Monika Strzępka wprost: Wojewoda jest za przemocą i przeciwko wolności

- To nie jest tak, że działam w odniesieniu do facetów z prawicy i obmyślam po nocach plany, jakimi profanacjami uprzykrzę im życie - przekonuje Monika Strzępka. Mówi nam też o wojewodzie i lęku w szeregach PiS.

Monika Strzępka w styczniu wygrała konkurs na dyrektorkę Teatru Dramatycznego w Warszawie. Stanowisko objęła we wrześniu. Pod koniec listopada wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł stwierdził nieważność decyzji prezydenta Warszawy o powołaniu nowej dyrektorki.

Radziwiłł jako powody swojej decyzji wskazał m.in. dorobek artystyczny Strzępki ("wyreżyserowała spektakl szkalujący Polskę") oraz wprowadzenie do teatru rzeźby przedstawiającej złotą waginę ("poniżające dla kobiet redukowanie kobiecości do seksualnej sfery życia ludzkiego"). Po zawieszeniu Strzępka pełni funkcję doradczyni do spraw artystycznych. Natomiast w czwartek 8 grudnia odbyła się premiera "Mojego roku relaksu i odpoczynku" - pierwszego spektaklu zapowiedzianego przez nową dyrekcję. 

Izabella Dudziak w trakcie próby do spektaklu 'Mój rok relaksu i odpoczynku' w Teatrze DramatycznymIzabella Dudziak w trakcie próby do spektaklu 'Mój rok relaksu i odpoczynku' w Teatrze Dramatycznym Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

Daniel Drob, Gazeta.pl: Przestronny gabinet.

Monika Strzępka, zawieszona dyrektorka Teatru Dramatycznego w Warszawie: Zrobiło się widniej, gdy wynieśliśmy bibliotekę poprzedniego lokatora. Duża była i ciemna, bardzo pochłaniała światło. Wciąż się tu urządzamy, rekwizyty, meble wyciągamy z magazynu, bezkosztowo i zero waste.

Jakie nastroje panują w teatrze?

Cieszę się, że pierwsze pytanie dotyczy emocji. Niedawno obudziłam się z myślą, że trzeba zacząć liczyć straty emocjonalne wywołane tą sytuacją i mniej myśleć o polityce. Te straty są oczywiste, bo mówimy o dobrostanie nie tylko 150 osób, które tu pracują, ale też ich bliskich. Pierwsze reakcje na decyzję wojewody były różne - gniew, żal, rozczarowanie, poczucie niesprawiedliwości.

Pani reakcja?

Przede wszystkim szok, bo w historii polskiego teatru coś takiego się nie wydarzyło.

A odwołanie dyrektora Teatru im. Słowackiego w Krakowie po "Dziadach"?

Krzysztof Głuchowski został odwołany przez marszałka województwa, a więc organizatora teatru. I takich przypadków nadużywania władzy i cenzorskich działań mieliśmy już sporo. Sama doświadczyłam sytuacji, w których tydzień przed premierą mojego przedstawienia odwołano dyrektora teatru. Tu sytuacja jest nowa o tyle, że dyrektorkę teatru miejskiego zawiesił wojewoda, przedstawiciel rządu. To bardzo mocna ingerencja w autonomię samorządu i nadużycie przepisu o rozstrzygnięciu nadzorczym. Akt unieważniający postanowienie prezydenta Trzaskowskiego o powołaniu mnie na dyrektorkę jest dowodem na to, że niektórzy politycy nie rozumieją, jakie prawo obowiązuje w kraju.

Co konkretnie zmieniło się po "rozstrzygnięciu nadzorczym" Konstantego Radziwiłła?

Wiele rzeczy. Jestem zawieszona i nie mogę wykonywać swoich obowiązków. Ale przyjęłam pana w waginecie (tak Monika Strzępka nazywa swój gabinet - red.), co oznacza, że tu pracuję.

Jako kto?

Pracuję w charakterze doradczym. Nie otrzymuję wynagrodzenia.

To z czego się pani utrzymuje?

Teraz jeszcze z wypłaty za listopad. Tak na marginesie, bardzo wzruszyłam się, gdy podczas spotkania naszego zespołu z dyrektorem biura kultury w ratuszu Arturem Jóźwikiem jedna z aktorek wstała i po prostu zapytała, co wobec decyzji wojewody stanie się z moją pensją. Poczułam wtedy ogromne wsparcie w zespole. Panuje chyba przekonanie, że w takim dziejowym momencie kwestie ekonomiczne nie powinny być istotne. A przecież są fundamentalne dla poczucia bezpieczeństwa. Swoją drogą, zapewne nie wszyscy wiedzą, że większość ekipy w Teatrze Dramatycznym ma pensje minimalne. To mówi dużo o tym, jak my jako społeczeństwo traktujemy kulturę.

Zobacz wideo Załoga Teatru Dramatycznego o zawieszeniu Strzępki: Brutalne wykorzystanie stanowiska, prewencyjna cenzura

Większość pracowników to znaczy ile?

Około 70 procent. To są przede wszystkim aktorzy, zespół techniczny, garderobiane itd.

"Pachnie cenzurą" - komentuje decyzje wojewody Trzaskowski i przywołuje - podobnie jak inni - PRL.

Kilka dni temu moje koleżanki policzyły, że jesteśmy 24. Instytucją kultury, którą PiS próbuje pogrążyć. I tak mamy szczęście, bo partia rządząca nie ma możliwości wsadzenia swojego człowieka na moje stanowisko. Powiedzmy sobie szczerze, że tam, gdzie PiS ma władzę nad instytucją, np. poprzez swojego marszałka, na jej czele stają ludzie bardzo niekompetentni i instytucje po prostu toną. Tych strat w kulturze nie odrobimy przez lata.

Jakieś przykłady z tych 24?

Teatr Polski we Wrocławiu, Narodowy Stary Teatr w Krakowie, Zachęta, CSW, Muzeum Narodowe, Polin, Instytut Adama Mickiewicza… Flagowe instytucje tego kraju. Nie pamiętam teraz wszystkich, ale to można mnożyć. Natomiast gdy chodzi o Teatr Dramatyczny, to sądzę, że obecna sytuacja paradoksalnie wzmacnia nas jako zespół. Obserwujemy się nawzajem, wspieramy, otaczamy troską, rozmawiamy. W pewnym sensie wcielamy dzięki temu nasze założenia programowe w tempie, którego nie przewidziałyśmy przy pisaniu programu. On został rozpisany na lata i tyle też potrwa jego wdrażanie, natomiast pewne procesy niewątpliwie dzięki wojewodzie przyspieszą.

Monika StrzępkaZałoga teatru o zawieszeniu Strzępki: Brutalne wykorzystanie stanowiska

Jakie procesy?

Podstawowym założeniem w naszym programie jest transformacja teatru w kierunku feministycznej instytucji kultury. Podkreślę od razu, bo słyszałam różne głosy - ta koncepcja nie jest wykluczająca. Teatr ma być miejscem, w którym wszyscy czują się dobrze, miejscem, gdzie dbamy o warunki i bezpieczeństwo pracy, jakość relacji wewnątrz zespołu, dobrą komunikację. O tym jest też feminizm. I to są najważniejsze rzeczy, bez których nie będziemy mogli budować nowej rzeczywistości.

I w jaki sposób zawieszenie dyrektorki to ułatwia?

Myśmy do teatru weszły z dnia na dzień. Po wygraniu konkursu mój poprzednik nie pozwolił, abyśmy wcześniej choćby zapoznały się z załogą, przejrzały dokumenty, poznały procedury. Nie miałyśmy na to ani jednego dnia. A na Zachodzie, np. w Niemczech, są teatry, w których proces takiego wdrażania nowej dyrekcji trwa, uwaga, rok. Więc teraz, właśnie dzięki sytuacji, w której się znalazłam, zyskałam coś w rodzaju takiej możliwości - w końcu będę miała czas i szansę poznać ten teatr dział po dziale, osoba po osobie. Wcześniej to było niemożliwe przez wzgląd na otchłań bieżących spraw, które trzymały mnie w gabinecie po 12 godzin dziennie.

Radziwiłł pomógł Strzępce?

Tak, bo przyspieszył wdrażanie naszej koncepcji. I pomógł jeszcze w innym wymiarze. Prawnie nie ma bowiem możliwości, żebyśmy my, jako Dramatyczny Kolektyw, prowadziły razem teatr. Robimy to w praktyce, ale prawnie to ja jestem dyrektorką, to są wymogi regulaminowe. Natomiast zawieszenie mnie wymusiło na całej ekipie wzmocnienie tych działań kolektywnych i sprawdzenie, czy potrafimy tak pracować również w wymiarze formalnym.

Wojewoda mazowiecki wytyka pani "prądy antykultury".

Nie rozumiem, nie wiem, co to jest "antykultura". Może pan przytoczyć szerszy fragment? Nie znam tego pisma na pamięć.

Radziwiłł pisze, że w spektaklu "Dziady. Ekshumacja" zaprezentowała pani "tzw. pedagogikę wstydu wobec narodu polskiego, oskarżając Polaków o liczne zbrodnie Dalej: "Takie prądy antykultury w twórczości Moniki Strzępki, w oczywisty sposób pozostają w sprzeczności z linią programową i artystyczną Teatru Dramatycznego w Warszawie oraz jego dotychczasowym dorobkiem".

A, więc o to chodzi. Ciekawe jest na przykład to, że od 13 lat teatr gra "Naszą klasę" autorstwa Tadeusza Słobodzianka, mojego poprzednika, i wobec tej sztuki mogłyby zostać wystosowane dokładnie te same zarzuty. Ale z jakiegoś powodu nie zostały. Więc może jednak nie chodzi o żadne wyfantazjowane "prądy antykulktury", tylko o to, że cała ta sprawa jest atakiem na kobiety.

Czyli gdyby był dyrektor, a nie dyrektorka, nikt nikogo by nie zawieszał?

Nie chodzi nawet o proste przełożenie kobieta-mężczyzna, tylko o kierunek, który obrałyśmy. O ten lęk, który wzbudza w PiS-ie koncepcja na feministyczną instytucję kultury.

Rzeźba złotej waginy w galerii Teatru DramatycznegoRzeźba złotej waginy w galerii Teatru Dramatycznego Fot. Adam Stępień / Agencja Wyborcza.pl

Gdyby jakiś pan dyrektor do foyer teatru wprowadził rzeźbę penisa, a nie waginy, wojewoda nie zwróciłby na to uwagi?

To akurat byłoby bardzo po myśli współcześnie obowiązującego systemu. Fallusy stoją wszędzie. Każdy kościół to fallus.

Jak to każdy kościół to fallus?

Mówię oczywiście symbolicznie - że sterczą, pną się do góry. Świetnie to ujęła Agnieszka Szpila w "Heksach", które - mam nadzieję - będę realizowała pod koniec sezonu. Szpila zauważa, że to, co męskie, jest pionowe, idzie do góry - jak te kościelne gmachy. Natomiast kobiecość się płoży. W tym duchu zresztą chcemy przeprowadzić zmiany w teatrze. Chcemy stworzyć odhierarchizowaną strukturę, bo silna hierarchia przeszkadza w tworzeniu dobrych relacji. A my właśnie chcemy, właśnie tak po kobiecemu, płożyć się. Albo, ujmując to w bardziej managementowym języku, wypłaszczać strukturę zatrudnienia. Sposób zarządzania ma być miękki, a struktura pracy ma być płaska. Od 46 lat żyję w systemie, w którym nie ma innych opowieści niż ta męska, hierarchiczna. Hierarchia to typowy system patriarchatu. A patriarchat to przemoc. I znakomita większość instytucji kultury w tym kraju jest prowadzona w sposób bardzo zhierarchizowany.

Czyli w znakomitej większości tych instytucji dochodzi do przemocy?

Tak, ale to chyba nie powinno zaskakiwać. Przecież my wszyscy żyjemy w bardzo przemocowych relacjach, nawet nasza codzienna komunikacja ma znamiona przemocy. W rodzinie, przedszkolu, salce katechetycznej i szkole jesteśmy uczeni przemocowego języka i funkcjonowania w hierarchii. Przedstawia się nam życie nastawione na konkurowanie, a nie współpracę. Próbujemy od tego odejść, wymyślić świat i siebie w tym świecie trochę inaczej – a to z kolei nie podoba się kilku panom w garniturach i odpowiadają atakiem na mnie i na Teatr.

Tego ataku by pewnie nie było, gdyby nie rytuał z "Wilgotną panią". Radziwiłł wytknął "poniżanie" kobiet. Później sukces w postaci zawieszenia Moniki Strzępki przypisało sobie Ordo Iuris. I tu, i tu jako argument przywoływana jest rzeźba waginy. Pani nie chodziło właśnie o wbicie kija w prawicowe mrowisko?

Ale ja o tym w ogóle nie myślałam! To naprawdę nie jest tak, że działam w odniesieniu do facetów z prawicy i obmyślam po nocach plany, jakimi to profanacjami tym razem uprzykrzę im życie. Nie. Wejście do Teatru Dramatycznego to też było wielkie święto dla mnie, moment jakiegoś pięknego przełamania. Nowego, dobrego początku.

Wcześniej przez rok pracowałam nad koncepcją programową, później przez kolejne miesiące przygotowywałam się do objęcia stanowiska – to była długa, ciężka, pozbawiona wynagrodzenia praca. Zbyt wymagająca i obciążająca, żebym mogła w tym czasie reżyserować, musiałam zrezygnować z umówionych przedstawień. Na poziomie egzystencjalnym było to poniżające, ale wiedziałam, że muszę to po prostu przetrwać. I to mi się udało. Znalazłam w sobie na to siłę.

To też, w trochę szerszym ujęciu, uruchomiło we mnie proces poznawania siebie samej. Dzięki temu zaczynam na przykład rozumieć, że jako kobieta mam prawo do potrzeb. Dotychczas to było tłumione. 

Przez kogo?

Choćby przeze mnie samą. Jak pojawiała się we mnie jakaś potrzeba, natychmiast była kontrowana poczuciem winy - że na przykład ta zaspokojenie tej potrzeby zabierze czas, który powinnam spędzić z dzieckiem. Albo zająć się czymś, wie pan, konstruktywnym. Albo komuś pomóc. Kobiety w naszej kulturze są tak bardzo nieszanowane, że same nie znają swoich potrzeb.

Czyli wprowadzenie rzeźby Iwony Demko do foyer teatru było właśnie taką potrzebą?

Tak. Więcej - czułam, że istnieje potrzeba społeczna, aby dokonać rytuału przejścia. Myśmy potrzebowały się spotkać i celebrować święto, jakim było objęcie przez grupę kobiet największej instytucji kultury w Warszawie. Coś takiego wydarzyło się po raz pierwszy. Tu nie ma precedensu. To jest piękny krok w nowym kierunku.

Po wygraniu konkursu otrzymałyśmy ogromne wsparcie środowiskowe, od bardzo różnych osób. Chciałam zaprosić tych ludzi i z nimi świętować. Straszna zbrodnia, rzeczywiście.

Lub "radykalny feminizm".

Może dajmy sobie spokój z panem wojewodą, naprawdę szkoda na to energii. On mnie już nie interesuje.

Problem w tym, że on się interesuje panią.

W tym piśmie faktycznie pada określenie "radykalny feminizm", ale to jest obliczone tylko na zohydzenie nas, na wytworzenie kolejnych podziałów i wieczne wynajdywanie nowych wrogów. Na rozgrywanie nas wszystkich przez konflikt. Figura "radykalnej" feministki świetnie się do tego nadaje. Tylko że jedyne, co w tym wszystkim jest naprawdę radykalne, to ich przywiązanie do stołków i do hierarchicznych kultur patriarchatu.

Pani tę hierarchię z teatru tak po prostu wytnie?

Chcemy działać płasko, mówiłam już. Po prostu będziemy współpracować, a nie konkurować. Chcemy uspołecznić instytucję, tak, aby była otwarta na głosy wszystkich, działać "wkluczająco", a nie wykluczająco.

Jeszcze odniosę się do zarzutów, że my to te straszne radykalne feministki i wiedźmy. Zaraz zaczynamy próby do "Piotrusia Pana" Anny Ilczuk, spektakl jest adresowany głównie do chłopców. Z kolei Michał Buszewicz już rozpoczyna próby do przedstawienia z męską obsadą, opowiadającego o męskich łzach. Roboczy tytuł to "Chłopaki płaczą". Pokazywanie męskich i kobiecych perspektyw to jest ten radykalizm?

Oczywiście dzisiaj mówienie tylko o dwóch płciach jest przestarzałe. Domyślne ustawienia systemu mówią, że istnieje kobieta i mężczyzna i tyle. Istnieje formatka, w której podobno musimy się zmieścić, ale przecież to nie oznacza, że tacy jesteśmy. Wspominałam o swoim indywidualnym procesie docierania do siebie - on polega też na tym, że badam swoją tożsamość. I dzisiaj w zasadzie nie wiem, czy jestem taka w pełni cis (cispłciowość - zgodność pomiędzy płcią przypisaną przy narodzinach a tożsamością płciową - przyp. red.), bo nigdy mi nie pozwolono nad tym się zastanowić. Nasza kultura stworzyła ramy, w których nie ma miejsca na takie rozważania.

Pani te ramy chce zmienić, a prawica krzyczy: pornografia. To kolejny zarzut.

Sprowadzanie symbolu kobiecości do sfery porno to próba definiowania kobiety poprzez męskie pragnienia i ja się na to absolutnie nie zgadzam. To jest instalacja afirmatywna, traktująca o życiu, ale też, oczywiście, o seksualności, choć innej niż ta, którą sobie wyobrażają mężczyźni. To panom się wydaje, że przyjemność seksualna kobiet definiuje się przez mężczyznę. Rzeźba Iwony Demko jest też symbolem krwi - świętej, dającej życie krwi menstruacyjnej, ale też pochodzącej z gwałtów, porodu, aborcji, przemocy domowej. O tym też mówi instalacja - że życie kobiet jest pełne łez.

W Radiu ZET waginę skrytykowała jedna ze słuchaczek, mówiąc, że takie rzeczy niech sobie będą w prywatnych teatrach, a nie za publiczne pieniądze. Pani odrzuca taką krytykę?

Nie, ja to rozumiem. Podstawowa kwestia jest taka, że ja nie reprezentuję kobiet, które nie chcą, abym je reprezentowała. To proste. Pracuję nad tym, aby myśleć ciepło też o ludziach, którzy mają takie poglądy. Natomiast żyjemy w państwie, gdzie mamy jedną, naprawdę JEDNĄ, instytucję kultury, w której foyer stoi symbol kobiecości i życia. Podczas gdy symbole śmierci mamy w każdym kościele. Oferta teatralna, choćby w samej Warszawie, jest bardzo szeroka i widzka, której nie podoba się mój teatr i "Wilgotna pani", znajdzie wiele scen dla siebie. A już zupełnie na marginesie, rzeźba została Teatrowi przez Iwonę Demko podarowana. Czy właściwie wypożyczona, bo jej sens zawiera się również w ciągłej "podróży". W każdym razie, jeśli ma to kogoś uspokoić, to informuję, że to nie jest "za publiczne pieniądze".

Teatr Dramatyczny w WarszawieTeatr Dramatyczny w Warszawie Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

"Terapia dla wszystkich" to tytuł pani programu. Z nami jest aż tak źle?

Program pisałam po wybuchu pandemii, gdy cała planeta na moment się zatrzymała. Przynajmniej takie miałam wrażenie w pandemicznym okresie. To było przed wojną i dzisiaj na pierwszym miejscu w kolejce do terapii widzę oczywiście uchodźców z Ukrainy, głównie kobiety z dziećmi.

Wydaje mi się, że po tych wszystkich zmianach, które zaszły w ostatnich latach, staliśmy się innymi istotami. Z jednej strony to jest może teraz trudne do wychwycenia i nazwania, bo żyjemy w nawarstwiających się kryzysach - ekonomicznym, wojennym, postpandemicznym. Z drugiej, sądzę, że ta ogromna destabilizacja, utrata elementarnego poczucia bezpieczeństwa sprzyjają wymyślaniu nowego świata.

Teatr, miejsce, gdzie pracujemy na wyobraźni odbiorców, może taką utopię stwarzać lub przynajmniej próbować. Potrzeba zmian w społeczeństwie jest ogromna i mój kolektyw wychodzi tym oczekiwaniom naprzeciw.

Kto należy do kolektywu rządzącego teatrem?

Za sprawy artystyczne i programowe odpowiada Dorota Kowalkowska, od organizacji i finansów jest Monika Dziekan, Agata Adamiecka odpowiada za transformację instytucji., a Małgorzata Błasińska za sprawy produkcji. Z niektórymi dziewczynami znam się od wielu lat. Wszystkie mają duże doświadczenie w pracy w teatrze. Obecnie współpracuje z nami jeszcze Marusz Guglas, zajmuje się sprawami technicznymi. Nasz zespół został przyjęty bardzo życzliwie. Widać, że ludzie czekali na tę zmianę, że nie chcą już wymiotować ze stresu przed pracą.

Co takiego się działo za dyrektora Słobodzianka?

Nie chcę mówić o konkretach, bo nie zostałam do tego upoważniona przez załogę, a nie każda źle potraktowana osoba ma ochotę, by o tym opowiadano. Powiem tylko, że tutejsze warunki pracy były bardzo trudne, w niektórych przypadkach dewastujące dla zdrowia i relacji. Wszelkie przejawy kreatywności były traktowane podejrzliwie. W takich okolicznościach nie mogły tu powstawać wartościowe rzeczy.

I ta hierarchia?

Totalna.

W Polsce mamy wojnę kulturową?

Pewnie można użyć tego terminu, choć mnie żadna wojna nie interesuje. Wojewoda próbuje nam taką wojnę urządzić, ale nie chcę w to wchodzić. Zawodowo zajmuje się raczej wywracaniem stolików, więc nie zamierzam siadać przy tym, który dla mnie przygotowano. Nie będę marnowała energii na walkę, na jakieś reaktywne działania, bo potrzebuje jej na przeprowadzenie tych wszystkich zmian, o których mówiłam.

Natomiast sama oś sporu tutaj jest bardzo prosta - albo jesteś za przemocą, albo przeciwko. Albo za wolnością, albo przeciwko wolności. Na przykład wojewoda jest za przemocą i przeciwko wolności. A my jesteśmy za prawami kobiet, mniejszości i wolnością w teatrze. To jest proste 
Więcej o: