33-letnia Dorota zmarła w Podhalańskim Szpitalu Specjalistycznym w Nowym Targu, będąc w 20. tygodniu ciąży. Do placówki trafiła po tym, jak odeszły jej wody płodowe. Po orzeczeniu bezwodzia kobiecie miano polecić leżenie z nogami w górze. Z relacji rodziny wynika, że lekarze nie poinformowali pacjentki ani jej rodziny o tym, że dziecko może obumrze lub nie da się go uratować. Niedługo potem 33-latka zaczęła wymiotować, bolał ją brzuch i głowa. Zmarła w trzeciej dobie pobytu w szpitalu z powodu wstrząsu septycznego.
Po tym zdarzeniu lekarze ze szpitala zaapelowali, by nie wiązać tragedii z dyrektorem placówki, który jest radnym sejmiku małopolskiego z PiS i jest związany z partią Zbigniewa Ziobry, która sprzeciwia się aborcji. Minister Zdrowia z kolei zapewnił, że zostanie powołany zespół, który sporządzi wytyczne do działań lekarzy ginekologów i położników. Deklaracje te padły jednak także dwa lata wcześniej, po śmierci Izabeli z Pszczyny. Nasuwa się więc pytanie, dlaczego musiało dojść do kolejnej śmierci kobiety, by rząd zdecydował się podjąć działania inne, niż te zmierzające do zakazu aborcji (27 października politycy m.in. PiS i Kukiz'15 złożyli do TK wniosek o orzeczenie, że aborcja w przypadku dużego ryzyka ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu jest niezgodna z konstytucją. Trybunał Konstytucyjny przychylił się do tego wniosku 22 października 2020 roku).
Działaczki FEDERY w rozmowie z Onetem przekazały, że polskie kobiety nie czują się bezpiecznie w szpitalach, o czym świadczą telefony do organizacji. Po śmierci 33-letniej Doroty przez miesiąc do działaczek zadzwoniło aż 45 kobiet lub ich partnerów, by zapytać, czy w razie niebezpieczeństwa mogą liczyć na pomoc Federacji.
Tak było w przypadku pacjentki ze szpitala w Łodzi, której wody płodowe odeszły, gdy była w 14. tygodniu ciąży. W sprawie kobiety interweniował także poseł Lewicy Tomasz Trela. W rozmowie z dyżurującą lekarką, która na co dzień nie pracowała w tej placówce usłyszano, że lekarka musi czekać na wytyczne ordynatora. W ostatni piątek orzeczono, że płód obumarł, a pacjentka dostała leki do indukcji poronienia.
32-letnia Roksana trafiła do szpitala w Bydgoszczy w 24. tygodniu ciąży. Jej historię nagłośnili dziennikarze TVN24 informując, że kobieta od 21 dni przebywa na oddziale, mając wiedzę, że płód jest nieodwracalnie uszkodzony i ma znikome szanse na przeżycie. Po nagłośnieniu sprawy pacjentce wykonano cesarskie cięcie i usunięto martwy płód.
Działaczki FEDERY (numery 22 635 93 95 lub 501 694 202) i Aborcyjnego Dream Teamu (Aborcje Bez Granic +48 22 29 22 597) podkreślają, że problemem nie jest brak wytycznych dot. przeprowadzania aborcji, ale podejście lekarzy. Natalia Broniarczyk z ADT w rozmowie z Onetem zauważyła, że żaden przepis nie wymaga obumarcia płodu do przeprowadzenia aborcji. Według niej jest to wymysł lekarzy i ich bezpodstawny strach przed konsekwencjami. - Śmierć Doroty przelała czarę goryczy. Pokazuje, że błędy popełnione przy wprowadzaniu zakazu aborcji prowadzą do tragedii także te osoby, które chcą być matkami - stwierdziłą Broniarczyk.
- Dopóki nie będzie jasnego sygnału ze strony rządzących, zwłaszcza prokuratora generalnego, że lekarze nie będą ścigani za aborcję, gdy życie i zdrowie matki jest zagrożone, niestety nie spodziewam się, by naszych interwencji w szpitalach było mniej - dodała z kolei prawniczka Kamila Ferenc, która współpracuje z działaczkami FEDERY.