Wypadek radiowozu w Dawidach Bankowych. Giertych reprezentuje drugą nastolatkę. Zapytaliśmy o jej relację

Roman Giertych reprezentuje także drugą nastolatkę, która znajdowała się w radiowozie w chwili wypadku niedaleko Piaseczna - dowiedział się portal Gazeta.pl. Prawnik potwierdził, że w zakresie zeznań nastolatek "nie ma konfliktu".

7 stycznia Roman Giertych przedstawił obszerną relację na temat wypadku radiowozu, do którego doszło w Dawidach Bankowych pod Piasecznem. W samochodzie policji znajdowały się dwie nastolatki w wieku 17 i 19 lat. W wyniku zderzenia z drzewem młodsza ma złamany nos, a starsza złamaną rękę. 

Zobacz wideo Jakub Madrjas: Jest pokolenie, które samochód postrzega jako symbol, że transformacja się udała

Wypadek radiowozu w Dawidach Bankowych. Giertych reprezentuje obie nastolatki

W relacji sprzed tygodnia prawnik poinformował, że reprezentuje 17-latkę. Przedstawił jej wersję zdarzeń, która różni się od tej policji.

Wynika z niej, że to jeden policjantów kazał wsiąść 19-latce do samochodu. - Dziewczyna była przerażona, wsiadła, ale poprosiła koleżankę, moją klientkę, aby wsiadła do samochodu razem z nią. Młodzi ludzie protestowali, szczególnie chłopak tej młodszej nastolatki - opowiadał Giertych. 

Twierdzenia policji, jakoby dziewczyny same prosiły, by wejść do radiowozu, Giertych nazwał "bezczelnym łgarstwem". 

Gazeta.pl dowiedziała się w piątek, że Giertych w tej chwili reprezentuje także drugą z dziewczyn. Prawnie oznacza to, co potwierdza nam adwokat, że między zeznaniami obu dziewczyn "nie ma konfliktu". Jednocześnie prawnik nie chce zdradzać szczegółów na temat relacji 19-latki w sprawie wypadku.

Gajewska po rozmowie z komendantem: Kwestia ew. nieudzielenia pomocy najważniejsza

W związku z wypadkiem w Dawidach Bankowych posłanki KO Kinga Gajewska i Aleksandra Gajewska przeprowadziły kontrolę poselską w Komendzie Powiatowej Policji w Pruszkowie, a następnie w komendzie stołecznej, która przejęła postępowanie dyscyplinarne. Z ustaleń posłanek wynika, że dowódca patrolu - policjant z 18-letnim stażem pracy - został zawieszony po zeznaniach młodszego kolegi, który ma za sobą zaledwie dwa miesiące służby. Obu postawiono zarzuty dyscyplinarne - starszemu sześć zarzutów, a młodszemu cztery zarzuty. Jakie? Tego policja nie zdradza. - Miałyśmy dzisiaj dość ogólną rozmowę z panem komendantem stołecznym policji. Wszystkie ważne informacje dotyczące tej sprawy, zdaniem pana komendanta, są objęte tajemnicą śledztwa. Naszym zdaniem największe znaczenie w sprawie będzie miała kwestia nieudzielenia pomocy nastolatkom. To jest cały czas badane w postępowaniu - relacjonuje nam Aleksandra Gajewska z KO.

Posłanki podczas rozmowy z komendantem zwróciły uwagę, że rzecznik KSP, powołując się na świadków, powiedział, że "prośba wejścia do radiowozu wyszła od nastolatek". - To jest sugestia, że one się same prosiły. Słowa rzecznika spowodowały hejt wobec nastolatek i odwróciły uwagę od sedna sprawy, czyli odpowiedzialności funkcjonariuszy za wszystko, co wydarzyło się na miejscu. Nawet jeśli ktokolwiek nalegał, żeby znaleźć się w radiowozie, żaden policjant nie powinien dopuścić do takiej sytuacji. Komendant na nasze uwagi, że taka wypowiedź nie powinna paść, stwierdził, że łapiemy rzecznika za słowa - relacjonuje Gajewska.

W nocy z poniedziałku na wtorek 3 stycznia grupa nastolatków zauważyła pożar w lesie w okolicach Dawidów Bankowych. Młodzi ludzie wezwali straż pożarną, na miejscu zjawił się także patrol policji. Po zdarzeniu przesłuchano 19-latkę, a kilka dni później pozostałych świadków. Niedługo później doszło do wypadku. Jak się okazało, w środku były 17-latka i 19-latka. Świadkowie w rozmowie z Onetem stwierdzili, że policja przekręciła ich zeznania o tym, jakoby same nastolatki chciały wejść do radiowozu.

Z relacji świadków wynika, że samochód rozbił się na drzewie po przejechaniu około dwóch km. - Po zdarzeniu dziewczyny wyczołgały się z samochodu. Podszedł do nich młodszy policjant, zapytał, czy nic się im nie stało. Następnie starszy powiedział do nich: "spie*****jcie stąd". Nie udzielono im pomocy, nie wezwano karetki, mimo że moja mocodawczyni miała ciężko złamany nos, w poniedziałek przechodzi operację, jest w szpitalu. Była cała zalana krwią -  relacjonował Giertych. 

Więcej o: