Koreańczycy obiecują wysłać broń szybko i na dobrych warunkach. Brzmi podejrzanie? I słusznie

Prawie co trzecia złotówka przeznaczona na zakupy broni dla polskiego wojska powędruje do firm z Korei Południowej. Choć jeszcze pół roku temu trudno było się tego spodziewać. Koreańczycy odnieśli w Polsce oszałamiający sukces, ze szkodą dla naszego przemysłu, który musiał oddać im część tortu.

Informacje na temat kolejnych kontraktów z Koreą Południową od pół roku sypią się jak z rękawa i mogą już powszednieć. Czołgi, armatohaubice, wyrzutnie rakiet, samoloty i niedługo najpewniej jeszcze bojowe wozy piechoty. W efekcie za około dekadę ciężki sprzęt z Korei Południowej będzie czymś powszechnym w Wojskach Lądowych. MON i żołnierze są zadowoleni, bo Koreańczycy obiecują spełnić nasze oczekiwania szybko, dobrze i na atrakcyjnych warunkach finansowych. Jeśli to wydaje się podejrzane, to słusznie. Nigdy nie jest tak dobrze, jak w reklamach przed podpisaniem umów.

Szybkie przejęcie wielkiego kawałka tortu

- Koreańczycy w ostatnim czasie wyraźnie się usztywnili, kiedy stało się już jasne, że mają swoje kontrakty w garści. Wojsku to jakoś specjalnie nie przeszkadza, bo dla niego liczy się teraz tylko to, żeby sprzęt był szybko i bez większych problemów. Transfer technologii, produkcja w Polsce, długoterminowe utrzymanie, to dla nich sprawa drugorzędna albo na obecnym etapie wręcz zbędne komplikacje - mówi Gazeta.pl anonimowo pracownik Polskiej Grupy Zbrojeniowej, która ma teraz za zadanie próbować uzgodnić z Koreańczykami szczegóły deklarowanej publicznie przez wojsko i MON współpracy przemysłowej.

Choć oficjalnie prezes PGZ, Sebastian Chwałek, w wywiadach jest pełen entuzjazmu dla kooperacji z Koreą Południową, to realnie nastroje w firmie są gorsze. Nie da się ukryć, że Koreańczycy zagarnęli dla siebie część tortu, jakim są fundusze na modernizację Wojska Polskiego.

- Nie ulega wątpliwości, że Koreańczycy przejęli część zamówień, na których realizację mógł liczyć polski przemysł. Chodzi tu głównie o armatohaubice i bojowe wozy piechoty, jeśli dojdzie do udzielania tego zamówienia. W jakim stopniu, tego jeszcze nie sposób ocenić. Zależy to od tego, jak zostaną zrealizowane deklaracje o produkcji w Polsce - mówi Gazeta.pl Tomasz Dmitruk, dziennikarz miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa". - Wojskowi oficjalnie twierdzą, że nikt inny nie deklarował tak daleko idącej gotowości do współpracy przemysłowej jak Koreańczycy. Jak wyjdzie w praktyce, to się jeszcze okaże - dodaje.

Bazując na ogólnych informacjach podawanych przez MON i wojsko, Dmitruk przygotował zestawienie wszystkich większych umów zbrojeniowych już zawartych w latach 2012-22, albo takich, o których wiadomo, że mają zostać zawarte w latach najbliższych. Łącznie są warte około 700 miliardów złotych, więc mówimy o niemałych pieniądzach.

embed


Zakładając zerową polonizację koreańskiej broni, czyli pełne zamówienia realizowane przez firmy koreańskie, podział tego tortu wygląda tak: 33 procent do USA, 28 procent do Korei Południowej, 27 zostaje w Polsce, 12 procent trafia do firm europejskich. - Udział polskich firm w realizacji umów z Koreą Południową jest na razie pod znakiem zapytania i rozmowy w tym zakresie nadal trwają. Na potrzeby dokonanej analizy założyłem, że udział ten jest zerowy, ale mam nadzieję, że realnie będzie istotny. Wszystko zależy od tego, co zostanie wynegocjowane - tłumaczy Dmitruk.

Podstawowy problem z tymi negocjacjami jest taki, że MON i wojsko niezmiennie stosują swoją autorską szkołę negocjacji, pokazującą gdzie mają interesy polskiego przemysłu. - Najpierw podpisujemy na poziomie MON umowy ramowe i wykonawcze na dostawy, a dopiero potem zaczynamy szczegółowe negocjacje przemysłowe między innymi na temat polonizacji i transferu technologii, co stawia polskie firmy w gorszej pozycji negocjacyjnej - mówi Dmitruk.

Z tego wynika ciągłe narzekanie PGZ, które można usłyszeć nieoficjalnie. Państwowy przemysł zbrojeniowy, który teoretycznie powinien blisko współpracować z wojskiem i MON, czuję się jak piąte koło u wozu. Priorytety dobrze oddaje też wpis rzecznika prasowego Agencji Uzbrojenia, ppłk Krzysztofa Płatka. Skutecznie, terminowo i zgodnie z procedurami zapewniać sprzęt wojsku. O jego utrzymaniu i współpracy z krajowym przemysłem mowy nie ma. - A szkoda, bo jeszcze wiele lat temu, kiedy kształtowała się wizja Agencji Uzbrojenia, był pomysł, aby spinała świat wojska i przemysłu. Niestety nic z tego nie wyszło i obecnie agencja nie ma zbyt wielu narzędzi wspierających rozwój polskich firm zbrojeniowych - mówi Dmitruk.

Kwestia wyważenia priorytetów

Co do zasady wojskowym nie można się dziwić. Oni nie będą rozliczani ze stanu polskiego przemysłu czy kosztów utrzymania sił zbrojnych, ale z ich gotowości do obrony państwa. Potrzeba im masy broni i to na wczoraj. Zwłaszcza w obliczu promowanego przez polityków zwiększenia liczebności wojska i ogromnej skali pomocy dla Ukrainy. MON unika oficjalnie podawania konkretnych liczb, nie chcąc zdradzać, w jakim stopniu uszczupliliśmy nasz potencjał. Nie jest jednak tajemnicą, że na ukraińskich polach bitewnych jest prawie każdy model poradzieckiego sprzętu, który był na wyposażeniu naszego wojska. I to w znacznych ilościach. Nawet nie tylko poradziecki, ale też najnowszy w rodzaju armatohaubic Krab czy wyrzutni rakiet przeciwlotniczych Piorun.

Wojsko na pewno ma ogromne dziury w wyposażeniu, a sytuacja międzynarodowa jest, jaka jest. Rosja bardzo się wykrwawia, ale po wydarzeniach ostatniego roku chyba nie ma już nikogo, kto by zagwarantował, że w ciągu dekady to Polska nie stanie się frontem. Prawdopodobieństwo małe, ale wojsko powinno zawsze szykować się na najgorsze. Argumentacja o zakupach na wczoraj, bez oglądania się na polski przemysł, ma więc solidne fundamenty.

- Jeśli mówimy o dostawach w najbliższych 3-4 latach, to nasz przemysł nie byłby w stanie ich zapewnić tak szybko i w takich ilościach jak Koreańczycy - mówi Dmitruk. Dlatego trudno usłyszeć głosy krytyki decyzji o zakupach czołgów K2 czy armatohaubic K9, które mają być dostarczane w najbliższych latach. - Natomiast jeśli mówimy o dostawach planowanych po 2025 roku, to na przykład w przypadku południowokoreańskich armatohaubic K9PL planuje się zbudować w Polsce nową fabrykę tego sprzętu. Dlaczego w tym przypadku to nie może być dodatkowa linia produkcyjna polskich Krabów? - pyta dziennikarz "NTW".

Bezzałogowa wieża ZSSW-30, ważny element BWP Borsuk, też opracowana w PolscePolski BWP prawie gotowy, ale MON patrzy na koreański

Ponieważ wojskowi nie mają obowiązku o tym myśleć, nad długofalowym interesem polskiego przemysłu i gospodarki powinni czuwać politycy. Między innymi po to wymyślono koncepcję cywilnej kontroli nad wojskiem. Politycy robią jednak to, co robią, czyli z entuzjazmem ogłaszają kolejne zakupy w Korei Południowej, zapewniając jednocześnie, że polski przemysł i pracownicy nie stracą. Czy tak będzie, to się jeszcze okaże. - W przypadku sprzętu, którego w Polsce się nie produkuje, kluczowe będzie to, czy nastąpi realna polonizacja. Bo jeśli Koreańczycy postawią w Polsce swój zakład i będą tu produkować sprzęt, to nasz przemysł nie zyska nic. Plusem może być tylko zatrudnienie polskich pracowników i płacenie w Polsce podatków. Może dojść też do produkcji na podstawie licencji. Wówczas przemysłowo również niewiele zyskamy, bo będziemy po prostu montownią. Prawdziwym sukcesem będzie dopiero realny transfer technologii, wykorzystanie już istniejących polskich rozwiązań, produkcja w Polsce większości komponentów oraz uzyskania prawa do dalszego rozwoju i eksportu produkowanego sprzętu - opisuje Dmitruk. Można mieć obawy co do tego jak sprawy się potoczą, wobec opisanego już wcześniej podejścia MON i wojska do negocjacji przemysłowych. 

Nie ulega przy tym wątpliwości, że dla Koreańczyków Polska okazała się strzałem w dziesiątkę. W krótkim czasie staniemy się największym zagranicznym klientem ich zbrojeniówki i to jeszcze takim w ramach NATO, co dodaje prestiżu i jest potwierdzeniem jakości. Dlaczego akurat Korea? Brak konkretnej odpowiedzi. Najpewniej u podstawy legło dobre wrażenie, jakie Koreańczycy zrobili przy okazji sprzedania nam swoich podwozi do armatohaubic Krab i lata konsekwentnej pracy przedstawicieli koreańskich koncernów i rządu w Polsce. Do tego obietnice szybkich dostaw, cen niższych niż w USA i Europie i współpracy przemysłowej. Przy jednoczesnym oferowaniu sprzętu, który nie odstaje od światowej czołówki. I mamy efekt, czyli w mniej niż rok z marginalnego dostawcy do drugiego największego, który pomimo późnego wejścia do wyścigu, ma szansę zdobyć niemal co trzecią złotówkę wydaną przez Polskę na zbrojenia na przestrzeni ponad dekady.

 - Wybór Korei Południowej na dostawcę sprzętu wojskowego dla Sił Zbrojnych RP może przynieść wiele korzyści. Pozostaje jednak pytanie, czy będziemy umieć wykorzystać te zakupy nie tylko do szybkiego wzmocnienia zdolności wojska, ale również do zwiększenia potencjału polskiego przemysłu obronnego. W skrajnym przypadku, jeśli negocjacje części przemysłowej zakończą się fiaskiem, efekt może być nawet odwrotny - mówi Dmitruk. Dużym znakiem zapytania jest też kwestia utrzymania koreańskiego sprzętu w przyszłości, w całym cyklu jego eksploatacji, co oznacza w praktyce 40-50 lat i około dwie trzecie ogólnych wydatków na dane uzbrojenie. - Nie mam pewności, czy jest to dla MON priorytetem. Bardziej liczą się jak najszybsze dostawy. Jeśli usług wsparcia technicznego i remontów nie będą zapewniać polskie firmy, tylko koreańskie, ich koszty mogą szybko okazać się bardzo wysokie - przestrzega specjalista.

Zobacz wideo
Więcej o: