Marcin P. zelektryzował prawicowych dziennikarzy. Nie chcieliby tego usłyszeć

Przed sejmową komisją śledczą ds. Amber Gold stanął dziś twórca tej spółki, Marcin P. Jego wyjaśnienia wywołały na Twitterze wyjątkowe poruszenie - zwłaszcza wśród prawicowych dziennikarzy.

Przesłuchanie Marcina P. trwało blisko 6 godzin. W jego trakcie posłowie pytali m.in. o to, kim były osoby, które informowały go o podejmowanych wobec niego działaniach służb. W tym gronie wymienił dwóch dziennikarzy, których nazwiska ocenzurowano, mimo to zainteresowani zdążyli już odnieść się do sprawy.

Miałem jeszcze (informacje) od dziennikarzy "Gazety Polskiej Codziennie" oraz... ale ona (ta osoba) była związana z Miterem [Pawłem, miał dostarczyć P. notatkę ABW - red.]. One wręcz (te osoby) potwierdzały to, co pan Miter przedstawiał. I to pan Miter nakreślił nam nawet spotkania z dziennikarzami "Gazety Polskiej Codziennie"

- powiedział założyciel Amber Gold. Kilkadziesiąt minut później dodał, że w spotkaniu z "GPC" gazetę miała reprezentować "pani Dorota Kania z jakimś swoim asystentem", którego nazwiska nie pamiętał.

Po pierwszej wymianie zdań Szymon Jadczak z TVN napisał na Twitterze: "Marcin P. ujawnił właśnie Samuela Pereirę jako źródło przecieku z ABW :)". Do sprawy szybko odniósł się sam zainteresowany. "Red. Jadczak jest nierzetelny i nieuczciwy, bo mojego nazwiska nikt nie wskazał. Jadczak pracuje w TVN, tak?" - napisał w tym samym serwisie Pereira, dziś wiceszef publicystyki w TVP Info.

"Wszyscy dziś zrozumieli, że wiarygodność Jadczaka z TVN jest zerowa. Moje nazwisko nie padło. Jestem gotów spotkać się w sądzie", "Fejki na mój temat, oparte na kłamstwie Szymona Jadczaka z TVN, kolportowane przez NewsPlatforma i posłów PO. Zasługujecie na ostre kary pieniężne" - dodał w kolejnych wpisach.

Jadczak w innych wpisach tłumaczył, że - według niego - jedynym dziennikarzem "GPC" współpracującym z Miterem był właśnie Pereira. To właśnie oni byli autorami prowokacji dziennikarskiej, podczas której Miter skontaktował się ws. Amber Gold z prezesem gdańskiego sądu, podając się przy tym za pracownika Kancelarii Premiera.

"Mam nadzieję, że wszyscy dziś zrozumieją, że wiarygodność Marcina P. jest zerowa. Z obu stron barykady" - podsumował Jadczak.

Wieczorem w jednym z materiałów "Wiadomości" TVP do rewelacji Marcina P. odniósł się redaktor naczelny "GPC", Tomasz Sakiewicz. - Dwóch dziennikarzy naszych rzeczywiście robiło z nim wywiad, który się ukazał. Tyle tylko, że oni mogli wiedzieć o akcji ABW tyle, co przeciętny Eskimos o ruchach słoni w Afryce - powiedział szef "GPC".

Nazwiska polityków

Uwagę dziennikarzy przykuł też moment, kiedy P. został zapytany o listę nazwisk polityków, którzy mieli lokować swoje środki w Amber Gold.

W chwili obecnej nie jestem w stanie (powiedzieć), bo tych nazwisk było około trzydziestu, na pewno było nazwisko Adamowicz, na pewno była pani Kopacz Ewa, na pewno był znany polityk PiS

- powiedział Marcin P. Tymczasem niektórzy dziennikarze związani z prawicą przytoczyli na Twitterze tylko pierwszą część jego cytatu, już bez słów o "znanym polityku PiS".

W dodatku chwilę później P. zaznaczył, że nazwiska te co prawda figurowały w bazie danych, ale nie wyklucza on, że mogły się pod nimi kryć zupełnie inne osoby. - Według mojej wiedzy na dzień dzisiejszy, mogła to być zbieżność nazwisk - tłumaczył P. Tych słów także jednak zabrakło we wpisach.

Marcin P.: Amber Gold nie była piramidą finansową. Nie mam nic do zwrócenia Polakom