Konduktorka w szoku zmywała beretem krew z tramwaju. Tak tragicznego wypadku nie było w historii Polski

Wiktoria Beczek
Pół tysiąca osób jechało przeładowanym tramwajem linii 6, który w wyniku awarii hamulców wykoleił się i runął na bruk. Drugi epizod tragedii nastąpił w trakcie akcji ratunkowej, podczas której zerwała się lina dźwigu i jeden z wagonów spadł na rannych. Katastrofa na ulicy Wyszaka w Szczecinie do dziś pozostaje najtragiczniejszym wypadkiem tramwajowym w Polsce.

7 grudnia 1967 roku Krystyna Presseisen stawiła się w pracy przed świtem. Tego dnia miała kierować  tramwajem linii 6, składającym się z wagonu motorowego Konstal 4N i dwóch doczep - przedwojennych niemieckich "pulmanów". Krótko po 4:00 nad ranem powiedziała dyspozytorowi, że "tym wozem nie wyjedzie". Jej zdaniem skład nie był w pełni sprawny. Tej nocy miała też zły sen, który - jak mówiła po latach - siedział w niej, jakby wyczuwała nieszczęście. Dyspozytor tylko się zaśmiał, nie stwierdził żadnego uchybienia w tramwaju i o 4:37 Presseisen zaczęła swoją zmianę. Często obsługiwała trasę jadącą ulicą Wyszaka, bo mało kto chciał nią jeździć, więc przydzielano ją młodym.

Około 6:30 ruszała z drugim kursem. Przed placem Żołnierza spadł łańcuch łączący wagony. Motornicza zamocowała łańcuch, ale zanim odjechała, rozmawiała jeszcze z dyspozytorem, którego budka znajdowała się na placu. Nie chciała dalej jechać, bo tramwaj był przeciążony, a najtrudniejszy odcinek trasy - ze spadkiem i zakrętem - był dopiero przed nią. Ludzie jechali "na winogrona" - wisząc na stopniach w otwartych drzwiach wagonu. Pasażerowie stali nawet na zderzakach.

- Mówiłam ludziom, że mają się przesiąść w kolejny tramwaj, bo jej jest przeciążony. Ale ludzie zaczęli krzyczeć na mnie: "Co? Pani zwariowała, tyle motorniczych jedzie, pani jedna się znalazła!". No i pojechałam - relacjonowała Presseisen w serialu dokumentalnym TVP "Czarny serial: Szóstką do śmierci".

Kilka minut później tramwaj zaczął zjeżdżać w dół i nabierać prędkości. Jedna z poszkodowanych pamiętała zapach spalenizny. Motornicza hamowała, ale bezskutecznie, z nastawnika szły tylko iskry. Krzyczała, żeby z tyłu rzucali piasek pod koła, a sama zaczęła zakręcać hamulec ręczny - to samo robiły konduktorki w doczepach. Starania były bezowocne.

Pasażerowie w panice wyskakiwali na ulicę, a wagony na łuku zaczęły wypadać z szyn. Wagon motorowy uderzył w krawężnik, wybił się i przewrócił. Drugi przewrócił się na prawy bok i złamał na pół o latarnie. Ostatni wagon tylko się przechylił.

W "Czarnym serialu" poszkodowani opowiadali: "Poczułam tylko, jak uderzyłam głową w bruk, miałam zdartą skórę głowy i przytrzaśnięte nogi", "Zauważyłem mężczyznę, który leżał w futerku z obciętymi nogami", "Jechałem twarzą po bruku", "Ocknąłem się dopiero na trawniku, przypuszczam, że ktoś mnie wyniósł".

- Konduktorka zdjęła beret z głowy i zaczęła tym beretem wycierać bok tramwaju, który był makabrycznie zabłocony i zakrwawiony - mówił fotograf Włodzimierz Piątek, który szybko pojawił się na miejscu katastrofy. - To był szok! Obok leżą trupy, a ona wyciera tramwaj. Zastanawiałem się: "Po jaką cholerę to robi!?". To musiał być szok powypadkowy - mówił w rozmowie z TVN24. Piątek zapamiętał też wyrzucone z wagonów drewniane ławki, porozrzucane koła i skórzaną rękawiczkę, która okazała się urwaną dłonią.

Przechodnie i uczniowie pobliskiej Wyższej Szkoły Morskiej rzucili się na pomoc rannym, udzielali pierwszej pomocy, a taksówkarze wozili poszkodowanych do szpitali. Pogotowie tramwajowe, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji, wysłało na miejsce dźwig. Zbyt słaby. Gdy podnosił tramwaj, zerwała się lina. Wagon z kilkudziesięciu centymetrów spadł na leżących na bruku rannych.

Zginęło 15 osób, a około 150 zostało rannych.

Następnego dnia gazety wydrukowały tylko krótką depeszę Polskiej Agencji Prasowej. "Wczoraj w godzinach rannych miała miejsce w Szczecinie katastrofa tramwajowa. Tramwaj, jadący ulicą Wyszaka wyskoczył z szyn na zakręcie i pociągnął za sobą dwa przyczepne wozy, które zostały bardzo poważnie uszkodzone. W wyniku katastrofy zginęło 7 osób. Dalszych siedem osób zmarło po przewiezieniu do szpitala. Wszyscy ranni znajdują się pod troskliwą opieką lekarską. Na miejsce wypadku wyjechała komisja Ministerstwa Gospodarki Komunalnej pod przewodnictwem wicemin. Jerzego Majewskiego, która zbada przyczyny katastrofy" - podał m.in. "Głos Koszaliński". 

Informacja o katastrofie w prasieInformacja o katastrofie w prasie Koszalińska Biblioteka Publiczna / zbc.ksiaznica.szczecin.pl

Władze wyciągnęły wnioski z katastrofy

Władze podejrzewały, że wypadek mógł być sabotażem, dlatego wagony zamknięto w specjalnych kabinach i zaplombowano. Nie znaleziono jednak potwierdzenia tej teorii. Prokuratura i komisja z Ministerstwa Gospodarki Komunalnej ustaliły, że doszło do przepalenia się połączeń elektromagnetycznych między silnikami. Nie bez winy był też fakt, że tramwaj był drastycznie przeładowany oraz profil trasy. Uchwalone niedługo przed wypadkiem przepisy regulowały wprawdzie kwestie pochylenia torowiska na łuku, ale wytyczne nie dotyczyły już istniejących tras.

Po tragicznym wypadku trasa na ulicy Wyszaka została zamknięta, a samą ulicę zlikwidowano dekadę później. Zdecydowano też o zmianach na przyszłość - zabroniono tworzenia składów z trzech wagonów, wprowadzono dodatkowy układ hamulcowy i elektrycznie zamykane drzwi, by skończyła się jazda "na winogrona".

Krystyna Presseisen - jak sama mówiła - chciała wrócić do kierowania tramwajami, ale do pracy nie dopuścił jej psycholog. Po latach nadal budził ją koszmar o przewracającym się tramwaju.

Więcej o: