Czołg rozjechał siedmioro dzieci na defiladzie wojskowej. "Mój błękitny płaszcz był cały we krwi"

Władze PRL-u wykorzystały katastrofę kolejową pod Piotrkowem Trybunalskim, by odwrócić uwagę od wypadku, który wydarzył się na defiladzie wojskowej w Szczecinie. Podczas pochodu czołg wjechał w grupę widzów, zabijając siedmioro dzieci w wieku od 6 do 12 lat. Ich rodzice otrzymali od władz odszkodowanie, które de facto było zapłatą za ich milczenie.

9 października 1962 roku w Moszczenicy w województwie łódzkim, niedaleko Piotrkowa Trybunalskiego, doszło do katastrofy kolejowej. Po 21 z pociągu pospiesznego odczepiły się trzy ostanie wagony, które przetoczyły się na sąsiedni tor magistrali. Kolejarzom nie udało się zatrzymać wjeżdżającego w tym momencie na ten sam tor ekspresu z Warszawy do Budapesztu. Maszynista, z powodu gęstej mgły, zauważył wagony przed sobą w momencie, gdy na hamowanie było za późno. Z prędkością 105 kilometrów na godzinę pociąg wpadł na wagony. W katastrofie zginęły 34 osoby, a 67 pasażerów zostało rannych. Świadkowie nieoficjalnie mówili jednak o nawet 106 ofiarach. Wypadek został przez władze PRL celowo nagłośniony. W ten sposób chciano przykryć inną tragedię, która wydarzyła się tego samego dnia, ale w województwie zachodniopomorskim.

Zobacz wideo Jak wyglądało życie opozycjonisty w czasie stanu wojennego? Pytamy Zbigniewa Janasa

Katastrofa na defiladzie wojskowej w Szczecinie. Czołg przejechał małe dzieci

9 października 1962 roku w Szczecinie odbywała się Defilada Wojsk Układu Warszawskiego z udziałem amii NRD i ZSRR. Nie było to żadne święto państwowe, a jedynie zakończenie manewrów wojskowych pod kryptonimem "Gryf Pomorski/Odra" - władza ludowa często i bez okazji organizowała pokazy sprzętu wojskowego. Takie demonstrowanie siły nie było przypadkowe, ponieważ w latach 60., po zestrzeleniu nad ZSRR amerykańskiego samolotu zwiadowczego, relacje między Wschodem i Zachodem zaczęły się oziębiać. Ponadto w 1962 roku rozpoczął się tzw. kryzys rakietowy na Kubie, który niemal doprowadził do wybuchu III wojny światowej.

Ulice Szczecina, którymi miała przejechać defilada, udekorowane były flagami i propagandowymi hasłami, wychwalającymi "braterstwo" państw Układu Warszawskiego. Na czas defilady pracownicy dostali wolne, to samo dotyczyło uczniów - tak naprawdę po prostu mieli zapewnić odpowiednią frekwencję. Dzieci, za zwolnienie z zajęć, musiały na następny dzień napisać rozprawkę o przebiegu defilady. W jej trakcie miały natomiast rzucać kwiatami. Na trasie przejazdu ustawiły się tłumy mieszkańców. Nauczyciele przed szkołami ustawiali uczniów tak, by każdy mógł obejrzeć sprzęt wojskowy. W związku z tym na przodzie stały najmłodsze dzieci, a z tyłu najstarsze.

Jak podaje "Fakt", o godzinie 15 ówczesny minister obrony narodowej Marian Spychalski otworzył defiladę wojskową. Na głowami mieszkańców Szczecina przeleciały radzieckie helikoptery, następne były ciągniki artyleryjskie, transportery, wyrzutnie rakietowe, później znów na niebie pojawiły się bombowce Ił-80 czy MIG-i. Po przejeździe Rosjan pojawił się sprzęt wojskowy NRD, a na końcu dopiero wjechały polskie oddziały, które cieszyły się też największym zainteresowaniem. Flagowymi pojazdami były nowe czołgi T-54A. Widzowie chcieli zobaczyć nowy, polski sprzęt, więc tylnie rzędy zaczęły napierać na te przednie.

Trasa przejazdu, mimo prób milicjantów, zaczęła się coraz bardziej zwężać, a ludzie wychodzili na jezdnię przed jadące zbyt szybko pojazdy. Kierowca ostatniego czołgu miał już bardzo małe pole do manewru. Ponadto żołnierze ponaglali dowódców, który chcieli, by jednostki szybciej pojawiły się przed trybuną honorową. W pewnym momencie kierowca czołgu T-54A z 23. Pułku Czołgów Średnich ze Słubic (województwo lubuskie), jadąc z prędkością 30 kilometrów na godzinę (zamiast planowanych 20), stracił panowanie nad 34-tonową jednostką, skręcił na chodnik i rozjechał dzieci zgromadzone przed Szkołą Podstawową nr 1 w Szczecinie. 

Przeczytaj więcej aktualnych informacji na stronie głównej Gazeta.pl.

Progresja wiekowa Małgosi i Kuby BogdańskichZostawili wszystko i zniknęli. Gdzie jest rodzina Bogdańskich?

Na miejscu wybuchła panika, tłum chciał zlinczować żołnierzy. Zamknęli się więc w czołgu

Na miejscu wybuchła panika - część osób zaczęła uciekać, inne rzuciły się na pomoc poszkodowanym. Niektóre osoby, w wyniku zamieszania, zostały poturbowane. Zabici i ranni zostali zapakowani razem w terenowe pojazdy wojskowe, tak zwane gaziki, i przetransportowane do szpitala na osiedlu Pomorzany. Tłum chciał zlinczować żołnierzy czołgu, jednak ci zamknęli się wewnątrz pojazdu. Wcześniej jednak, według świadków, kierowca-mechanik wyszedł z czołgu i klęczał na ulicy płacząc. Dopiero oddział Wojskowej Służby Wewnętrznej zapanował na tłumem.

Rodzice koczowali w szpitalach, jednak lekarze bali się rozmawiać z rodzicami i bliskimi rannych lub zabitych. W wyniku wypadku na miejscu zginęło siedmiu chłopców. Ranne zostały 43 osoby, z czego połowa z powodu czołgu, a reszta ucierpiała po stratowaniu przez spanikowany tłum. Nieoficjalnie mówiło się, że w szpitalu zmarło jeszcze troje kolejnych dzieci.

"Wzięłam go na ręce, płakałam, prosiłam lekarzy aby go ratowali. A oni przykryli go białym prześcieradłem"

Po latach o wypadku mówiły same ofiary. Helena Siarkowska, która miała wówczas 11 lat, stała z siedmioletnią siostrą Alą w pierwszym rzędzie na defiladzie. W rozmowie z dziennikarzami - Krystyną Pohl i Szymonem Kozicą - wyjawiła, że czołgi jechały z ogromną szybkością, a od huku i spalin zakręciło jej się w głowie. Zrobiła krok w tył, a gdy ponownie otworzyła oczy, leżała na ziemi. - Głowę miałam między krawężnikiem a gąsienicą czołgu. Pomyślałam, że zaraz mnie przejedzie. A on się cofnął i wtedy zobaczyłam kawałek nieba. Z głowy leciała mi krew, ręka była rozszarpana w łokciu i w ogóle jej nie czułam. Siostra próbowała wstać, ale nie mogła. Miała tak dziwnie poskręcane nogi i płakała, że nie może się podnieść - mówiła pani Helena.

Maria Pankowska (z domu Sikucińska) na defiladę poszła z sześcioletnim bratem Heniem. Starsza o rok dziewczynka stała dwa rzędy za bratem, który wyszedł do przodu, by lepiej widzieć. - Pamiętam straszny krzyk i widok leżących, pokrwawionych ciał. Wśród nich był mój braciszek. Wzięłam go na ręce i jakimś samochodem pojechaliśmy do szpitala na Pomorzanach. Tam płakałam, prosiłam lekarzy aby go ratowali. A oni przykryli go białym prześcieradłem. Wtedy wiedziałam już, że nie żyje. Nie pamiętam jak dotarłam do domu. Mój błękitny płaszcz był cały we krwi - opowiadała pani Maria.

Dziennikarze dotarli również do dowódcy, który jechał z kierowcą-mechanikiem w ostatnim czołgu. - Ludzie zaczęli krzyczeć: "Mordercy!". Zamknęliśmy się w czołgu. Nie wiem, jak długo czekaliśmy, ale chyba dziesięć minut później ktoś zapukał we właz. Przyjechała obstawa z WSW. Wychodzę z czołgu, patrzę: krew, włosy, strzępy ludzkich ciał... I pryzma pantofli, jak po jakimś pobojowisku - powiedział Bronisław Bieniarz. - Ruscy narzucili tempo, a nasz dowódca, pułkownik Wojnar, krzyczał: "Dołączyć! Dołączyć!". I staraliśmy się dostosować. Bo rozkaz to rozkaz. W poprzek przechodziły szyny tramwajowe. (...) Czołg lekkim skosem przejechał 150-200 metrów. I proszę nie pisać, że wjechał w tłum, bo jakby poszedł prosto, to dopiero byłby koszmar - mówił dalej, zawieszonym głosem.

Sąd (zdjęcie ilustracyjne)Proces "Krwawego Tulipana". Miał zabijać partnerki. "Krew na butach"

Władze PRL zareagowały błyskawicznie. Do rodzin, szpitali i zakładów pogrzebowych wysłano MO, SB i WZW

Władze szybko zareagowały, niestety w sposób typowy dla tamtych czasów. Cały sztab ludzi pracował nad tym, by zatuszować wypadek w Szczecinie. Funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej, Służby Bezpieczeństwa czy Wojskowej Służby Więziennej pojawili się w placówkach medycznych i zakładach pogrzebowych. Z księgi oddziałowej chirurgii dziecięcej szpitala klinicznego nr 1 w Szczecinie wyrwane zostały strony z informacjami o 30 pacjentach przyjętych między 7 i 13 październikiem 1962 roku, a w archiwach szpitala brakuje dokumentów z 1962 roku.

Przesłuchiwani byli także rodzice i opiekunowie, których władze chciały obarczyć winą, i którym wypłacono po 30 tysięcy złotych odszkodowania (średnia miesięczna pensja wynosiła wówczas 1680 złotych) - oficjalnie za "wypadek drogowy". Ponadto rodzice musieli podpisać specjalne oświadczenie, w którym zrzekli się dalszych roszczeń. Władze nie zgodziły się na zbiorowy pochówek, a służby pilnowały, by jednego dnia nie odbywał się więcej niż jeden pogrzeb zmarłych.

Zamknięte postępowanie wojskowe dowiodło jednak, że żołnierze nie przestrzegali maksymalnej prędkości. Ponadto wojskowi nie przejechali próbnie trasy defilady, więc nie byli rozeznani w tym, co dokładnie może czekać ich na drodze. Zabezpieczenie defilady również nie było prawidłowe. Mimo tego nikt nie został ukarany. Wojskowy prokurator badający sprawę uznał, że mechanik czołgu nie wjechał na chodnik, więc nie powinien ponosić odpowiedzialności karnej. Śledztwo zostało umorzone. Dokumentacja procesu została niemal całkowicie zniszczona w czasie stanu wojennego, około 1982 roku.

Przełom po latach. Dziennikarze ustalili dane zmarłych dzieci

Swoisty przełom w sprawie nastąpił po latach, gdy sprawą zainteresowali się dziennikarze - w 1993 roku wypadek opisał kwartalnik "Morze i Ziemia", w 1996 roku ukazał się dokument Iwony Bartólewskiej pt. "...I wjechał czołg", w którym wypowiadali się świadkowie i żyjące ofiary tragedii. Później śledztwo przeprowadził też Wojciech Tochman z "Gazety Wyborczej".

 

Ich działania pozwoliły ustalić imiona i nazwiska siedmiu ofiar, których dane znajdują się także na specjalnej tablicy na ścianie Szkoły nr 1 przy Alei Piastów:

  • Henryk Sikuciński, lat 6;
  • Ryszard Krawczyński, lat 7;
  • Bogumiła Florczak, lat 8;
  • Leszek Kolczyński, lat 9;
  • Ryszard Stachura, lat 9;
  • Marian Zdanowicz, lat 10;
  • Fryderyk Zawiślak, lat 12.

Lista ta może być jednak niekompletna. Świadkowie mówią o trzech dodatkowych ofiarach: 9-letnim Leszku Lipińskim i dwojgu dorosłych (mężczyźnie i starszej kobiecie), którzy zmarli w szpitalu. Kolejni mieszkańcy Szczecina powiedzieli, że w wypadku zginęła czwórka rodzeństwa. Matka dzieci popadła w depresję i miała zostać w tajemnicy wywieziona przez funkcjonariuszy SB, którzy dodatkowo przesłuchali jej sąsiadów i rodzinę.

Władze PRL-u próbowały zatuszować tragedię i zrobili to na tyle skutecznie, że informacja o tym zdarzeniu trafiła tylko do lokalnej prasy - a dokładniej o tragedii napisał jedynie "Głos Szczeciński". Ogólnopolskie media pisały natomiast tylko o katastrofie kolejowej pod Moszczenicą, lekarzach, którzy ratowali rannych, wizytach polityków w szpitalach czy dostawach leków, a nawet cytrusów dla osób, które dochodziły do siebie po wypadku. Po zaledwie trzech dniach komisja, która badała przyczyny wypadku, oświadczyła, że do katastrofy doszło w wyniku uszkodzenia szyny, która miała pęknąć w kilku miejscach na pięciometrowym odcinku.

Więcej o: