Opisała przemoc u boromeuszek. O sprawie DPS w Jordanowie mówi: Jestem przerażona

- Jeśli w Polsce część społeczeństwa nadal uważa, że osoby duchowne nie są zdolne do krzywdzenia innych - a według mnie takie myślenie się utrzymuje - to na światło dzienne będą wychodziły kolejne przypadki przemocy ze strony zakonnic i księży. Krzywda może dziać się w każdym środowisku, ale wciąż istnieją ludzie, dla których doniesienia o przestępstwach duchownych to nagonka - o przemocy w jordanowskim DPS oraz podobieństwach (i różnicach) do sprawy z Zabrza rozmawiamy z Justyną Kopińską, dziennikarką.

Daniel Drob, Gazeta.pl: Po ośmiu latach od publikacji tekstu o horrorze w ośrodku sióstr boromeuszek w Zabrzu dowiadujemy się o biciu, zamykaniu w klatce i przywiązywaniu ludzi do łóżek w DPS w Jordanowie. Jest pani zaskoczona?

Justyna Kopińska*: Przerażona. Przemoc wśród sióstr boromeuszek opisałam w "Gazecie Wyborczej" w 2014 roku. Rok później, po wydaniu książki "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?", ministerstwo edukacji zaprosiło mnie i ówczesnego rzecznika praw dziecka na spotkanie, którego celem było opracowanie wytycznych dla nauczycieli. Poproszono mnie o sugestie co do tego, jak powinni reagować, jeśli podejrzewają, że wobec dziecka stosowana jest przemoc. Przez niemal cały dzień rozmawialiśmy między innymi o tym, co doprowadziło do wieloletniej przemocy w zabrzańskim ośrodku. Wypracowane zostały wytyczne i przesłane do kuratoriów. Sądzę, że od tamtego czasu wykonano wiele pracy, aby tego typu sytuacje się nie powtarzały. Po publikacji Wirtualnej Polski o Jordanowie okazuje się, co jest zresztą bardzo ciekawe pod względem socjologicznym, że w Polsce placówki prowadzone przez osoby duchowne nadal są słabiej kontrolowane niż świeckie. Sądzę, że to wynika z autorytetu Kościoła, z utrzymującego się wciąż przekonania, że osoby duchowne nie dopuszczają się przemocy.

Zobacz wideo Z jakimi propozycjami Joe Biden przyjedzie na szczyt NATO w Madrycie?

W sprawie jordanowskiej dostrzega pani podobne mechanizmy do tych, które funkcjonowały u sióstr w Zabrzu?

Przypomnę tylko, że w Zabrzu przez kilkadziesiąt lat wychowankowie doświadczali okrutnej przemocy fizycznej i psychicznej, a dyrektorka placówki, siostra Bernadetta, została skazana za pomocnictwo w gwałtach. Skala przemocy była niewyobrażalna. Starsi wychowankowie byli zamykani z młodszymi - na przykład 20-latkowie z kilkulatkami - i starszy gwałcił młodszego. W książce o boromeuszkach przedstawiłam kilka przyczyn przemocy w ośrodku i tego, że trwała tak długo. Jedną z nich były kryteria, jakimi posługiwano się przy wyborze sióstr do pracy z dziećmi. W zasadzie kryterium było jedno - potencjalne opiekunki pytano, czy lubią dzieci. Jeśli mówiły, że lubią, to były kierowane do ośrodka.

I tyle?

Nie musiały mieć studiów pedagogicznych, właściwie nie musiały mieć żadnego wykształcenia, przygotowania, a to była bardzo trudna praca. Często jedna siostra miała pod sobą przez 24 godziny 20 dzieci w bardzo różnym wieku, z bardzo różnymi problemami psychicznymi czy osobowościowymi. Pod tym względem warunki pracy w placówce były katastrofalne.

Kolejna przyczyna?

Kwestia nadzoru. I to różni sprawę zabrzańską od jordanowskiej. Nad ośrodkiem w Zabrzu w tamtych czasach miał czuwać zakon w Trzebnicy, a nie podmiot państwowy. To się później zmieniło i teraz to instytucje świeckie powinny nadzorować również te placówki, w których pieczę nad ludźmi sprawują osoby duchowne. Trzecia przyczyna tego koszmaru to to, że dzieciom nikt nie wierzył. Sygnały ze strony wychowanków były latami ignorowane przez nauczycieli, rodziców, psychologów. Dorośli się zastanawiali: "Jak to możliwe, że osoby duchowne w taki sposób znęcały się nad dziećmi? Przecież to nie może być prawda". Jestem przekonana, że ten ostatni nadal istnieje w Polsce. Wciąż w społeczeństwie istnieje poczucie, że osoby duchowne są po prostu z gruntu dobre.

Dom Pomocy Społecznej w JordanowieDPS w Jordanowie. Siostry prezentki rezygnują z prowadzenia placówki

Urzędnicy mogą wychodzić z założenia, że nie ma potrzeby regularnych i dogłębnych kontroli, bo siostry na pewno robią wszystko, jak należy?

Myślę, że takie postrzeganie ludzi Kościoła nadal jest obecne. Pamiętam wychowanka z Zabrza, który powiedział mi: "Wszyscy ludzie widzieli habit, a trzeba widzieć serce, dyrektor go nie ma". Ten chłopak w bardzo prosty sposób wyraził to, w jakim społeczeństwie funkcjonujemy. Pamiętam, jak w 2017 roku opisałam sprawę księdza, który porwał i kilkadziesiąt razy zgwałcił dziewczynkę. Po krótkim pobycie w więzieniu wrócił do odprawiania liturgii. Byłam na takiej mszy i widziałam, jak dawał dzieciom komunię do ust. To, że po przestępstwach pedofilskich nadal ma taki kontakt z wiernymi, nie przeszkadzało jego kolegom z zakonu. Nadal miał moralny autorytet. Sami wierni natomiast nie wierzyli, gdy opowiedziałam im po wyjściu z kościoła, co robił ksiądz. Dla nich oczywistym było, że pedofil nie zostałby dopuszczony do odprawiania mszy świętej. Wybrzmiewała z tego wiara i zaufanie wobec instytucji Kościoła, hierarchów, a co za tym idzie, przekonanie, że Kościół nie pozwoliłby na bezkarność.

Odzew po opisaniu sprawy Bernadetty był duży.

Tak. Wspomniane zaproszenie do ministerstwa, w Zabrzu ludzie po prostu wyszli na ulicę, siostrę Bernadettę odprowadzono do zakładu karnego. Parę lat wcześniej reakcje były zupełnie inne - prezydentka miasta napisała list w obronie Bernadetty, z kolei ksiądz z Zabrza prosił Bronisława Komorowskiego o jej ułaskawienie.

Nadal słyszymy o przypadkach, gdy ktoś za gwałt dostał zawiasy.

Gdy badałam przemoc w instytucjach zamkniętych - szpitalach psychiatrycznych czy sierocińcach - uderzyło mnie, że w Polsce za malwersacje finansowe często zapadają surowe wyroki, a za niszczenie życia dzieciom padają kary w zawieszeniu i przestępca nawet na rok nie idzie do więzienia.

Z relacji dziennikarzy wynika, że przemocy w DPS w Jordanowie dopuszczała się sama dyrektorka ośrodka. To kolejne podobieństwo do sprawy zabrzańskiej.

Jeśli chodzi o instytucje zamknięte wiele zależy od tego, czy osoba na stanowisku dyrektora ma skłonności do przemocy. Bardzo często kierownik ośrodka determinuje całą instytucję. Jedna z prawniczek, która zajmuje się takimi sprawami, mówiła mi niedawno, że zauważyła podobny mechanizm. Jeśli człowiek na stanowisku kierowniczym jest z misją, dba o pacjentów, to często podwładni też zaczynają czuć misję i się angażują.

Można założyć, że taki mechanizm zadziałał w Jordanowie?

Możliwe, na pewno widziałam ten mechanizm u boromeuszek. Przemoc jako pierwsza zaczęła stosować siostra Scholastyka, wtedy jeszcze siostra Bernadetta uchodziła za siostrę zaangażowaną, łagodną i po prostu dobrą. "Ona się przekształciła" - mówiły mi inne siostry. Przypomniała mi się wtedy książka Ervinga Goffmana o instytucjach totalnych, którą czytałam na studiach. Socjolog opisywał placówki, których pracownicy wracają na noc do swoich domów. Wychowankowie przebywają w nich cały czas czas, a psychologowie i wychowawcy pracują po osiem godzin na dzienne lub nocne zmiany. W Zabrzu tego nie było, nastąpiło skrzyżowanie dwóch instytucji totalnych - sierocińca i zakonu. Siostry przebywały w ośrodku non-stop, a więc były podwójnie narażone na wszystkie wypaczenia, które zwykle istnieją w zamkniętych placówkach. A zatem w takich miejscach kontrole organów państwowych powinny być szczególnie rzetelne i częste.

Takich, czyli prowadzonych przez zakonnice?

Kilka lat temu napisałam reportaż o sierocińcu w Łysej Górze, to był całkowicie świecki ośrodek. Dochodziło tam do przemocy, ale problem został rozwiązany w ciągu dwóch lat. To jest ta różnica. Ważny jest jeszcze jeden czynnik - w przypadku świeckich ośrodków wychowawcy wracają do swoich domów, opowiadają swoim rodzinom, co się wydarzyło w pracy i bliscy na to reagują. Pojawiają się pytania: "jak możecie na to pozwalać?", "jak to w ogóle jest możliwe?". Rodzi się naturalna kontrola społeczna, w wyniku której do samych pracowników dociera, że dzieje się źle. To zadziałało w Łysej Górze. Natomiast osoby duchowne często niejako z założenia są zakorzenione w kulturze zamkniętej. W zakonach nie jest dobrze widziane opowiadanie na zewnątrz o swoich problemach. Jeśli się nimi dzielić, to najlepiej z pozostałymi siostrami.

Konferencja prasowa Państwowej Komisji ds. Pedofilii w WarszawieUchwalili bubla i zapomnieli. Co się dzieje z komisją ds. pedofilii?

Zasady życia w zakonie są przenoszone do ośrodka z dziećmi?

W Zabrzu dochodziło do potwornej przemocy i wciąż śnią mi się zdarzenia, które miały tam miejsce. Natomiast były też mniej bestialskie przypadki krzywdzenia, o których warto wspomnieć, bo miały przemożny wpływ na całe życie podopiecznych. Ich korzenie sięgały życia zakonnego. Na przykład wychowanków ośrodka, którzy chcieli iść na studia i się rozwijać w danej dziedzinie, siostry kierowały do zawodówki na stolarza. Chłopca, który chciał zostać mechanikiem, wysyłano, aby kształcił się w zupełnie innym zawodzie. Później, gdy badałam stosunki panujące w zakonie boromeuszek, okazało się, że dokładnie ten sam system stosowano wobec sióstr. Gdy jedna z nich chciała rozwijać się w kierunku pielęgniarstwa, bo to była jej pasja, przełożone wysyłały ją na teologię. Gdy inna kochała się uczyć, wysyłano ją na sprzątaczkę.

Czemu to służyło?

Poskramiano charakter, aby siostry nie stawały się zbyt pewne siebie. Przypadków, gdzie mechanizmy z zakonu przechodziły do ośrodka wychowawczego, było więcej. W zakonie otwierano im korespondencję, więc one, pracując już w placówce z dziećmi, także otwierały im listy. Nie widziały w tym niczego złego. Robiły to nawet siostry nazywane przez dzieci "dobrymi". Z tym że dla wychowanków "dobra siostra", to była po prostu ta, która nie biła. Do tego dochodzi wspomniana już kultura zamknięta, która przyczyniła się do tego, że w procesy przemocowe mogą trwać tak długo. Niedawno były mąż Kory Jackowskiej opowiedział o okrucieństwie, którego artystka doświadczyła w Jordanowie, gdy była małą dziewczynką. To pokazuje, że przemoc jest jak kula śniegowa i może trwać przez wiele lat.

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski powiedział, że zakonnice nie powinny opiekować się dziećmi w ośrodkach, tylko osoby, które same mają dzieci, założone rodziny.

Moim zdaniem podstawową sprawą jest stawianie wymagań osobom, które mają zajmować się dziećmi. Wobec osób duchownych powinny być stosowane takie same kryteria, jak wobec świeckich. Siostry w Zabrzu były kompletnie nieprzygotowane do pracy z dziećmi. Nie miały umiejętności i odpowiedniego wykształcenia, aby zająć się problemami podopiecznych, dlatego na złe zachowanie reagowały między innymi wyrywaniem włosów z głowy. Absolutne wypaczenie, którego zapewne można byłoby uniknąć, gdyby opiekunki przed przyjęciem do pracy przechodziły badania psychologiczne i miały odpowiednie kompetencje, które jest wymagane w instytucjach świeckich. Prawda jest też taka, że gdyby umieścić kogokolwiek z nas w placówce, gdzie musielibyśmy non-stop zajmować się 20 dzieci w różnym wieku, z ogromną liczbą problemów, to mało kto by sobie z tym odpowiednio poradził. Natomiast nie powiedziałabym, że osoby duchowne zupełnie nie powinny być dopuszczane do pracy z dziećmi. Są kobiety bezdzietne, singielki, które pracują w ośrodkach, są świetne w kontaktach z dziećmi, mają odpowiednie wykształcenie. Nie widzę potrzeby wprowadzania tutaj ideologicznego muru. Zwłaszcza że znam też siostry zakonne, które podziwiam za działalność, wyznawane wartości i ich umiejętności.

Zwraca pani uwagę na przygotowanie do pracy i umiejętności. Okrucieństwo w Jordanowie mogło wynikać z braku kompetencji? Zakonnice nie wiedziały, jak opiekować się osobami z niepełnosprawnością intelektualną?

Bardzo ciekawe będą wyniki analizy tego, co wydarzyło się w tym DPS - jakie wykształcenie miały zakonnice, jak pojmowały radzenie sobie w trudnych sytuacjach, dlaczego stosowały takie kary. To ważne, abyśmy wiedzieli na przyszłość, co tkwi w głowach takich ludzi. Z naszego punktu widzenia przywiązanie kogoś do łóżka, trzymanie w klatce, to są oczywiście rzeczy niewyobrażalne i nie trzeba jakichś szczególnych kompetencji, aby wiedzieć, że to zło. Ważne w tym kontekście są informacje, czy opiekunki, które nie radziły sobie z podopiecznymi, dostawały wsparcie. Czy w ogóle zgłaszały, że sobie nie radzą, nie potrafią? Jeśli tak, czy ktoś na te zgłoszenia reagował?

Będą kolejne takie sprawy?

Jeśli w Polsce część społeczeństwa nadal uważa, że osoby duchowne nie są zdolne do krzywdzenia innych - a według mnie takie myślenie się utrzymuje - to na światło dzienne będą wychodziły kolejne przypadki przemocy ze strony zakonnic i księży. Krzywda może dziać się w każdej instytucji i środowisku, sama pisałam o przemocy w szpitalach, wojsku, policji i kościele. Natomiast wciąż istnieją ludzie, którzy uważają, że doniesienia o przestępstwach duchownych to nagonka i wymysły. Rozmawiałam kiedyś z redaktorką naczelną znanej nowojorskiej gazety. Zapytałam ją, która publikacja jej zdaniem spotkała się w Stanach Zjednoczonych z największym niedowierzaniem w społeczeństwie. Wymieniła artykuł na temat przemocy, których w szkołach dopuszczali się rabini. Każde społeczeństwo ma swoje tematy tabu.

Kard. Stanisław DziwiszWatykan uciął sprawę kard. Dziwisza. "Nie było rozmów z ofiarami"

Ale od instytucji świeckich, które powinny nadzorować ośrodki, wymagamy z założenia więcej niż od społeczeństwa jako takiego. Z artykułu Wirtualnej Polski wynika, że DPS był kontrolowany w 2020 roku. I dwa lata później czytamy o tym koszmarze.

Pytanie w takim razie, jak przebiegała ta kontrola. Jest niezwykle ważne, aby kontrole w takich miejscach nie były powierzchowne, tylko dochodziły do sedna, sprawdzały, czy w danej placówce istnieją okoliczności sprzyjające występowaniu przemocy. We wspominanym artykule czytamy, że ogrodzenie miało drut kolczasty, w środku była klatka. Sądzę, że dzięki rzetelnym i wykonywanym na bieżąco kontrolom urzędnicy uzyskaliby pełen obraz tego, co działo się w ośrodku. Pamiętam, że w Zabrzu, o czym opowiadały mi same siostry, kontrolerzy byli zapraszani do pokoju pani dyrektor na kawę i to ona odpowiadała na pytania o ośrodek. Na tej podstawie sporządzana była opinia.

Sadyści, którzy garną się do pracy w zamkniętych ośrodkach, od początku zakładają, że będą robić ludziom krzywdę?

Sądzę, że rzeczywiście osoby o skłonnościach psychopatycznych i sadystycznych wybierają do pracy miejsca z bezbronnymi ludźmi, co wiąże się z ich pragnieniem władzy i sprawowania kontroli nad innymi. W zdrowo działających instytucjach psycholog lub kierownik momentalnie wychwyci taką osobowość i nie dopuści do pracy z dziećmi. Nie jest też tak, że sama zamknięta struktura prowadzi do nadużyć. Kluczowy element to osobowość zdolna do przemocy, której krzywdzenie innych ludzi daje poczucie władzy i satysfakcję. Zamknięcie na świat zewnętrzny to potęguje i może doprowadzić do wyjątkowego bestialstwa.

---

*Justyna Kopińska - wielokrotnie nagradzana dziennikarka, która od lat pisze o przemocy w placówkach zamkniętych. W 2014 roku opisała okrucieństwo w ośrodku wychowawczym w sióstr boromeuszek Zabrzu. W 2015 roku wydała na ten temat książkę pt. "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?". Jako pierwsza dziennikarka z Polski otrzymała europejskiego Pulitzera w kategorii Distinguished Writing Award. Obecnie pracuje nad szóstą książką. Jej cotygodniowy felieton ukazuje się w magazynie Vogue. Dzięki wpłatom poprzez Patronite zamierza realizować kolejne niezależne reportaże. 

Justyna KopińskaJustyna Kopińska Fot. Zuza Krajewska/Vogue

Więcej o: