Zybertowicz: "Macierewicz nie musiał pomagać rannym w karambolu. A gdyby to był zamach?"

Zdaniem prof. Andrzeja Zybertowicza ochrona szefa MON wręcz miała obowiązek zabrać go z miejsca kolizji pod Toruniem. - W takiej sytuacji nie wiadomo, czy to nie próba zamachu - mówił doradca prezydenta w Radiu ZET.

Temat kolizji z udziałem kolumny aut ministra Antoniego Macierewicza został poruszony przez gości dzisiejszego programu "Śniadanie w radiu ZET". Po zdarzeniu minister był krytykowany za to, że natychmiast odjechał z miejsca wypadku i nie został, by ewentualnie pomóc poszkodowanym. Tego zachowania bronił profesor Andrzej Zybertowicz, doradca społeczny prezydenta Andrzeja Dudy.

- Ja bym zwolnił każdy zespół ochrony, który pozwoliłby, żeby ochraniany VIP angażował się w udzielanie pomocy osobom rannym, w sytuacji, gdy jest pełno innych osób - mówił na antenie radia ZET Andrzej Zybertowicz. - Nie wiemy, czy nie zapytał tych osób, czy wszystko z nimi w porządku - dodał. Po tym podniósł argument, że ochrona mogła zakładać, iż była to próba zamachu. 

Elementarne zasady bezpieczeństwa. Gdy ma miejsce sytuacja nadzwyczajna, to nie wiadomo, czy to jest wypadek, splot nieszczęśliwych okoliczności czy próba zamachu. Osoba chroniona natychmiast musi być przewieziona w inne miejsce. 

- Nie ma żadnych wiarygodnych informacji co do tego, z jaką prędkością jechała kolumna trzech samochodów ministra Macierewicza - stwierdził prof. Zybertowicz.

Rzeczywiście, prokuratura ani Żandarmeria Wojskowa na razie nie podały wielu szczegółów zdarzenia, w tym prędkości, z jaką jechała kolumna w tuż przed kolizją. Jednak jak wyliczyliśmy na podstawie czasu, w jakim minister pokonał trasę Warszawa - Toruń - Warszawa, kolumna musiała jechać ze średnią prędkością 120 km/h. Aby uzyskać taką średnią, na niektórych odcinkach ta prędkość musiała być dużo wyższa. 

Więcej o: