Nagraniem "w instrybutor nie strzel" bawiła się cała Polska. Dziś Katarzyna A. mówi: Bałam się o życie

W lutym 2021 roku 37-letnia wówczas Katarzyna A. wjechała w budynek stacji paliw w Rymaniu (woj. zachodniopomorskie). Następnie spłoszona policyjnymi strzałami uciekła. O zdarzeniu zrobiło się głośno dzięki nagraniu, w którym padły słowa "w instrybutor nie strzel". Po dwóch latach w programie Polsatu "Interwencja" kobieta opowiedziała, co nią wówczas kierowało. Okazuje się też, że sądy przez dwa lata nie mogły się uporać z tą sprawą.

Zdarzenie sprzed dwóch lat stał się znane w całej Polsce po opublikowaniu w internecie filmu, na którym nagrywający omyłkowo nazywa dystrybutor "instrybutorem". - W instrybutor nie strzel! - krzyczał mężczyzna do policjantów próbujących strzałami powstrzymać kobietę taranującą autem budynek stacji paliw. Opublikowane nagranie umniejszyło powagę sytuacji, która wcale nie była zabawna.

Więcej podobnych treści znajdziesz na stronie głównej portalu Gazeta.pl.

Katarzyna A. po latach tłumaczy, że bała się o swoje życie

O zdarzeniu z 27 lutego 2021 roku opowiedziała w programie Polsatu "Interwencja" sprawczyni zajścia Katarzyna A. Dwa lata temu wracała na stałe do Polski z Holandii. Jej znajomy, który prowadził pojazd, zatrzymał się na stacji paliw w Rymaniu. 

Wysadziłam go z samochodu, wzięłam kluczyk, weszłam do środka, prosiłam panią, czy mogłabym zadzwonić na policję. Połączyłam się z numerem 112. Powiedziałam, że boję się o swoje życie

- relacjonowała reporterom Katarzyna A. Na policję miała zadzwonić o godzinie 17, jednak funkcjonariusze pojawili się na stacji dopiero około 23, czyli 6 godzin po jej telefonie. Kobieta tłumaczyła, że miała nadzieję, że patrol pomoże jej uwolnić się od mężczyzny. - Policja zamieniła z nim dwa zdania i odjechała. O godzinie mniej więcej 0:20 policja przyjechała drugi raz. Postanowiłam już nie wysiadać z samochodu - opowiadała Katarzyna A. 

Rymań. "To właśnie wtedy sobie pomyślałam pal sześć te drzwi"

Kobieta przyznała, że powiedziała policji o tym, że jest pod wpływem narkotyków i nie czuje się na siłach, by prowadzić samochód. Twierdzi, że policjant mimo to kazał im odjeżdżać, radząc, aby kluczyki oddała swojemu znajomemu.

To była sekunda, gdyby mi nie dali takiego polecenia, że mam oddać mu kluczyki i stąd odjeżdżać, to tej decyzji by nie było. To właśnie wtedy sobie pomyślałam pal sześć te drzwi

- przyznała w programie. Kobieta wyznała, że zrobiła to, bo oczekiwała, że policja ochroni ją przed mężczyzną. Wyznała także, że uciekała, ponieważ bała się, że funkcjonariusze, którzy użyli broni, ją zastrzelą. 

Zobacz wideo Starachowice. Wjechał na posesję i dachował, to już czwarta taka sytuacja

Sprzeczne decyzje sądów. Co dalej z Katarzyną A.?

Po aresztowaniu Katarzyna A. została przez biegłych uznana za niepoczytalną, dlatego - ich zdaniem - nie powinna odpowiadać za swój czyn. Po dwutygodniowej, dobrowolnej obserwacji sądowo-psychiatrycznej powiedzieli kobiecie, że ma urojenia. - Powiedzieli, że jestem zbyt chora, żeby to zrozumieć, nic mi nie chcieli tłumaczyć. Na leczeniu zostałam. Po dwóch tygodniach doktor, która mnie prowadziła, stwierdziła, że mnie wypisuje z oddziału, bo nie mam urojeń, jestem zdrowa - relacjonowała Katarzyna A. 

Jednak sądy podejmowały zaskakujące decyzje odnośnie Katarzyny A., dlatego jej sprawa trafiła do Rzecznika Praw Obywatelskich. Jak podała dziennikarka Polsatu Małgorzata Pietkiewicz, po 20 miesiącach pobytu w areszcie sąd orzeka o chorobie kobiety, która mimo to nie trafia do szpitala, ale pozostaje przez cztery kolejne miesiące w areszcie. Po tym czasie sąd wypuszcza ją na wolność, a pół roku później sąd odwoławczy nakazuje kobiecie powrót do szpitala, ponieważ ta rzekomo nie chce się leczyć. 

Katarzyna A. twierdzi jednak, że zgodziła się na leczenie i regularnie uczęszcza do psychiatry. - Dwie wykluczające się opinie spowodowały, że złożyłam wniosek do prokuratora o przebadanie mnie przez nowych biegłych, na co czekałam rok. Finalnie przebadali mnie ci sami biegli, którzy podczas procesu upierali się, że jestem tak chora i niebezpieczna, że należy mnie internować - powiedziała dziennikarzom kobieta. 

Biuro RPO przekazało redakcji "Interwencji", że sprawa jest na etapie gromadzenia i analizowania dokumentów: "Z tych względów wypowiedź Biura RPO dla mediów byłaby przedwczesna".

Rymań. Zdemolowała stację benzynową, a policjanci biegali za samochodem

Przypomnijmy, do zdarzenia doszło około godziny 23. 37-letnia kobieta prowadząca samochód osobowy wjechała w witrynę sklepu stacji paliw w Rymaniu. Policjanci, którzy wezwani przez nią wcześniej przyjechali na miejsce, oddali strzały w kierunku 37-latki, która mimo to odjechała z terenu stacji. Kobieta wprawdzie uciekła ze stacji paliw, ale sama zgłosiła się na komisariat policji w oddalonym ok. 50 km Koszalinie (woj. zachodniopomorskie). Serię zdarzeń oraz nieporadne zachowanie policjantów nagrał obserwujący akcję klient stacji, który upublicznił nagranie w internecie. To wówczas padło pamiętne  "w instrybutor nie strzel".

 

Kobiecie postawiono zarzuty uszkodzenia mienia, którego łączna wartość wynosi 20 tys. zł, narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo dwóch pracownic stacji i funkcjonariusza policji, a także zarzuty  wywierania wpływu na czynności funkcjonariuszy oraz posiadania nieznacznej ilości marihuany i prowadzenia pojazdu pod wpływem narkotyków.

Dwaj funkcjonariusze, którzy w momencie zdarzenia wykorzystali broń palną, mimo uzasadnionego jej użycia, ponieśli konsekwencje dyscyplinarne za inne uchybienia, do których doszło podczas akcji. 

Więcej o: