Rzeź wołyńska. Prof. Igor Hałagida: Upamiętnijmy ofiary, a politycy niech trzymają się z daleka

- Zdaję sobie sprawę, że to idealistyczne, ale może niech lepiej politycy trzymają się od tematu Wołynia z daleka. Ten spór szybko nie wygaśnie, zaklęty krąg będzie trwał. Jeśli chcemy coś naprawdę zrobić, to ustalmy nazwiska ofiar po obu stronach granicy, policzmy je, odnajdźmy ich mogiły. Przyjmijmy do wiadomości fakt, że zginęli po prostu ludzie, najczęściej zupełnie niewinni, i ocalmy ich w ten sposób od zapomnienia - mówi w Gazeta.pl prof. Igor Hałagida z Uniwersytetu Gdańskiego.

Daniel Drob, Gazeta.pl: "Znowu o Wołyniu?" - powiedział pan, gdy poprosiłem o rozmowę. Kręcimy się w kółko? 

Prof. Igor Hałagida*: Kręcimy się od dłuższego czasu i, prawdę mówiąc, jestem już tym trochę zmęczony. Ale żeby była jasność - nie bagatelizuję kwestii pamięci o ofiarach, cierpienia i całego zła, które wydarzyło się między Polakami a Ukraińcami. Po prostu od lat dyskusja na temat Wołynia się nie zmienia, jest jałowa. Tkwimy w zaklętym kręgu i roztrząsamy, kto ma przepraszać, za co przepraszać, jakie pomniki można stawiać, a jakie nie.  

Nie przerwiemy już tego kręgu? 

Chyba się nie da. Bo spór mniej lub bardziej, ale ciągle jest rozgrywany politycznie. Niestety, na wszelkich zaszłościach historycznych między Kijowem a Warszawą, najbardziej korzysta Moskwa.  

Wojna jest fatalnym momentem na takie rozliczenia, ale jaki moment jest dobry? 

Chyba nigdy nie ma idealnego momentu na takie rozmowy, więc możemy o tym też mówić i dzisiaj. Ale róbmy to roztropnie. Ta sama kwestia była podnoszona w latach ubiegłych. Po roku 2014 też mówiono, że to nie jest dobry czas na wspominanie zbrodni wołyńskiej, bo Rosja zaatakowała Donbas. Ale wówczas faktycznie dochodziło do sytuacji, które nie sprzyjały dialogowi. Mam na myśli zburzenie pomnika UPA w Hruszowicach. Rozumiem, że emocje, które mu towarzyszyły, ale można go było zdemontować i złożyć w jakimś muzeum czy magazynie lub przekazać stronie ukraińskiej, tymczasem został ordynarnie, wręcz prowokacyjnie, zniszczony. Jeśli dobrze pamiętam, to jego gruzami wysypano drogę. Później znajomi w Kijowie mówili mi, że odcinanie tryzuba piłą tarczową w Hruszowicach jednoznacznie kojarzyło im się z niszczeniem ukraińskiego herbu na budynkach w Doniecku. Jeszcze gorszą była bierność, przybierająca niekiedy formę cichego przyzwolenia, na dewastację ukraińskich upamiętnień w 2015-2016 - w tym legalnej mogiły - która skutkowała ostatecznie wprowadzeniem przez stronę ukraińską blokady na ekshumacje. I tan pat wówczas wytworzony właściwie trwa do dzisiaj. Rozmawiajmy więc, upamiętniajmy ofiary na cmentarzach, ale przede wszystkim ważmy słowa i czyny.  

Zobacz wideo Agencja Wywiadu przechwyciła rozmowy rosyjskich żołnierzy. "Z naszego plutonu zostały 3 osoby"

Napisał pan na Twitterze, że w sporze o Wołyń nic się nie zmieni, bo Polska i Ukraina myślą tylko o swoich ofiarach. 

Już jakiś czas temu publicznie proponowałem zmianę paradygmatu i postawienie ofiar w centralnym punkcie tej dyskusji. Zdaje się, że to nie powinno budzić negatywnych emocji po żadnej stronie.  

Co dokładnie należy zrobić?  

Ustalić liczbę, bo tutaj nadal są duże rozbieżności. Polacy i Ukraińcy ulegają magii wielkich liczb. Druga sprawa to ustalenie nazwisk. Mówię to z pełną świadomością, że w wielu przypadkach już się nie da ze względu na upływ czasu. 

Ale faktem jest, że dysproporcja, jeśli chodzi o ofiary, jest ogromna.  

W Polsce w obiegu publicznym krąży zestawienie, że w latach 1939-1947 zginęło z rąk Ukraińców co najmniej 100 tysięcy Polaków, z czego 60 tysięcy na Wołyniu. Ukraińców w analogicznym okresie miało zginąć 10 tysięcy, z czego na Wołyniu od tysiąca do dwóch. Jednak tak naprawdę do końca tych liczb nikt nie zweryfikował - to kamyczek do ogródka ukraińskich historyków - i stąd obserwujemy dzisiaj szafowanie nad Wisłą lekką ręką liczby ofiar polskich: 120, 150, 200 tysięcy... Z kolei kwestia ukraińskich ofiar w obiegu publicznym w Polsce niemal nie istnieje, a z pewnością jest szacowana zbyt nisko.

A jak to wygląda w Ukrainie?

Podobnie lekko podchodzi się do tych zagadnień w Ukrainie, gdzie też bezrefleksyjnie i bez żadnych badań podstawowych formułuje się wnioski z danymi nie mającymi podstaw. Taka magia wielkich liczb. Z pewnością więc dysproporcja ofiar jest duża - ogółem dla całego pogranicza polsko-ukraińskiego i okresu lat 1939-1947 zapewne wynosi 3:1. Ale inaczej już wygląda to gdy rozpatrujemy poszczególne regiony. Największa chyba różnica jest na Wołyniu, gdzie proporcje układają się w stosunku mniej więcej 8:1, ale już inaczej będzie na terenie dzisiejszych polskich województw wschodnich, gdzie te proporcje kształtują się na poziomie 1:1, a zapewne cywilnych Ukraińców zginęło więcej niż Polaków. To wszystko to jednak tylko sucha statystyka, a za każdą liczbą przecież kryją się jakieś nazwiska, jacyś ludzie z jakąś swoją własną historią, której nie zdążyli przeżyć. W przerzucaniu się danymi ten ludzki wątek, mam wrażenie, ciągle zanika. Ale wiem też, że trzeba to w końcu policzyć. Na marginesie - w ramach projektu badawczego realizowanego z kolegami na Ukraińskim Katolickim Uniwersytecie we Lwowie udało nam się ustalić, że w latach 1939-1944 w dystrykcie lubelskim zginęły niemal 4 tys. osób narodowości ukraińskiej. Opieraliśmy się na materiałach niemieckich, polskich, ukraińskich. Udało nam się m.in. ustalić, że w Sahryniu z rąk AK zginęło ponad 600 osób (tyle ustalono z nazwiska). To liczba znacznie wyższa niż przedstawiała to dotychczas historiografia polska, ale idąca też mocno w poprzek historiografii ukraińskiej, w której niekiedy podawano 1000 i więcej ofiar.  

Jakie były reakcje? 

Książka, w której to opisaliśmy, nie spotkała się z żadną recenzją naukową ani w Polsce, ani w Ukrainie. To pokazuje, że podejście do tematu niekoniecznie spotka się z odzewem nawet w świecie akademickim, nie mówiąc o reakcjach polityków czy odbiorze społecznym. Zaznaczę jeszcze raz - nie jestem żadnym symetrystą. Nie zamierzam stawiać znaku równości pomiędzy liczbami Polaków, którzy utracili życie a Ukraińcami, których spotkał ten sam los.  Niemniej jednak - mówiąc patetycznie - w majestacie śmierci wszyscy są równi. Z perspektywy moralności i tu, i tu ginęli ludzie. O wszystkich zamordowanych należy pamiętać, choć psychologicznie jest to trudne: zwykle pamiętamy o swoich ofiarach, o cudzych mniej. 

Tu i tu ginęli, ale mord zaczęła jedna strona. 

I historyk nie może zaprzeczyć, że za zbrodnie na Wołyniu odpowiedzialność spada na banderowską frakcję OUN. Mniej chyba na samego Stepana Banderę, który siedział wtedy w obozie koncentracyjnym. Ale można zadać pytanie, co ukraińska rodzina, która zginęła w Berezce czy Małkowicach w Przemyskiem, miała wspólnego z zamordowaniem polskiej rodziny w Ostrówkach czy Kisielinie. Tu nie ma takiego prostego przełożenia zbrodnia-odwet. Tym bardziej że pojęcia "akcje odwetowe" albo kuriozalnego, wprowadzonego w Polsce "akcje prewencyjno-odwetowe" nadużywają obydwie strony i w pewnym momencie historyk jest bezradny w stwierdzeniu, które wydarzenie było pierwsze, które było odwetem, a które odwetem za odwet. Może tylko skonstatować, że spirala zbrodni się nakręcała. Z drugiej strony nie można też wyrywać zbrodni wołyńskiej z szerszego kontekstu i tego, co działo się przed II wojną światową. W perspektywie tzw. długiego trwania konflikt polsko-ukraiński sięga drugiej połowy XIX wieku, gdy zaczęły tworzyć się narody w nowoczesnym rozumieniu tego słowa, powstały nacjonalizmy. Wiemy, co było później - wojna o Lwów i Galicję Zachodnią w 1918 r. i przegrana Ukraińców. Na to nakładała się polityka II Rzeczypospolitej, która tuż przed wybuchem II wojny światowej zakładała de facto deukrainizację terenów Lubelszczyzny. To oczywiście niczego nie usprawiedliwia.  

Andrzej DudaRzeź wołyńska. Duda: Nie chodzi o zemstę, ale prawda musi być wypowiedziana

Ale tłumaczy? 

W jakimś sensie tak. Pamiętajmy też, że to był konflikt narodowościowy, ale po części też społeczny i religijny. Chłopi, którzy rzucili się na swoich sąsiadów, mogli pamiętać niszczenie prawosławnych cerkwi czy zaganianie pod lufami do kościołów rzymskokatolickich i przechodzenie na katolicyzm. Pisali o tym polscy publicyści. "Biedny Wołyń. Zostaną na nim tylko Hryńki (o których już głośno w Europie) i wojsko polskie w roli polskich Krzyżaków, nawracających postrachem i przekupstwem z prawosławia na katolicyzm. Moralnie - ohyda, politycznie - kliniczna głupota, obłęd, za który Polska ciężko płacić będzie" - komentowała jedno z takich wydarzeń na łamach swego dziennika Maria Dąbrowska. "Nie nawraca się nikogo metodą burzenia świątyń" - przytomnie zauważał też Stanisław Cat-Mackiewicz. A mówię o tym, bo często zapominamy, że na wschodnich rubieżach ówczesnego państwa polskiego istniały bardzo silne konflikty społeczne i religijne.  

W Ukrainie rozmawia się o Wołyniu? 

Na wschodzie temat zbrodni wołyńskiej właściwie nie istnieje. Ale nawet w zachodnich obwodach na podziemie ukraińskie nie patrzy się przecież przez pryzmat ataków na polskie wsie. Postrzega się je przede wszystkim w kontekście walki z sowietami i ta perspektywa jeszcze się wzmocniła po agresji rosyjskiej w 2014 roku. Dla większości Ukraińców partyzanci UPA to nie są ci, co szli i zabijali Polaków w 1943 roku, tylko ci, którzy w roku 45' i 46' opierali się sowietyzacji i rusyfikacji. Dlatego stawia im się pomniki. Bandera, w Polsce symbol antypolskiej polityki, też jest postrzegany jako ten, który walczył z Sowietami. Swoją drogą zabicie go w 1959 roku przez agenta KGB było głupim krokiem. Szef OUN-B był wtedy niewiele znaczącym działaczem politycznym, jego wpływy i oddziaływanie na życie emigracji drastycznie malało po wojnie. To Sowieci zrobili z niego symbol oporu przeciw własnej władzy.

Wołodymyr ZełenskiRocznica "krwawej niedzieli". Gazeta.pl: Zełenski potępi rzeź wołyńską

Prezydent Zełeński powinien odnieść się teraz do zbrodni wołyńskiej? Były takie oczekiwania w Polsce.  

To jest trudne pytanie. Wiem, że w ostatnich dniach nad Wisłą było takie społeczne oczekiwanie. Zełeński jest przede wszystkim politykiem i obecnie jego głównym zadaniem jest jednoczenie narodu w obliczu rosyjskiej agresji, a nie wprowadzanie dodatkowych elementów, które mogą nie zostać zaakceptowane przez część samych Ukraińców. Pytanie też, czy to rzeczywiście zamknęłoby ten rozdział? Zaraz pojawiłby się głosy, że powiedział za mało, że nie tak, że nie potępił wystarczająco. Pojednanie to nie jednostkowe wydarzenie, ale proces nad którym usilnie trzeba przez cały czas pracować. Zdaję sobie sprawę, że to idealistyczne, ale może niech lepiej politycy trzymają się od tego z daleka. Ten spór szybko nie wygaśnie, zaklęty krąg będzie trwał. Jeśli chcemy coś naprawdę zrobić, to ustalmy nazwiska ofiar po obu stronach granicy, policzmy je, odnajdźmy ich mogiły. Przyjmijmy do wiadomości fakt, że zginęli po prostu ludzie, najczęściej zupełnie niewinni, i ocalmy ich w ten sposób od zapomnienia.  

---

*Igor Hałagida - historyk, profesor Uniwersytetu Gdańskiego, były pracownik gdańskiego IPN. Specjalizuje się w najnowszej historii Polski, w szczególności bada polsko-ukraińskie relacje w XX wieku.

Więcej o: