Oferowali maturzystom dostęp do przecieków, CKE zawiadomiła prokuraturę. Co dalej ze śledztwami?

Do tej pory nikt nie poniósł konsekwencji w związku z publikowanymi w tym roku w sieci przeciekami z egzaminów maturalnych - wynika z informacji przekazanych portalowi Gazeta.pl przez Prokuraturę Rejonową Warszawa-Śródmieście. W większości przypadków śledczy umarzali śledztwa lub odmawiali ich wszczęcia.

Co roku do mediów trafiają sygnały o tym, że w mediach społecznościowych przed lub w trakcie egzaminów maturalnych pojawiają się przecieki. W maju informowaliśmy o zawiadomieniach, które w związku z możliwymi przestępstwami kierowała do prokuratury Centralna Komisja Egzaminacyjna.

Jak ustaliliśmy, Centralna Komisja Egzaminacyjna złożyła w maju do Prokuratury Rejonowej Warszawa-Śródmieście w Warszawie zawiadomienia w siedmiu sprawach. Według stanu na koniec września, dwa postępowania wciąż były w toku.

Więcej treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl >>>

W przypadku pozostałych pięciu doszło do umorzeń i odmowy wszczęcia śledztwa. Przyjrzyjmy się im bliżej.

Zawiadomienie z 10 maja dotyczyło dostępu do nieujawnionych arkuszy maturalnych z chemii, biologii, matematyki i języka polskiego na poziomie rozszerzonym. Sprawa miała związek z ogłoszeniami, które zaczęły pojawiać się w mediach społecznościowych dzień wcześniej. Kilku użytkowników oferowało maturzystom dostęp do arkuszy za opłatą.

Prokuratura uznała, że nie ma podstaw do wszczęcia dochodzenia, bo "brak jest jakichkolwiek danych wskazujących na prawdziwość tych ofert". Tym bardziej że według dyrektora CKE Marcina Smolika żadna ze szkół nie zgłaszała, by arkusze, które trafiły do maturzystów, były wcześniej otwarte.

Zobacz wideo "Putin postawił wszystko na jedną kartę. Dał ostatnią szansę generałom"

Przecieki z matur. Prokuratura umarza lub odmawia wszczęcia

Kolejna odmowa prokuratury dotyczyła sytuacji, która miała miejsce w jednej ze szkół podczas egzaminu z biologii. Do CKE wpłynął sygnał, że uczniowie mieli ze sobą telefony i kontaktowali się między sobą za pośrednictwem jednego z portali. CKE w zawiadomieniu wskazywała na winę nauczyciela (nieokreślonego), który miał nie dopełnić swoich obowiązków i nie przypilnować maturzystów.

Prokuratura uznała jednak, że nauczyciel w sensie ustawowym nie jest funkcjonariuszem publicznym, więc nie może odpowiadać za przestępstwo niedopełnienia obowiązków. Poza tym zaznaczyła także, że przepisy nie pozwalają nauczycielom na przeszukiwanie uczniów pod kątem tego, czy mają ze sobą telefony komórkowe.

Zdjęcie ilustracyjne.Możliwy przeciek na maturze. CKE złożyła zawiadomienie do prokuratury

Śledczy nie chcieli także wszcząć dwóch innych śledztw w sprawie egzaminu maturalnego z historii i fizyki. Jak przekazał w zawiadomieniach dyrektor CKE Marcin Smolik, członkowie grupy założonej na jednym z portali zamieszczali zdjęcia arkuszy oraz rozwiązania.

I w tym wypadku prokuratura uznała, że nauczyciel (w zawiadomieniu nie został wskazany konkretnie) nie może ponieść odpowiedzialności karnej za nieprzypilnowanie maturzystów.

Maturzyści (zdjęcie ilustracyjne)Dyrektor CKE: Tym, którzy widzieli arkusz, z przyjemnością unieważnię egzamin

"Natomiast bez wątpienia osoby wnoszące do sali egzaminacyjnej urządzenia telekomunikacyjne (a z przesłanych danych wynika, że pewni uczniowie się tego dopuścili), ponoszą odpowiedzialność na zasadach przewidzianych zapisami ustawy o systemie oświaty, ale wykraczają one poza domenę prawa karnego" - stwierdziła prokuratura.

Śledczy pytają Twittera

W przypadku jednej ze spraw policja wydała postanowienie o umorzeniu śledztwa (zatwierdzone przez prokuraturę). Chodziło o kwestię upublicznienia pytań podczas egzaminu maturalnego z geografii na jednym z profili na Twitterze.

Śledczy wystąpili do Twittera z prośbą o informacje umożliwiające identyfikację użytkownika. Otrzymano odpowiedź z Irlandii, że takiego użytkownika w zasobach Twittera nie ma. Śledztwo zatem umorzono, bo nie wykryto sprawcy.

Dlaczego według Twittera taki użytkownik nie istniał? Wszystko wskazuje na to, że polscy śledczy przekazali Twitterowi nie tylko samą nazwę konta, ale także doklejony do niej nick (który został później zmieniony przez właściciela, niewykluczone, że kilkukrotnie). Firma zgodnie z prawdą przyznała więc, że takie konto nie istnieje.

Najprawdopodobniej gdyby śledczy dołączyli do zapytania samą nazwę konta, która jest niezmienna, Twitter mógłby zidentyfikować użytkownika. Tymczasem konto, o które śledczym najwyraźniej chodziło, wciąż jest aktywne.

***

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina >>>

Więcej o: