich studenciak w narciarskiej kurtce, więc nie widzieli we mnie poważnego klienta. Pieniądze miałem poupychane po kieszeniach i w torbie. W końcu obrażony wyszedłem - mówił w "DGP".

Teraz jeździ rządowymi limuzynami.

Niedoszły prokurator

Do egzaminu na aplikację podchodził dwa razy. Po powtórce zahaczył się w Prokuraturze Okręgowej w Katowicach i tam ukończył aplikację prokuratorską. Egzamin zdał w 1997 r., ale nigdy nie pracował jako prokurator czy asesor prokuratury.

Zaczął, ale studia doktoranckie na Uniwersytecie Śląskim. A także... homiletykę, czyli sztukę głoszenia kazań przydatną księżom. Ziobrze chodziło o "fechtowanie słowem", a nie późne kapłaństwo. Były mu potrzebne, aby przeskoczyć przeskoczyć wszystkie szczeble kariery prokuratora i zostać nim: prokuratorem generalnym.

Ziobro obrał ścieżkę kariery politycznej. Dziś jest już - po raz drugi - prokuratorem generalnym. To jego "projekt".

Jak do tego doszedł?

Kreacja

W latach 90. grunt dla szeryfów był bardzo podatny: przestępczość, zapaść policji, mafie i gangi, a do tego bieda i społeczna frustracja. Zbigniew Ziobro od początku kreował się na twardziela, który chce stawić czoła bandziorom i obrońcę uciśnionych. To jego pomysł na siebie w polityce.

Zakulisowo przez lata dbała o to Patrycja Kotecka. Prywatnie żona ministra. Poznali się przy okazji prac komisji śledczej ds. afery Rywina - ona relacjonowała śledztwo jako dziennikarka, on był członkiem komisji, a zarazem wschodzącą gwiazdą PiS. Zawodowo Kotecka była dziennikarką "Życia Warszawy", "Gazety Bankowej" i Radia Solidarność - obecnie jest dyrektorką marketingu w Link4 (część grupy PZU). Nota bene: w PZU pracę znalazł też młodszy o siedem lat brat Zbigniewa - Witold.

Na plecach do celu

Ziobro zaczynał od zbierania na ulicy podpisów dla Jana Marii Rokity, który był jego pierwszym protektorem. Kto zna Rokitę, to wie, że jest indywidualistą o wielkiej inteligencji, ale też trudnym charakterze. Posprzeczali się szybko - zostały tylko zadry.

W 1998 r. Ziobro założył Stowarzyszenie Katon, które udzielała porad prawnych tym, których na to nie było stać. A także Centrum Pomocy Ofiarom Przestępstw. "Katon" był w rzeczywistości trampoliną do politycznej kariery. Służył "projektowi". Tak samo jak rozgłos. Ziobro walczył więc na przykład z pismem "Zły" (wydawanym przez żonę Jerzego Urbana), które lubowało się w publikowaniu najdrastyczniejszych zdjęć i opisów.

By zrealizować "projekt" korzystał z możliwości swoich kolejnych patronów: posła AWS Wojciecha Hausnera (dziś poza polityką), Kazimierza Michała Ujazdowskiego (dziś europoseł i renegat z PiS, którego dotknęła "choroba brukselska") i Marka Biernackiego (poseł PO).

Za plecami Lecha

Kariera Ziobry nabrała rozpędu, gdy trafił do Ministerstwa Sprawiedliwości. Angaż zaproponował mu Lech Kaczyński, niespodziewanie powołany przez premiera Jerzego Buzka na stanowisko ministra sprawiedliwości. W ten sposób młodszy - o 45 minut - z braci Kaczyńskich wrócił z politycznego niebytu. A wraz z nim także Jarosław.

Lech Kaczyński w fotelu ministra prezentował się jako szeryf. Ziobro - mimo wówczas jeszcze dość młodego wieku - mu doradzał, a potem został wiceministrem. Ziobro rozsmakował się w polityce i realnym wpływie na władzę.

Gdy Lech Kaczyński został zdymisjonowany przed wyborami 2001 r., Ziobro odszedł razem z nim. Tworzył też nową partię braci Kaczyńskim w Małopolsce. Prawo i Sprawiedliwość miało być wehikułem, który dowiezie go do gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości, ale już w roli ministra. Ziobro krakowskie PiS trzymał więc w garści. Publicznie gromił korupcję, żądał wysokich kar dla kryminalistów. Budował swój wizerunek jako nowego, młodego szeryfa PiS.

W 2001 r. Ziobro po raz pierwszy dostał się do Sejmu. Prawdziwą okazją do wypłynięcia była komisja śledcza ds. afery Rywina. I on ją wykorzystał. Tropił "grupę trzymającą władzę", a Sejm przyjął jego raport. Na tym forum rywalizował z Janem Rokitą - swoim byłym patronem.

Minister

Gdy PiS w 2005 r. odniosło podwójne zwycięstwo Ziobro zaczął spijać śmietankę. Kto był szefem sztabu Lecha Kaczyńskiego? Ziobro - to było zwieńczenie wkupywania się w łaski braci.

Ziobro został ministrem sprawiedliwości - osiągnął cel. Miał 35 lat i wielkie ambicje, ale wciąż był w polityce żółtodziobem. Już wówczas PiS chciało zaorać sądownictwo i stworzyć je na nowo. Upadek rządu Jarosława Kaczyńskiego te plany przekreślił.

Ziobro - najpierw u premiera Kazimierza Marcinkiewicza, a potem Kaczyńskiego - był centralną postacią rządu. Wraz z CBA oskarżył dr. Mirosława G. o branie łapówek i uśmiercenie pacjenta. - Ten człowiek nigdy już nikogo nie zabije - stwierdził Ziobro. Chciał też w drodze ekstradycji ściągnąć Edwarda Mazur, który miał być zamieszany w zabójstwo gen. Marka Papały, ale to się nie udało. Ugrzązł też w sporach z Andrzejem Lepperem po aferze przeciekowej. To już jednak historia.

Po pierwszych rządach PiS - a więc także Ziobry w MS - bracia Kaczyńscy mieli w sobie zadrę: nie zdołali przeorać sądów. Chcieli, ale nie zdołali. W prywatnych rozmowach Lech Kaczyński mówił, że tego żałuje najbardziej. Jarosław za punkt honoru obrał sobie dokończenie dzieła.

"Choroba brukselska"

Jeszcze jako gwiazda PiS w 2009 r. Ziobro trafił do Parlamentu Europejskiego. Ale tam zapadł na "chorobę brukselską" - jej objawem jest utrata lojalności wobec Jarosława Kaczyńskiego. Był bardzo niecierpliwy, nie wierzył już w patronat Jarosława. Kolejnymi wypowiedziami aż prosił się o wyrzucenie z PiS. Tak też się stało. Założył więc kanapową partię Solidarna Polska - razem z Jackiem Kurskim i Tadeuszem Cymańskim.

Partia Ziobry zaraz po tym, gdy wykiełkowała, zaczęła więdnąć.

O ile w gabinetach "Zizu" czuł się pewnie, to w polityce ulicznej i zakulisowej już nie. Gdy przemawiał na demonstracji w obronie TV Trwam w 2012 r., trzęsły mu się ręce i głos. Był jak galareta. "Solidarni" zaczęli się żreć sami ze sobą, gdy J. Kaczyński dał sygnał, że chce zjednoczenia.

Jacek Kurski, chcąc wybłagać u Kaczyńskiego powrót do PiS i miejsce na liście wyborczej, rzucił się do gardła Ziobry. "Kura" mówił o Ziobrze (w wyborach do PE 2014 r. zdobył 60 tys. głosów), że jest on "leszczykiem o charyzmie trzęsącej się galarety, któremu co chwile trzeba zmieniać pieluchę". Ziobro odgryzał się, że skoro on jest leszczem, to kim jest Kurski, który w swoją kampanię wyborczą włożył setki tysięcy złotych, a poniósł spektakularną klęskę (9 tys. głosów).

Pierwszy taki minister

Zbigniew Ziobro w 2014 r. opuścił Brukselę, a "choroba brukselska" opuściła go. "Zizu" wiedział doskonale, że wypowiedzenie J. Kaczyńskiemu posłuszeństwa było błędem. I zechciał wrócić. Prezes PiS go przygarnął, chcąc zmaksymalizować szanse na wygraną. Kaczyński zagrał va banque - zjednoczył prawicę, renegatów po części przekupił miejscami na listach, a po części wziął za twarz. Ziobro był tu jedną z kart.

Po wygranej PiS Kaczyński po raz drugi wysłał Ziobrę do Ministerstwa Sprawiedliwości z naczelnym celem: przeorać sądownictwo - z własnej woli też by to zresztą zrobił. W efekcie żaden minister sprawiedliwości nie miał tak wielkiej władzy jak Ziobro teraz. A jeśli PiS przeforsuje rewolucję w Sądzie Najwyższym, to będzie miał jeszcze większą.

Ziobro nie jest już ani leszczem, ani galaretą. Jest szeryfem - póki prezes pozwala.

Więcej o: