Znajomy Misiewicza o wypadzie do klubu. "Normalnie jak dwaj faceci przy wódce"

"Szastanie pieniędzmi, nagabywanie studentek" - tak według "Faktu" miało wyglądać zachowanie Bartłomieja Misiewicza w klubie. Sam rzecznik zaprzeczał. Teraz o imprezie opowiada też towarzyszący mu wtedy białostoczanin.

Bartłomiej Misiewicz był na imprezie w klubie w Białymstoku w zeszły czwartek. "Fakt" opisał, że rzecznik MON miał podjechać na imprezę służbowym samochodem, w towarzystwie ochroniarza. Już na imprezie rzekomo "szastał pieniędzmi" i "nagabywał studentki"- pisał dziennik. 

Misiewicz przyznał jedynie, że był w klubie - całej reszcie zaprzeczył. Rzecznik zapewniał, że poszedł na imprezę pieszo, bez ochrony i nie zachowywał się tak, jak wynika z relacji "Faktu". 

Bartłomiej Misiewicz na imprezie

Tymczasem lokalny portal dziendobrybialystok.pl dotarł do mieszkańca Białegostoku, który miał towarzyszyć Misiewiczowi. - Siedzieliśmy normalnie jak dwaj faceci przy wódce. Nie było żadnego nagabywania dziewczyn, ani szastania pieniędzmi - mówił mężczyzna. Portal nie podaje jego nazwiska, jednak wg "Faktu" chodzi o Sebastiana Łukaszewicza, pracownik gabinetu politycznego ministra Krzysztofa Jurgiela.

- To było normalne, luźne towarzyskie spotkanie, tak jak czas spędza wielu innych ludzi - dodaje. Podkreśla też, że nie było żadnych rozmów o polityce, a nagłośnienie sprawy ocenia jako "wzbudzanie sensacji".

Jednak w relacji portalu jedna rzecz nie zgadza się z wersją Misiewicza. Zapewniał on, że poszedł do klubu pieszo. Tymczasem wg dziendobrybialystok.pl, hotel, w którym zatrzymał się rzecznik, jest oddalony od klubu i trzeba było tam podjechać samochodem. Portal pisze także, że Misiewiczowi miał towarzyszyć ochroniarz. 

Więcej o: