Zamość. Lekarz miał 6,5 minuty na przyjęcie pacjenta. "Doniosłem sam na siebie. To był krzyk rozpaczy"

Sześć i pół minuty na przyjęcie pacjenta? Jeden z zamojskich chirurgów opowiedział o szczegółach swojej pracy. - Za rządów poprzedniej dyrekcji szpitala doszło do sytuacji absurdalnej. Liczba pacjentów zapisywanych do poradni zaczęła systematycznie wzrastać - mówi. Lekarz postanowił szukać pomocy u rzecznika pacjenta.

Interia opisała w czwartek (23 czerwca) przypadek chirurga naczyniowego z Zamościa, który w związku ze zbyt dużą liczbą pacjentów zapisywanych do niego przez poradnię, doniósł na siebie do szpitalnego rzecznika pacjenta. Jak bowiem przyznaje, w ciągu kilku minut nie da się rzetelnie pomóc pacjentowi. 

Zobacz wideo Ochrona zdrowia. Na co najczęściej narzekają Polacy? Kolejki to nie jedyna bolączka

Lekarz z Zamościa miał sześć i pół minuty na przyjęcie pacjenta. "Doszło do sytuacji absurdalnej"

Maciej Jedliński, chirurg naczyniowy z Samodzielnego Publicznego Szpitala Wojewódzkiego im. Papieża Jana Pawła II w Zamościu udzielił wywiadu Interii, w którym opowiedział o tym, jak wygląda jego praca na co dzień. - Za rządów poprzedniej dyrekcji szpitala doszło do sytuacji absurdalnej. Liczba pacjentów zapisywanych do poradni zaczęła systematycznie wzrastać - mówi lekarz.

Okazuje się, że zdarzało się, że w ciągu trzech godzin pracy miał umówionych 28 pacjentów, z czego niektórzy byli zapisani na tę samą godzinę. Nietrudno policzyć, że daje to średnio sześć i pół minuty dla każdego z pacjentów na wizytę, podczas której lekarz ma do wykonania szereg czynności. - Muszę zebrać wywiad, wykonać badanie, zlecić badania dodatkowe, wypisać receptę, a także zmienić opatrunek, opracować ranę, zdjąć szwy po operacji i jeszcze często samodzielnie wykonać USG - tłumaczy.

Więcej aktualnych wiadomości z kraju znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl.

Wojna w Ukrainie. Młodzi lekarze z Kijowa wzięli ślub w szpitalu [WIDEO]Wojna w Ukrainie. Młodzi lekarze z Kijowa wzięli ślub w szpitalu [WIDEO]

Zamość. Lekarz doniósł na siebie do rzecznika pacjenta. "To był krzyk rozpaczy"

Jedliński podkreślił, że zwracał uwagę na problem osobom dokonującym rejestracji, a także dyrekcji placówki - nie przyniosło to jednak efektów. W efekcie lekarz nierzadko zostawał w pracy dłużej, by przyjąć każdego z pacjentów. Rozwiązania problemu postanowił więc poszukać u rzecznika pacjenta placówki. - Doniosłem sam na siebie, wskazując, że takie przyjmowanie pacjentów, to łamanie ich praw. To był krzyk rozpaczy z mojej strony - mówi. 

Jak czytamy, rzecznik sprawą się zajął, choć nadal nie została ona do końca rozwiązana (zgłoszenie miało miejsce na przełomie lutego i marca). Jedliński liczy jednak, że jest to kwestia czasu, ponieważ zmieniła się dyrekcja placówki. 

Profesor Vladimiro Vida11-latek przez miesiąc żył z odłamkiem w szyi. Uratowali go włoscy lekarze

Więcej o: