M1 i K2. Bardzo podobne, ale bierzemy oba za dziesiątki miliardów złotych, stając się kolekcjonerami czołgów. Jest w tym pomysł

Kaliber działa ten sam, choć lufa dłuższa. Silnik inny, ale moc podobna. Lżejszy, ale słabiej opancerzony. Generalnie koreański czołg K2 jest bardzo podobny do amerykańskich M1 Abrams. Po co MON kupuje więc oba w dużych ilościach za dziesiątki miliardów złotych? Bo parametry samych wozów mają tu drugorzędne znaczenie. Liczy się co innego.

Formalnie koreańskich czołgów jeszcze nie kupiliśmy. Na razie w środę minister Mariusz Błaszczak podpisał umowę ramową nakreślającą ogólną koncepcję nabycia K2 i wprowadzenia ich do służby w polskim wojsku. Teoretycznie w dekadę ma ich być około tysiąca. Ile będą kosztować, jeszcze nie wiadomo i trudno powiedzieć, ale na pewno dziesiątki miliardów złotych.

W tym roku Błaszczak podpisał też umowę na zakup 250 amerykańskich czołgów M1 Abrams w ich najnowszej wersji za ponad 20 miliardów złotych. Do tego MON zasygnalizował zamiar nabycia ponad setki używanych M1 w starszej wersji za jeszcze nieznaną kwotę. Łącznie oznacza to plan wprowadzenia do polskiego wojska prawie 1,5 tysiąca nowoczesnych lub wręcz jednych z najnowocześniejszych na świecie czołgów. I to w około dekadę.

Wspólne korzenie

Po pierwsze mogłoby się wydawać dziwne, że chcemy kupować dwa bardzo podobne czołgi równolegle. K2 i M1 są wręcz bliskimi krewnymi. Koreańska maszyna jest owocem prac rozpoczętych jeszcze w latach 70., kiedy rządząca Koreą Południową dyktatura wojskowa położyła nacisk na rozwój krajowego przemysłu, w tym zbrojeniowego. Do tego momentu Koreańczycy z południa byli uzależnieni od Amerykanów. Nakazano opracowanie własnego czołgu i stworzenie zdolności do jego samodzielnej produkcji.

Zacząć zupełnie od zera byłoby trudno, nawiązano więc współpracę z amerykańskim koncernem Chrysler Defence. Opracowywał on wówczas swoją propozycję w programie amerykańskiego czołgu nowej generacji. Początkowo nazywała się XM1. Jej owocem jest M1 Abrams. Chrysler Defence jest dzisiaj częścią General Dynamics Land Systems (GDLS), producenta tychże czołgów. Koreańczycy wzięli wiele rozwiązań z XM1 i zastosowali je w swoim przyszłym K1, który wszedł do produkcji w połowie lat 80. Koreańska maszyna była więc pod wieloma względami podobna do pierwszych wersji M1 Abrams. W latach 90. opracowano poprawioną wersję oznaczoną K1A1, podążając ścieżką wyznaczoną przez Amerykanów, którzy swoje czołgi jeszcze latach 80. rozwinęli do standardu M1A1.

Kolejnym krokiem Koreańczyków było opracowanie nowego i poważnie udoskonalonego czołgu. Bez stosowania importowanych podzespołów. Prace zaczęto jeszcze w połowie lat 90., bazując oczywiście na K1A1, wspomagając się tym razem też wiedzą niemieckich konstruktorów czołgów Leopard 2. Rozwój przyszłego K2 trwał długo, bo seryjną produkcję rozpoczęto tak naprawdę w 2014 roku i to jeszcze z niemieckim napędem, ponieważ koreańskie odpowiedniki zawodziły podczas testów. Dopiero od 2019 roku zaczęto produkować K2 z koreańskim silnikiem, ale nadal z niemiecką przekładnią. Obecnie problemy z nią mają być bliskie rozwiązania, ale zastosowanie jej w seryjnych wozach to nadal przyszłość.

Produkcja K2 dla koreańskiego wojska ma ograniczoną skalę. Dotychczas wyprodukowano nieco ponad 200 wozów i zamówionych jest łącznie 260. Średnia roczna produkcja to tylko około 20 maszyn. Seul raczej nie czuje presji na szybką produkcję nowych czołgów, wobec zatrzymania się sił pancernych Korei Północnej na poziomie skansenu z lat 60.

Zobacz wideo

Generalnie to samo, ale są różnice

Pomimo wspólnych korzeni i wielu podobieństw, K2 oraz najnowsze wersje M1 Abrams mają istotne różnice. Koreańczycy projektowali swoją maszynę, mając na uwadze specyficzne wymogi terenu Półwyspu Koreańskiego. Czyli trudnego dla ciężkich maszyn, bo górzystego i poprzecinanego licznymi rzekami oraz z kiepską infrastrukturą w Korei Północnej. Uczynili więc swój czołg lżejszym (o około 10 ton), co w połączeniu z podobną mocą napędu (1500 KM), czyni go bardziej dynamicznym. Do tego jest w stanie pokonywać rzeki po dnie, będąc całkowicie zanurzonym, czego M1 nie potrafi. Okupiono to jednak gorszym opancerzeniem, zwłaszcza boków maszyny. Koreańczycy uznają jednak, że w ich realiach to cena warta poniesienia, bo w górzystym terenie przeciwnik najczęściej będzie jednak z przodu, dalej w dolinie.

Istotną różnicą jest też zastosowanie w K2 automatu ładowania głównego działa kalibru 120 mm. Tak jak w czołgach radzieckich. W efekcie załoga jest trzyosobowa. W M1 automatu nie ma, działo ładuje ręcznie ładowniczy, czwarty członek załogi. Dyskusja o tym co jest lepsze, nie ma końca w środowisku eksperckim. Oba rozwiązania mają wady i zalety. Brak jednoznacznego zwycięzcy. Amerykanie mogą się natomiast pochwalić lepiej zabezpieczoną amunicją, która znajduje się w niszy w tyle wieży. W przypadku trafienia i zapłonu cała energia jest uwalniana przez specjalne włazy, chroniąc załogę oraz resztę pojazdu. K2 takiego rozwiązania nie ma, więc ewentualne trafienie w amunicję i jej zapłon jest śmiertelnie groźny dla załogi.

Generalnie to jednak maszyny tej samej generacji, na tym samym poziomie technologicznym i reprezentujące podobny potencjał bojowy. Choć M1 można uznać za lepiej opancerzone i bardziej wytrzymałe, ale jednocześnie droższe i trudniejsze w obsłudze oraz eksploatacji. K2 za ich nieco lżejszy, tańszy i łatwiejszy w użyciu odpowiednik.

Strzelanie amerykańskich systemów HIMARSKilka HIMARS-ów robi wrażenie na Rosjanach. My czekamy na 18

Parametry mają drugorzędne znaczenie

Specyfikacja techniczna obu maszyn miała jednak podrzędne znaczenie przy decyzjach podejmowanych przez MON. Kluczowe były czas, polityka i przemysł. Po pierwsze czas. W MON i wojsku panuje obecnie przekonanie o konieczności zakupów uzbrojenia na wczoraj. Spowodowała ją nowa rosyjska agresja na Ukrainę i przekazanie Ukraińcom kilkuset naszych najstarszych czołgów. Czy nie należało potraktować zagrożenia ze wschodu poważniej już w 2014/15 roku, czy wykrwawiona Rosja rzeczywiście jest tak poważnym zagrożeniem? Można o tym dyskutować, ale fakt jest taki, że decydenci chcą czołgów na już. W rozmowie z Jarosławem Wolskim na kanale Youtube "Wolski o Wojnie", rzecznik prasowy Agencji Uzbrojenia ppłk Krzysztof Płatek oficjalnie stwierdził, że zamiarem MON jest uzupełnić ubytki w potencjale spowodowane wysłaniem starszych czołgów T-72 i PT-91 do Ukrainy już do końca 2023 roku.

Skoro więc chcemy zrównoważyć brak do pół tysiąca czołgów w przeciągu około roku i to nie jakimiś używanymi gratami, to sprawa robi się skomplikowana. Żadne państwo na świecie nie produkuje ich obecnie w odpowiedniej skali. Trzeba więcej niż jednego źródła. Pierwszym stali się Amerykanie, bo umowę na zakup 250 najnowocześniejszych M1A2 SEP v3 wynegocjowano jeszcze przed wojną, choć podpisano po jej wybuchu. Dostawy w latach 2025-26 (pominąwszy 28 czołgów, które Amerykanie użyczą nam już teraz na potrzeby rozpoczęcia szkolenia). Szybciej nie da rady, bo jedyna linia produkcyjna GDLS jest obłożona na wiele lat w przód przez najważniejszego klienta, czyli US Army. Dlatego już po wybuchu wojny wynegocjowano dodatkowo zakup 116 starszych M1 Abrams, prawdopodobnie M1A1SA używanych do niedawna przez Korpus Piechoty Morskiej USA. Polska ma zapłacić za ich konieczne remonty i transport. Dostawy mają się zacząć jeszcze w 2023 roku. Umowy jednak jeszcze nie podpisano.

Potrzeby są jednak większe. Kluczowi stają się więc Koreańczycy, którzy czynili podchody w polskim MON już od około dekady. Pierwszym sukcesem było sprzedanie nam w 2014 roku podwozi od swoich armatohaubic K9 do zastosowania w naszych Krabach. To był jednak tylko pierwszy krok. Głównym celem było sprzedanie nam K2. Koreańczycy konsekwentnie kusili głęboką współpracą przemysłową, stworzeniem polskiego wariantu czołgu oznaczonego K2PL i możliwością jego przynajmniej częściowej produkcji w Polsce. I po latach dopięli swojego.

Istotnym składnikiem ich sukcesu było zaoferowanie nam szybkich dostaw K2 w obecnym standardzie, których produkcję już rozpoczęto dla ich własnej armii. Z polską łącznością i systemem dowodzenia (jak zostanie kiedyś wybrany). Wobec presji MON na czas miało to niebagatelne znaczenie. 180 takich maszyn ma zostać wyprodukowanych w Korei Południowej, a dostawy mają się zacząć w tym roku i potrwać do 2025. W tym czasie mają trwać prace nad zmodyfikowaną wersją K2PL. Nie wiadomo jak konkretnie miałaby wyglądać, ale dotychczas mówiono o wzmocnionym opancerzeniu, systemie aktywnej ochrony (zestrzeliwuje nadlatujące rakiety) czy zdalnie sterowanym stanowisku z karabinem maszynowym. Produkcja K2PL miałaby ruszyć w 2026 roku. Montaż końcowy (bo nie cała produkcja, na pewno wiele podzespołów przyjeżdżałoby z Korei) miałby się odbywać już w Polsce, choć nie wiadomo gdzie, bo do tego celu najpewniej trzeba by stworzyć nowe zakłady. Docelowo MON chciałby zakupić 820 K2PL.

Czołgi M1A2 SEPv3 Abrams na poligonie w USACzołgi z USA za 23,3 miliarda złotych, czyli Polska to bogaty kraj

I ta współpraca przy K2PL to jest drugi mocny argument na rzecz zakupu dwóch typów czołgów równocześnie. Amerykanie mają to do siebie, że bardzo, ale to bardzo niechętnie dzielą się technologiami i oferują współpracę przemysłową. Ich firmy zbrojeniowe mają jednego kluczowego klienta, Pentagon. Zamówienia zagraniczne mają drugorzędne znaczenie, więc nie czują potrzeby się starać. Nie mamy szans na jakiś udział przy produkcji M1, czy jego krajowy wariant. Dużym sukcesem będzie stworzenie w Polsce zdolności do ich serwisowania. Współpraca z Koreańczykami daje więc perspektywy jakichś korzyści dla naszego przemysłu zbrojeniowego, choć dużo zależy od tego, na ile będziemy w stanie je wykorzystać. Współpraca z Amerykanami oferuje po prostu bardzo dobre czołgi tożsame z tymi używanymi przez wojsko USA, w tym na naszym terytorium. To oznacza potencjalnie możliwość szybkiego wchłaniania pomocy od Amerykanów w sytuacji kryzysowej, gdyby chcieli nam jej udzielić. Na przykład dostaw amunicji, części zamiennych czy nowych wozów w zastępstwo tych zniszczonych w walce.

Ostatnim istotnym argumentem jest polityka. W przyszłym roku mamy wybory parlamentarne. Sytuacja polityczna PiS nie jest łatwa. Kwestia bezpieczeństwa może być jedną z tych, które pozwolą się wykazać przed wyborcami. Zwłaszcza że wobec wojny w Ukrainie akurat bezpieczeństwo zyskało na znaczeniu. Możliwość pochwalenia się przed wyborcami zawarciem ogromnych i rekordowych kontraktów zbrojeniowych, pokazania pierwszych dostarczonych M1A1 czy K2 (oraz koreańskich armatohaubic K9 i samolotów FA-50, ale o tym w innym tekście), jest dla PiS wiele warta.

Czy w długim terminie całe te ambitne plany są do zrealizowania? To już inna kwestia. Choćby opracowanie i rozpoczęcie montażu K2PL w Polsce do 2026 to delikatnie rzecz biorąc bardzo, ale to bardzo ambitny cel. Dostarczenie 180 zwykłych K2 w trzy lata to też spore wyzwanie dla samych Koreańczyków. Teraz produkują po około 20 sztuk rocznie dla swojego wojska, a tu nagle dodatkowe średnio 60 sztuk dla naszego. Można się spodziewać opóźnień, choć patrząc na dotychczasowe wysiłki Koreańczyków, są oni gotowi na spory wysiłek na rzecz klienta. Zwłaszcza że Polska może stać się ich największym partnerem i przyczółkiem zbrojeniowym w Europie.

Więcej o: