"Idź i wypie***laj", "pokaż cycki". Mówił, że może zniszczyć każdego. Co się działo w klubach poznańskiego restauratora

Maja usłyszała, że mogłaby przynajmniej "wyglądać", to może znalazłaby sobie "jakąś dupę". Aneta powiedziała koniec, kiedy Wilczyński rzucił w nią talerzem z jedzeniem. Wcześniej poradził: "Jakbyś pokazała cycki, to miałabyś większe napiwki". Horror i terror, poniżanie i agresja - tak pracę w lokalach należących do poznańskiego restauratora Jakuba Wilczyńskiego wspominają byli pracownicy.

Na początku września pracownicy lokali należących do HAH Global sp. z o.o. i Factory Idea sp. z o.o. zaczęli w mediach społecznościowych stopniowo ujawniać nieprawidłowości, a także ataki, których mieli doświadczać ze strony ich właściciela - Jakuba Wilczyńskiego. Porozmawialiśmy z kilkudziesięcioma osobami, które w ostatnich latach pracowały w tych restauracjach i miały kontakt z Wilczyńskim. Imiona bohaterów zostały zmienione.

Wilczyński do pracowników: Ociotowaliście to miejsce, syfiarze pie**oleni

Na początku pracy nad tekstem dostajemy od jednej z pokrzywdzonych osób nagranie. "To na początek, żebyś wiedziała, o kim piszesz". W udostępnionym pliku słychać, jak Jakub Wilczyński zwraca się do swoich pracowników:

- Tak prowadziliście syfiarze pie****eni Food Market i tak ociotowaliście to miejsce (...) Nie ma dla mnie logicznego wytłumaczenia, by nagle w lokalu w maseczkach tęczowych się pojawiać. To miejsce dla wszystkich, a nie k**a dla wybrańców. Nie rozumiem tęczowych flag, które porozwieszaliście mi w Food Markecie, w tym momencie nie mam klientów. To właśnie dzięki wam, dzięki syfiarstwu (...) Cała reszta ma się mieć na baczności i to jest ostrzeżenie ode mnie".

Zobacz wideo Jakub Wilczyński rozmawia z pracownikami

Wilczyński to właściciel kilkunastu lokali, m.in.: Małe i Duże Lokum Stonewall, Mamma Wilda, Plaża Wilda, były Food Market (zastąpiony obecnie przez należący również do Wilczyńskiego Unicorner), Pierożek i Kompocik, Havana, Hallo Cafe i przede wszystkim kilka dużych klubów HAH – w Poznaniu, Wrocławiu, Warszawie, Sopocie i Katowicach.

Przedsiębiorca udzielał w tym roku wywiadu dla czasopisma "Replika", jedynego magazynu LGBTQiA w Polsce. Przekonywał, że chciał stworzyć miejsca, w których pracę znajdą aktywiści, a także wszystkie osoby, które znalazły się w trudnej sytuacji życiowo-zawodowej ze względu na orientację seksualną czy tożsamość płciową.

"Mam w sobie coś, co... no nie wiem... mówi mi, że trzeba być dobrym, że trzeba ludziom pomagać i walczyć o swoje. Nie wiem skąd to się we mnie wzięło" - mówił. I dalej: "Po pierwsze chcę, żeby w Polsce było sześć HaH-ów, tyle, ile kolorów tęczy, a każdy z nich będzie odpowiadał za jeden kolor, czyli jedną z grup mniejszościowych LGBT+. Jak? Przy każdym z HaH-ów powstanie stowarzyszenie, którego celem statutowym będzie opieka nad takimi osobami" - opowiadał.

Takie deklaracje sprawiały, że osoby nieheteronormatywne szukały u Wilczyńskiego pracy. Krzysiek wybrał HAH w Katowicach jako jedno z miejsc przyjaznych społeczności LGBT ze względu na zapowiedzi o braku dyskryminacji.

- Prawda jest taka, że jest bardzo wąska grupa osób, które Wilczyński akceptuje. Jest on najmniej tolerancyjną osobą, jaką można w tym miejscu spotkać - mówi nam Krzysiek.

Często zasłania się obroną mniejszości i stawia się w roli pokrzywdzonego. To się pojawia w każdym oświadczeniu. Jednak Wilczyński swoim zachowaniem i podejściem oszukał, czy wręcz skrzywdził bardzo wiele osób

- dodaje.

Osobą, która zaufała jego deklaracjom, była też Maja. Dla niej był to pierwszy pracodawca zaraz po coming oucie.

Liczyłam na to, że spotkam się tam ze zrozumieniem. Wierzyłam, że najtrudniejsze już za mną, a teraz będzie łatwiej. Bardzo się pomyliłam. Wcześniej byłam dyskryminowana, ale to, co pokazał Wilczyński, to osobny wymiar

- mówi.

Maja usłyszała od szefa, że mogłaby przynajmniej "jakoś wyglądać", to może znalazłaby sobie "jakąś dupę". Zaznacza, że była przez niego poniżana wielokrotnie. Sugerował, że brakuje jej seksu, bo zbyt mało się uśmiecha. "A jak ci się nie podoba, to idź i wypie***laj" - miał mówić Wilczyński.

- Sprawiał, że czuliśmy się jak szmaty. Robił to celowo. Po trzech miesiącach odeszłam z pracy i poszłam prosto na terapię. Do dziś przepracowuję ten czas - dodaje.

"Z równowagi potrafiło go wyprowadzić dosłownie wszystko"

Z relacji pracowników wynika, że to, co charakteryzuje pracę u Wilczyńskiego, to przede wszystkim ciągła rotacja pracowników. Stawki były bardzo niskie, zazwyczaj poniżej najniższej krajowej. Osoby, które podejmowały pracę, były ciągle zwodzone w kwestiach umów, legalności zatrudnienia, wypłat i ubezpieczenia.

Pokrzywdzeni mówią, że od samego początku pracy dyspozycje były jasne i niezgodne z prawem. To, co płacone kartą, musi być zafiskalizowane całe, jeśli chodzi o gotówkę - tylko tyle, żeby "się skarbówka nie przyczepiła". Pracownicy mówią nam, że czasem praktykowano nawet "awarie" terminali na godzinę czy dwie, żeby podbijać utarg gotówkowy.

Krzysiek, gdy podejmował pracę, nie miał dużych wymagań, nie liczył na etat. Chciał jedynie podpisać umowę zlecenie. O tym, że ją miał, dowiedział się ze swojego rozliczenia podatkowego. Przez cały czas pracy w lokalu nie dostał niczego do podpisania. - Wypełnialiśmy jedynie kwestionariusze osobowe. Wszystko odbywało się za naszymi plecami - wspomina.

- Przy deklaracjach PIT okazywało się, że zgłoszone było tylko i wyłącznie to, co dostawaliśmy na konto, przez co część osób była np. stratna na zwrotach podatku, o wszelkich świadczeniach nie mówiąc. W księgowości panował jeden wielki chaos - w II. połowie 2021 i I. 2022 księgowi obsługujący nasz lokal zmieniali się co miesiąc, półtora. Wielokrotnie obiecywano premie, dodatki - nigdy nic z tego nie weszło w życie - dodaje.

Aneta zaczęła pracę w jednym z poznańskich lokali, w których Wilczyński przebywał najczęściej. Mówi, że gdy tylko szef przekraczał próg drzwi, wszyscy stawali na rzęsach, a dookoła unosiła się atmosfera ciągłej paniki. Nie bez powodu. Z równowagi potrafiło go wyprowadzić dosłownie wszystko. Od złego koloru serwetek na stołach, po zbyt małe utargi.

W pewnym momencie Aneta została przeniesiona na stanowisko "zarządzające". Jak mówi, "dopiero wtedy się zaczęło". Ciągle pretensje, wyrzuty, krzyki, groźby zwolnienia z pracy, tylko jakiego zwolnienienia - pyta Aneta, skoro umowa nie istniała, o czym tak, jak Krzysiek, dowiedziała się przy rozliczaniu PITu.

- Na towar trzeba było sobie samemu uzbierać lub wykładać z własnej kieszeni. Do tego dochodziły wizyty w biurze u księgowych z żądaniem pieniędzy. Czara goryczy się przelała, gdy przy wymyślaniu nowego pomysłu i nowego menu Wilczyński rzucił we mnie talerzem z jedzeniem. Powiedziałam, że rezygnuję, koniec, nie dźwignę więcej psychicznie - podsumowuje Aneta.

Wtedy Jakub Wilczyński powiadomił ją, że ma zakaz wstępu do wszystkich lokali, a także zakaz wejścia do miejsca pracy, żeby zabrać swoje rzeczy, w tym prywatnego laptopa, który służył Anecie za służbowy. Potrafił nawet postawić ochronę w drzwiach, kiedy próbowała odzyskać swoje rzeczy oraz zarobione pieniądze.

W najgorszych okresach na wypłaty sięgające 300-400 zł pracownicy czekali dwa miesiące. Pieniądze dostawali przelewem lub w gotówce z wypisanym kwitem. Byli też tacy, którzy wynagrodzenia za swoją pracę nie dostali do dziś. Jedną z takich osób jest Sylwia.

Jej chłopak był zatrudniony w jednej z restauracji, a ona pracowała jako początkująca fotografka. Umówiła się z Wilczyńskim, że wykona dla niego zdjęcia produktowe. Za usługę miała dostać 300 zł. Gdy zaczęła dopominać się o zapłatę, jej partner został usunięty z pracowniczej konwersacji. Oboje nie dostali do dziś pieniędzy za swoją pracę.

Zuzanna została poproszona o udekorowane części Plaży Wilda. - Po dwóch tygodniach dekoracje były już gotowe i na miejscu, a w planach mieliśmy również kolejne projekty. No i przyszła kolej płatności, które nie mogły dojść do skutku przez ponad miesiąc. Kuba umawiał się ze mną w biurze na konkretną godzinę, po czym nie zjawiał się bez słowa. Później dowiedziałam się, że nawet nie było go wtedy w Poznaniu... - wspomina.

Innym razem umówił Zuzannę na spotkanie z kobietą, która zajmowała się wypłacaniem pieniędzy. Spotkanie zostało zaplanowane na dzień i godzinę, o której ona nigdy tam nie pracowała.

- HAH ma ciągły problem z płynnością finansową. Naszą pośredniczką z szefostwem lokalu była managerka, ale mówiła, że sama ma podobne problemy. Najgorsze pozostaje jednak zachowanie samego Jakuba Wilczyńskiego, który traktował pracowników jak ludzi gorszego sortu - mówi nam Krzysiek.

Anastazja na wygrodzenie za swoją pracę czekała cztery miesiące. Jak dodaje, były to cztery miesiące wydzwaniania, pisania i domagania się o pieniądze, które jej się należą. - Zirytowana, sama chciałam coś z tym zrobić. Zbierałam dowody, relacje znajomych. Zdecydowałam, że jeśli do końca tygodnia wypłaty nie będzie, pójdę do sądu - zaznacza.

- Bałam się z nimi zadzierać, ale nie wiedziałam już co robić. I wtedy właśnie osobiście dodzwonił się do mnie Jakub Wilczyński, niezorientowany kim jestem i czy kiedykolwiek w ogóle u niego pracowałam. Na konto wpłynęło do mnie wynagrodzenie, ale o ironio, i wtedy nie obyło się bez zastraszania: "lepiej uważaj na to, co będziesz mówić, my mamy swoich dobrych prawników" - usłyszała.

"Zakopię cię w swoim ogrodzie", "Jesteś kur**","Uważaj, bo wiesz, kogo ja znam", "Wiesz, że k**a nic nie możesz, a ja mogę wszystko", "Jestem potężny i jak będę chciał, to mogę cię zniszczyć" - to tylko kilka z setek gróźb, o których słyszymy.

- Byłam tak przerażona, że krzyczałam, że się go boję - mówi nam Weronika.

"Furiat i psychopata". Ci, którzy pracują po prostu się boją

Na stronie gowork.pl, gdzie pracownicy wystawiają oceny swoim pracodawcom spółka H&H Entertainment Jakub Wilczyński ma ocenę 1/5.

"On po weekendzie i zabawą z kryształami na zwale wpada i poniża pracowników. Furiat i psychopata. Omijajcie tego pracodawcę z daleka" - czytamy na portalu.

"Szef Jakub Wilczyński gardzi pracownikami na każdym kroku, stosuje mobbing wobec pracowników, stosuje groźby i zastrasza, było kilka prób molestowania, oraz nie wypłaca wynagrodzenia" - pisze kolejny były pracownik.

"Czyli to prawda? Nikt tego jeszcze nie zgłosił?" - pyta w komentarzu osoba o nicku Danuta.

"Tak to prawda, ci, którzy pracują, po prostu się boją" - odpowiada autor cytowanego przez nas komentarza.

Z otrzymanych przez nas relacji wynika, że praktycznie wszyscy pracownicy bali się Wilczyńskiego. Niektórzy boją się go do dziś, jego wybuchów i wpływów, na które się powoływał.

- Nigdy nie widziałem, żeby był trzeźwy. Gdy wizytował lokal, zamawiał litry alkoholu, które wypijał ze swoimi wspólnikami. Później krzyczał, rozbijał butelki, rozlewał napoje. Zawsze kogoś zwalniał, robił roszady, degradował nas - mówi nam Krzysiek.

- Nie mieliśmy odwagi, by z nim dyskutować. Często się odgrażał, powoływał na wpływowe kontakty. Jeździł z dużym zapleczem ochrony - dodaje.

- Mówił, że zna bardzo dużo osób, które mają wysokie stanowiska w tym kraju. To była giełda nazwisk - zauważa Kasia.

Kasia z perspektywy czasu patrzy na Wilczyńskiego bez emocji. Mówi, że dojrzewała do tego prawie cztery lata. Dopiero teraz wyzbyła się ataków paniki, koszmarów i mogła zrezygnować z terapii.

Pod koniec pracy u Wilczyńskiego jej nerwica i lęki nasiliły się tak bardzo, że trafiła na pogotowie. - Miałam wrażenie, że umieram. Nie byłam w stanie oddychać, czułam, że walczę o powietrze - wspomina.

- Patrzę na tę sytuację na chłodno i widzę, że jemu zależało na tym, żebyśmy myśleli, że jest potężny, niezniszczalny i może wszystko - stwierdza.

Te słowa potwierdza nam Wiktoria.

Jego groźby wydawały nam się tak wiarygodne, że zaczęliśmy w nie wierzyć. Nikt nie wiedział, czy jeśli zdecydujemy się odejść z pracy, to Wilczyński nie przekreśli całej naszej dalszej ścieżki zawodowej lub czy czegoś nam nie zrobi. W Sopocie rzucał szkłem w jedną z pracownic

- mówi.

Z informacji, którymi dzielą się nasi rozmówcy, wynika, że każda jego wizyta w lokalu wiązała się ze zwolnieniami. Bywało tak, że przychodził i zwalniał kilka osób z marszu. Następnego dnia pytał, dlaczego nie przyszli do pracy.

- Mówił, że nic nie pamiętał - podkreśla Wiktoria.

- My się go baliśmy. Baliśmy się, bo wiedzieliśmy, że jest nieobliczalny - dodaje.

- Alkohol, kolesiostwo, agresja, mobbing. To są główne określenia, które można przypisać do pracodawcy, jakim jest Jakub Wilczyński. I ciągły, ciągły strach. O swoją posadę, pieniądze i bezpieczeństwo - mówi nam Aneta.

- Naoglądałam się spotkań mocno zakrapianych alkoholem. Często można go było widzieć nienaturalnie pobudzonego. Ciężko stwierdzić, co było gorsze - wspomina Aneta.

Wśród relacji pracowników, z którymi rozmawiamy, pojawia się jeszcze jeden bardzo poważny zarzut. Osoby te zaznaczają, że pod wpływem alkoholu lub będąc nadmiernie i nienaturalnie pobudzonym szef miał rzucać w ich stronę wulgarne teksty, a także naruszać ich strefę osobistą.

Aneta mówi, że Wilczyński znany był z mocno krzywdzących i mobbingujących tekstów oraz zachowania. "Jakbyś pokazała cycki, to miałabyś większe napiwki", "Pokaż cycki, na co czekasz".

Na prośbę osób pokrzywdzonych nie opisujemy dalszych, wrażliwych szczegółów.

***

Trudną współpracę z Jakubem Wilczyńskim potwierdzają też jego partnerzy biznesowi. Trzy jego poznańskie lokale działały w ramach współpracy z grupą Stonewall (organizacją działającą na rzecz praw osób LGBT).

W rozmowie z nami manager Arek Kluk tłumaczy, że Stonewall współpracowało z Wilczyńskim przez trzy lata. - To nie jest tak, że współpraca była cudowna. Mamy za sobą kilka gorących sytuacji, ale zawsze staraliśmy się je jakoś załagodzić, bo najważniejszy dla nas był cel i efekty naszej pracy, dzięki którym Poznań stał się super miejscem, z pierwszą "dzielnicą" przyjazną dla społeczności LGBT - mówi.

Arek Kluk podkreśla, że Jakub Wilczyński jest osobą impulsywną, a ta trudna współpraca wynika zarówno z jego charakteru, jak i z problemów osobowościowych, psychicznych, z którymi się mierzy.

Stonewall tolerowało to wszystko. Aż do 23 września 2022 roku.

Jest 3 w nocy. W trakcie trwania jednej z imprez do Dużego Lokum w Poznaniu wchodzi Jakub Wilczyński. To jeden z trzech lokali, które działają na podstawie umowy o współpracy z grupą Stonewall.

- Wilczyński staje przy drzwiach w towarzystwie ochrony i przygląda się trwającej imprezie. W pewnym momencie wpada do środka. Krzyczy, wydziera się, zwalnia pracowników. Rozbija butelki i rozlewa alkohol. Goście i pracownicy słyszą, że mają wypier*alać - mówi nam osoba obecna w lokalu.

Kijów nocąCNN: Szef CIA odbył tajną podróż do Ukrainy i spotkał się z Zełenskim

"Wchodząc do lokalu, byłem sam, bez żadnej ochrony, nie rzucałem niczym ani na nikogo nie podniosłem ręki, co jest mi bezpodstawnie przypisywane. Po prostu po wyłączeniu muzyki kazałem wszystkim w bezpardonowy sposób wypier*alać, gdyż nie po to pracuję, by non stop ktoś okradał moją firmę lub namawiał do mowy nienawiści. Poinformowałem obecnych tam pracowników, że mają przyjść po rozliczenie zaległych wypłat 24.09.2022 do biura o godzinie 14:00" - czytamy relacji Jakuba Wilczyńskiego zamieszczonej w mediach społecznościowych.

I dodaje:

"Osoby zatrudnione przez Grupę Stonewall, w ramach naszej umowy o współpracę, dopuściły się aktów wandalizmu, rzucania szkłem czy zrywania dekoracji w lokalach Hallo Cafe oraz Duże Lokum".

Podkreśla, że zgodnie z jego wiedzą pracownicy na zmianie odstąpili od wykonywania obowiązków, nie kasowali za wstęp, szatnię, pozwolili sobie na rozdawanie alkoholu za darmo czy picie też za darmo w czasie pracy.

Te relację prostują goście lokalu:

"Byliśmy do końca, płaciliśmy za wejście, płaciliśmy za alkohol, piwo kładliśmy na czystym stoliku. Nie zauważyliśmy tego, o czym Pan pisze. Impreza dla nas była taka jak zawsze, do czasu jej nagłego zakończenia".

"To my chyba w dwóch innych lokalach byliśmy, bo byłam do końca i nie widziałam ani rozlanego alkoholu, a za alkohol i wejście także normalnie zapłaciłam jak reszta ludzi".

Dzień później grupa Stonewall informuje, że ich lokale: Duże Lokum i Małe Lokum zostały przejęte przez partnera biznesowego - HAH Global Sp. z o.o. i Factory Idea Sp. z o.o, należącymi do Jakuba Wilczyńskiego.

"Nasi partnerzy w bardzo poważny sposób naruszyli warunki tej umowy. Na tyle poważny, że prowadzenie obu lokali nie jest już możliwe. W sposób przemocowy, bez konsultacji z nami, podjęto decyzję o zakończeniu trwającej w nocy imprezy oraz zwolnieniu zatrudnionych w klubie osób. Przekazano nam również informację, że do obu miejsc zostanie wprowadzony nowy zespół, skompletowany bez żadnej konsultacji z nami" - czytamy w oświadczeniu grupy.

- Podjęliśmy jednomyślnie decyzję w zarządzie, że to moment na rozwód - mówi nam manager lokalu Arek Kluk.

"Szambo bez dna, a pod tęczową etykietą odkrywamy wyzysk"

Partia Razem przygotowuje w tej sprawie interpelację poselską. Posłanka Marcelina Zawisza i poseł Maciej Konieczny zamierzają interweniować ws. pokrzywdzonych pracowników.

- To jest klasyczny przykład pozorowanej etyki, czyli tzw. pinkwashingu - kapitalista tworzy wokół swojej firmy otoczkę, która ma nas przekonać, że nie dopuściłby się żadnych nieetycznych działań. No bo jak to, przyjaciel osób LGBT+ od lat wspierający społeczność mógłby wyzyskiwać i oszukiwać? Niestety pod tą otoczką kryje się często szambo bez dna, a pod tęczową etykietą odkrywamy wyzysk, mobbing i inne formy przemocy - mówi w rozmowie z nami Grzegorz Janoszka, aktywista, działacz z partii Razem, który w swoich kanałach społecznościowych nagłaśnia nieprawidłowości i łamanie praw w branży gastronomicznej. - Tego typu fałszywi sojusznicy bardzo szkodzą społeczności. Ich działania to woda na młyn skrajnej prawicy, która wykorzysta tego typu przypadki do swojej propagandy, w której będzie utożsamiać osoby LGBT+ właśnie z brakiem etyki, czy nawet przemocą. Moim zdaniem społeczność powinna się od tego typu osób jednoznacznie i radykalnie odcinać - tłumaczy.

Skontaktowaliśmy się z Państwową Inspekcją Pracy z pytaniem o wyniki kontroli przeprowadzanej w lokalach spółek Jakuba Wilczyńskiego. Po otrzymanej odpowiedzi tekst zostanie zaktualizowany.

Niestety nie udało nam się porozmawiać z Wilczyńskim osobiście. Na zadane mailem pytania odpowiada Elżbieta Sobańska, która reprezentuje przedsiębiorcę w kontaktach z mediami.

"Praca w gastronomii jest bardzo wymagająca i nie należy do najłatwiejszych"

"Nie potwierdzam informacji, aby nasza firma zalegała z wymagalnymi wypłatami dla pracowników zatrudnionych w naszych spółkach" - pisze Sobańska. Dodaje również, że pracownicy są zatrudnieni na podstawie umów.

Pytamy, czy Jakub Wilczyński rzucał szkłem i talerzami z jedzeniem w obsługę.

Praca w gastronomii co do zasady jest bardzo wymagająca i nie należy do najłatwiejszych. Może się zdarzyć nasilenie emocji lub stres, zwłaszcza przy pracy na kuchni i ciągłym kontakcie z ludźmi (...) Brak szacunku dla pracy to też brak szacunku dla klienta, a jak  znana restauratorka Magda Gessler, która w swoim programie telewizyjnym od wielu lat rzuca talerzami i mówi pracownikom wprost, że źle pracują, (...) media uznają ją za charyzmatyczną specjalistkę tej branży

- pisze Sobańska.

W pytaniach do Jakuba Wilczyńskiego próbowaliśmy się także dowiedzieć, czy odwiedzał lokal pod wpływem alkoholu lub środków odurzających. Pytamy również o przemoc słowną wobec pracowników, dyskryminację ze względu na orientację seksualną i o kierowane w ich stronę groźby.

Na żadne z tych pytań nie dostajemy konkretnej odpowiedzi: "Jeśli pyta Pani o pojęcie przemocy słownej, to wkraczamy w zagadnienie, które opiera się na odczuciach i emocjach, więc w tej sytuacji nie mogę się do tego odnieść bez podania przez Panią przykładów konkretnych zdarzeń w przesłanych pytaniach".

W tych pytaniach, gdzie precyzujemy konkretne zdarzenia, słyszymy za każdym razem ten sam argument: "Jak już mówiłam, nie jestem w stanie stwierdzić, czy taka sytuacja w ogóle zaistniała. Wobec tego nie przypominam sobie żadnej takiej historii".

Elżbieta Sobańska nie potwierdza również przekraczania strefy osobistej pracowników przez Jakuba Wilczyńskiego. Zaznacza, że takie sygnały nie dotarły do centrali firmy ani do odpowiednich instytucji.

Do zarzutów, które były mu stawiane w mediach społecznościowych, Jakub Wilczyński odniósł się w swoim oświadczeniu.

Mimo że Elżbieta Sobańska zapewniała nas, że spółka wypłaca pensje swoim pracownikom, sam Wilczyński ma na ten temat inne zdanie, o czym pisze:

"Gdyby nie moja wizyta, która była podyktowana chęcią wypłacenia zaległej pensji pracownikom, nie dowiedziałbym się, co zaszło tej nocy w naszych lokalach" - pisze Wilczyński.

Jan Paweł IIGutowski: Najbliżsi współpracownicy Jana Pawła II milczą jak zaklęci

Jedna z poszkodowanych osób dostała wcześniej odpowiedź: "przecież napisałem, że nie dałem wypłaty na czas, więc o co chodzi".

"Wiem, że nie jestem dobrze odbieranym człowiekiem. Jestem cholerykiem i furiatem, ale jestem sobą. Zawsze robię i mówię to, co myślę, prosto z mostu. Czasami może to kogoś zranić, ale nie bawię się politykę czy knowanie za plecami. Jeśli widzę, że ktoś działa na szkodę mojej firmy, moich ludzi lub przyjaciół, zawsze stanę w ich obronie nawet swoim kosztem" - podsumowuje.

Wszystkie osoby, które doświadczyły przemocy lub krzywdzącego zachowania ze strony Jakuba Wilczyńskiego i chciałyby opisać swoją historię proszę o kontakt: joanna.zajchowska@agora.pl.

Więcej o: