Konstanty świecił latarką, a Eugeniusz bezlitośnie strzelał. A wszystko pod osłoną nocy

To było bez wątpienia jedno z najbardziej brutalnych zabójstw w XX-wiecznej Polsce. Konflikt pomiędzy dwiema rodzinami doprowadził do tragicznej śmierci sześcioosobowej rodziny, w tym niemowlęcia. Jedną z osób zamieszanych w zbrodnię spotkała kara śmierci. Iskrą zapalną były, jak często bywa, pieniądze.

Tekst jest częścią cyklu "To nie była zwykła śmierć", w ramach którego opisujemy głośne śledztwa sprzed lat.

***

Noc z 17 na 18 grudnia 1974 r. Płonie dom rodziny D. w miejscowości Pełty, niewielkiej wsi w powiecie ostrołęckim. Mieszkańcy próbują gasić pożar i ratować domowników. 

Sąsiad: Cały dom był w ogniu. Wlałem do wewnątrz trzy wiadra wody. Ogień nieco przygasł. Wziąłem bosak i tym bosakiem zacząłem szukać zwłok. Zahaczyłem o jakieś ciało, więc ciągnąłem je do siebie. 

To były zwłoki 48-letniego Józefa D.

W pogorzelisku znaleziono zwęglone zwłoki łącznie sześciu osób, w tym ośmiomiesięcznej dziewczynki. 

Uwagę milicji zwraca fakt, że żaden z domowników nie próbował nawet uciekać.

Więcej treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl >>>

I rzeczywiście. Sekcja zwłok nie wykazuje w ciałach pięciu osób hemoglobiny tlenkowęglowej. Okazuje się, że zginęły od ran postrzałowych. Wyjątkiem jest niemowlę - jego bezpośrednią przyczyną śmierci rzeczywiście było zatrucie tlenkiem węgla. 

"Rodzina D. była spokojna (..). Ze wszystkimi sąsiadami żyła w zgodzie" - twierdzi jeden z sąsiadów podczas przesłuchania na milicji. Dodaje, że Józef D., głowa rodziny, "był oszczędny i alkoholu nie pił".  

Matka Józefa D.: Jestem przekonana, że przyczyną pożaru było podpalenie i że rodzinę D. podpalił Eugeniusz K. Odgrażał się, że zrobi im krzywdę. Mój syn nie miał żadnych wrogów, nigdy z nikim nie zadzierał ani nie kłócił. Wykluczam, aby jego dom mógł podpalić ktoś inny. 

Dlaczego doszło do tej tragedii? Cofnijmy się o rok.

Zobacz wideo Pierwsza pomoc - zawał serca. Jak rozpoznać i postępować w razie wystąpienia objawów, radzi ratownik medyczny Adrian Zadorecki

"Spokojny, wiedział, jak szanować ludzi"

Grudzień 1973 r. 33-letni Eugeniusz K. bierze ślub z 20-letnią Eugenią D. On mieszka w Rutkowie razem z matką Franciszką na gospodarstwie, ona - w Pełtach, oddalonych o ok. 5 kilometrów. Eugenia przyjmuje nazwisko męża, stając się Eugenią K. 

Babcia Eugenii K.: Wnuczka opowiadała mi, że mąż był dla niej bardzo dobry i nie dawał jej nic robić, nawet garka wystawić z kuchni. 

Bratowa Józefa D.: Eugeniusz był bardzo spokojny, nikt na niego marnego słowa nie powiedział. Wypowiadał się rzeczowo i wiedział, jak szanować małego i starszego człowieka. Franciszka też była dobra i mądra, tylko niezgodna. Kłóciła się z sąsiadami. 

Jej rodzice - Apolonia D. i Józef D. - także mają gospodarstwo rolne. Poza Eugenią, mają też dwoje innych dzieci - 16-letniego Ryszarda i 12-letnią Mariannę. 

Zapadł wyrok w sprawie zabójstwa sprzed 27 lat. Sąd: To zbrodnia okrutnaZapadł wyrok w sprawie zabójstwa sprzed 27 lat. Sąd: To zbrodnia okrutna

Krótko po ślubie okazuje się, że Eugenia jest w ciąży. Eugeniusz twierdzi, że to nie jego dziecko, bo nie uprawiał z żoną seksu przed zawarciem związku małżeńskiego. W kwietniu 1974 r. rodzi się córka - Joanna.

Żona miała powiedzieć Eugeniuszowi, że ojcem dziecka jest mężczyzna, którego poznała, pracując u ogrodników pod Warszawą. Eugeniusz i jego matka, Franciszka, snują liczne domysły na temat tego, z kim sypiała Eugenia. 

Franciszka ma w sobie sporo żalu, jest przekonana, że jej syn został oszukany. 

Twierdzi, że gdyby wiedziała, że Eugenia jest w ciąży, nie dopuściłaby do ślubu kobiety z jej synem. Być może wpływ na jej opinię o rodzinie D. ma też fakt, że rodzice Eugenii mieli wnieść w posagu dwie krowy i konia, z czego się nie wywiązali. Eugenia dostała w posagu szafę z ubraniami, co Franciszki najwyraźniej nie satysfakcjonowało.

Kuzynka Eugenii K.: Opowiadała mi, że Eugeniusz chyba ma nie po kolei w głowie, że w nocy zrywa się z łóżka, ucieka z domu, pokazuje, że po ścianie chodzi diabeł.

Franciszka K.: Tyle lat z nim przebywałam i nigdy Gieniek nic mi takiego nie mówił. To są wszystko podstępy rodziny D. 

"Dzieciaku, róbcie tak, żeby było dobrze"

W kwietniu 1974 r. para rozstaje się, a Eugenia wraca do domu rodziców. Kobieta domaga się od męża alimentów. Ten nie chce ich płacić, wciąż utrzymując, że nie jest ojcem dziecka i że z żoną przed ślubem seksu nie uprawiał. 

Sprawa trafia do sądu. 15 grudnia Milicja Obywatelska poucza Eugeniusza K., że ma płacić, niezależnie od tego, że w sądzie właśnie trwa sprawa o zaprzeczenie ojcostwa.

Najprawdopodobniej wtedy w Eugeniuszu coś pęka. W głowie mężczyzny pojawia się myśl związana z morderstwem. 

Kuzynka Eugenii K.: Eugeniusz powiedział mi, że nigdy nie zgodzi się na płacenie alimentów i że zabije Eugenię i jej dziecko. Pytałam go, jak to zrobi, a on powiedział, że znajdzie na to sposób.

Mężczyzna obawia się jednak, że sam sobie nie poradzi, bo w domu rodziny D. mieszka przecież dwóch mężczyzn - 48-letni Józef D. i jego 17-letni syn Ryszard. 

Eugeniusz jedzie więc do wuja Konstantego, brata Franciszki, by prosić go o pomoc. Mówi mu, że nie będzie czekał na rozstrzygnięcie sądu, skoro milicja każe mu płacić już teraz.

Konstanty K. się zgadza. Niewykluczone, że również przez wzgląd na fakt, że matka Eugeniusza, Franciszka, przed laty zastępowała mu matkę. Rodzice odeszli, gdy miał 2 i 3 lata. 

Marsz Stop przemocy po zabójstwie ucznia w warszawskim WawrzeZabójstwo w szkole w Wawrze. Najwyższy wyrok dla nastoletniego Emila B.

Dzień przed morderstwem nocują o Franciszki. Mężczyźni uzgadniają szczegółowy plan. Cała trójka na kilka godzin przed zdarzeniem pije alkohol.

Ok. godz. 23 zaczynają przygotowywać się do wyjścia. Zabierają dubeltówkę (kupioną wcześniej przez Eugeniusza od sąsiada za ówczesne 3 tys. zł), amunicję, latarki, kołek do zablokowania drzwi, toporek i parę butów posmarowanych ropą. Biorą też ze sobą buteleczkę z benzyną. 

Franciszka prosi, by na siebie uważali. Powtarza, że rodzina D. to "oszuści". 

"Dzieciaku, róbcie tak, żeby było dobrze, bo w razie czego to cóż ja wam będę mogła pomóc" - miała powiedzieć Franciszka według późniejszej relacji mężczyzn. 

"Ki tam za diabeł?!"

Eugeniusz i Konstanty idą do domu swoich ofiar lasem i polną drogą, nie chcąc natknąć się na innych ludzi. 

Docierają na miejsce.

Eugeniusz wykręca żarówkę umieszczoną przed sienią domu rodziny D. Kołek zakłada na skobel w drzwiach, by uniemożliwić domownikom ucieczkę. A potem naładowuje broń. Konstanty wybija toporkiem szybę jednego z okien. Latarką oświetla wnętrze. Domownicy śpią.

Eugeniusz dostrzega swoją żonę, Eugenię i strzela w jej kierunku. Strzał okazuje się chybiony, kobieta ucieka z pola widzenia. Z łóżka próbuje się podnieść jej ojciec, Józef D. Trafia go pocisk wystrzelony przez zięcia.

Z łóżka zrywa się Apolonia D. - Ki tam za diabeł?! - krzyczy kobieta. Konstanty oświetla ją latarką, a Eugeniusz oddaje strzał w kierunku teściowej.

zdjęcie ilustracyjneŚląsk. Za zabójstwo 13-letniej Patrycji w ciąży sprawca trafi do poprawczaka

Konstanty rozbija listwy w ramie okiennej, obaj napastnicy wchodzą do środka. Mężczyzna oświetla latarką leżącego w łóżku Ryszarda D., szwagra Eugeniusza. Eugeniusz strzela w głowę młodego mężczyzny. 

Eugeniusz dostrzega trzynastoletnią Mariannę, siostrę żony. Dziewczynka także zostaje zastrzelona.

Mężczyzna zauważa leżącą na łóżku zaledwie kilkumiesięczną Joannę, córkę jego żony. Uderza dziecko w głowę lufami dubeltówki. Dziecko doznaje stłuczenia mózgu, ale wciąż żyje. 

Eugeniuszowi zostaje jeden nabój. Chce wykorzystać go do zamordowania żony. Razem z Konstantym zaczynają szukać kobiety. Znajdują ją na strychu, przykucniętą. Prosi o darowanie życia. - Ty wiesz, co zrobiłaś - mówi jej Eugeniusz. I strzela.

Mężczyzna polewa benzyną słomę na strychu i podpala. Obaj uciekają. Eugeniusz chowa dubeltówkę i łuski w stogu siana. Porzuca buty na skraju lasu i zakłada drugą parę, posmarowaną ropą. Chodzi mu o to, by ewentualnie zmylić milicyjnego psa tropiącego. 

Ok. godz. 2 w nocy docierają do Rutkowa. Mężczyźni mówią Franciszce, że "załatwili sprawę, jak było trzeba". Wszyscy kładą się spać.

"No, teraz się z nimi skończy"

Następnego dnia Eugeniusz i Konstanty zostają zatrzymani przez funkcjonariuszy milicji. 

Zaledwie kilka dni później - 20 grudnia - Eugeniuszowi K. stawiane są zarzuty.

Eugeniusz początkowo się nie przyznaje. Po kilku godzinach podczas kolejnego przesłuchania w końcu potwierdza, że dokonał zbrodni. Twierdzi, że kupił dubeltówkę "w obronie" przed rodziną D., która miała mu grozić, nawet śmiercią. Mówi, że 19 grudnia w sądzie miała odbyć się rozprawa w kwestii alimentów i bał się, że zostanie "wykończony". 

Na jednym z kolejnych przesłuchań wyznaje, że przyczyną było to, że żona domagała się od niego alimentów, choć, jak twierdził, dziecko nie było jego. 

Twierdzi, że u rodziny D. był sam, bez Konstantego. Pod koniec stycznia wskazuje jednak, że wuj mu pomagał. 

Eugeniusz K.: Zawahał się, a następnie powiedział: "jak trzeba pomóc, to trudno, kto ci pomoże, jak nie ja". (...) Kiedy pokazałem Kostkowi dubeltówkę i amunicję, powiedział: "no teraz się z nimi skończy". 

Dlaczego wcześniej nie mówił o udziale Konstantego w sprawie? Eugeniusz tłumaczy, że "nie chciał go topić".

Eugeniusz K.: Wiedziałem, że źle zrobiłem i powiedziałem sobie: "po co mamy oba z Kostkiem siedzieć". 

Dodaje, że gdyby sąsiad nie sprzedał mu dubeltówki, a Konstanty by do niego nie dołączył, to sam nigdy by do rodziny D. nie poszedł. 

W końcu w lutym przyznaje się także Konstanty. Nie przyznawał się wcześniej, bo Eugeniusz miał mu obiecywać, że wszystko weźmie na siebie. 

Konstanty K.: Gienek powiedział: "pojedziesz ze mną i tylko mnie przyświecisz latarką, a ja sam wszystko wykonam". (..) Nie wiem, czym się wówczas kierowałem, ale chyba byłem początkowo oszołomiony tym wszystkim i dlatego wyraziłem zgodę. 

Robert Durst - milioner skazany za zabójstwoMilioner skazany na dożywocie za morderstwo sprzed 21 lat

Eugeniusz K.: Po dojściu do zabudowań dosłownie zatrząsłem się na nogach i bałem się to zrobić. Zdecydowany byłem nawet odstąpić od tego, co planowaliśmy razem. Wtedy wujek Kostek powiedział: "nie bój się, ja jestem przy tobie i posiadam toporek. W razie czego ja będę zabijał toporkiem, jakby ktoś z rodziny D. nas zaatakował".

21 grudnia Eugeniusz bierze udział w wizji lokalnej. Odnajduje buty, które porzucił tuż po morderstwie. Ze stogu siana wygrzebuje dubeltówkę, z igliwia pod sosną wyciąga łuski po nabojach.

- Czyje są to buty? - pyta prokurator.

- Moje.

- Skąd się tu wzięły?

- Z domu.

- Ale kiedy pan je tu wyrzucił?

- Jakem szedł do domu od teścia.

W lutym wizję lokalną przeprowadza się też z Konstantym.

Eugeniusz K.: Popełnienie zbrodni poprzez zabójstwo i spalenie zwłok nie było podstawą przeczytanych książek ani też oglądaniem takich rzeczy w telewizji. Było to z własnych skojarzonych moich myśli. Na takie coś sam tylko z toporkiem nigdy bym nie poszedł, bo bym się obawiał, że nie dam sam rady. Natomiast z bronią tak. Bo liczyłem się z tym, że najpierw zabiję mężczyzn, a następnie z kobietami i dziećmi już sobie poradzę. 

"Gdybym wiedziała, co chcą zrobić, to bym ich z domu wypędziła"

4 marca Eugeniusza nie udaje się już przesłuchać. Prokurator odnotowuje, że mężczyzna szuka czegoś po kieszeniach, mówi coś o nadjeżdżającym pociągu, o aniołach. Następnego dnia to samo. Mężczyzna trzęsie głową, na zadawane pytania odpowiada w niezrozumiały sposób. 

Eugeniusza badają psychiatrki. Nie mogą nawiązać kontaktu z mężczyzną. Stwierdzają, że zdradza on zaburzenia psychiczne, ale trzeba przeprowadzić obserwację. Mężczyzna trafia do Instytutu Psychoneurologicznego w Pruszkowie. 

7 marca 1975 r. Zakład Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Warszawie wydaje opinię ws. kwestii ojcostwa. Na podstawie wyników badań krwi ustalono, że Eugeniusz rzeczywiście nie był ojcem ośmiomiesięcznej Joanny, córki Eugenii.   

Mariusz B., 2016 r.Morderstwo czterech osób, ich ciał nie odnaleziono. Jest wyrok

Do winy przyznaje się ostatecznie także Konstanty, z jednym wyjątkiem: mówi śledczym, że nie wchodził na strych i nie był świadkiem śmierci Eugenii K. Twierdzi, że pomagał Eugeniuszowi, bo bał się, że sam padnie ofiarą strzału z dubeltówki.

Franciszka najpierw odmawia składania zeznań. Później przekonuje, że nie jest niczemu winna, choć przyznaje, że za rodziną D., delikatnie mówiąc, nie przepadała. Potwierdza wersję Eugeniusza o tym, że miał być przez członków rodziny D. zastraszany. Według niej bał się nawet wychodzić z tego powodu z domu.

Franciszka K.: Po Eugenii wcale nie było widać, że jest w ciąży, bo dzisiaj to dziewuchy mają różne sposoby, żeby to ukryć. Sama zresztą wiem o takiej jednej, co obraz niosła, a zaraz po procesji dziecko urodziła, a nikt nie wiedział, że jest w ciąży.

Kobieta zarzeka się, że nie wiedziała, co zamierzali zrobić jej syn i brat. 

Franciszka K.: Gdybym wiedziała, że oni chcą zrobić taką sodomę i gomorę, to bym ich z domu wypędziła. 

Ostatecznie cała trójka zostaje poddana obserwacji psychiatrycznej. Biegli oceniają w końcu, że Konstanty i Franciszka mieli świadomość znaczenia dokonywanych przez nich czynów i mieli możliwość kierowania swoim postępowaniem.

Większy problem biegli mają ze zbadaniem Eugeniusza. Lekarze kilkukrotnie wnioskują o przedłużenie obserwacji, ponieważ nie był możliwy z nim "rzeczowy kontakt". 

Zatrzymanie Cezarego F.Dożywocie dla zabójcy i stalkera z Mrągowa. "Osoba agresywna i zuchwała"

Opinia zostaje wydana wiosną 1977 r., ponad dwa lata po morderstwie. Biegli ostatecznie uznają, że Eugeniusz K. ma "znaczne zaburzenia osobowości na tle organicznego uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego". Stwierdzają, że dokonał zabójstw w stanie bardzo silnego napięcia afektywnego, co w znacznym stopniu ograniczało jego zdolność rozpoznania swoich czynów i kierowania swoim postępowaniem.

"Nie jest zdolny do uczestniczenia w postępowaniu karnym" - oceniły lekarki. 

Prokuratura Wojewódzka w Ostrołęce z siedzibą w Wyszkowie pod koniec czerwca 1977 r. kieruje do sądu akt oskarżenia. 

Wyrok: Kara śmierci

Konstanty K. podczas rozprawy przyznaje, że wybił toporkiem szybę. Twierdzi jednak, że oświetlał nie konkretne osoby, a całe pomieszczenie. Przekonuje też po raz kolejny, że nie było go na strychu, gdy Eugeniusz zabijał swoją żonę. Swój udział w zdarzeniu znów tłumaczy strachem przed Eugeniuszem, który miał grozić mu śmiercią.

Franciszka z kolei mówi przed sądem, że w ogóle nie rozmawiała z Konstantym i Eugeniuszem na temat morderstwa. Mówi, że nie zauważyła, by obaj mężczyźni zniknęli z jej domu w nocy, kiedy to się stało, choć jej dom składa się z jednego pomieszczenia, w którym cała trójka spała.

31 stycznia 1978 r. Sąd Wojewódzki w Ostrołęce skazuje Konstantego K. na karę śmierci z pozbawieniem praw publicznych na zawsze. 

Sąd przyznaje, że Konstanty nie pozbawił nikogo śmierci bezpośrednio. Wpływ na surowość kary miały jednak inne okoliczności. Wzięto pod uwagę to, że mężczyzna nie znał nikogo z rodziny D. Wcześniej w ogóle się z członkami tej rodziny nie zetknął, nie był uwikłany w problemy Eugeniusza. Sąd zasugerował, że gdyby mężczyźni dysponowali drugim egzemplarzem broni, rola Konstantego byłaby bardziej aktywna.

Na korzyść mężczyzny nie przemawia również jego dotychczasowe życie. U Konstantego K. stwierdzono przewlekły alkoholizm, w zakładach pracy, w których wcześniej był zatrudniony, oceniano go jako mało zdyscyplinowanego. 

Nie będzie kasacji dla wyroku Moniki A. i Grzegorza R. 'Zawsze krył się we mnie okrutny demon'Była bibliotekarka planowała to od miesięcy. W zbrodnię wciągnęła 15-latkę. "Zawsze krył się we mnie demon"

58-letnia Franciszka K. zostaje skazana za nakłanianie mężczyzn do zamordowania rodziny D. Kobieta ma trafić na 12 lat do więzienia, sąd pozbawia ją praw publicznych na dekadę. Według sądu mężczyźni nie mieliby jakichkolwiek powodów, by bezpodstawnie pomówić ją o podżeganie do zbrodni. 

"Oskarżona, jak i Konstanty K. byli w stanie skutecznie unicestwić zbrodnicze plany Eugeniusza K." - czytamy w uzasadnieniu. Według sądu kobieta miała na syna "bardzo duży wpływ". Zostaje uznana za "moralną sprawczynię zbrodni".

Sąd decyduje także o podaniu wyroku do publicznej wiadomości i ogłoszeniu go w dzienniku "Nasza Trybuna". 

"Ogromnie pragnę żyć"

Konstanty K. odwołuje się do Sądu Najwyższego. W emocjonalnym piśmie twierdzi, że wszelkimi siłami próbował odwieść swojego siostrzeńca od morderstwa, chciał się nawet upić do nieprzytomności, by Eugeniusz nie zaciągnął go do rodziny D. Podkreśla, że Eugeniusz miał mu grozić śmiercią, jeśli z nim nie pójdzie.

Wspomina też, że ponieważ ukończył tylko cztery klasy szkoły podstawowej i ma problemy z czytaniem, protokoły z przesłuchań przed podpisaniem odczytywano mu na głos. Oskarża śledczych, że nie odczytywali wszystkiego, co było w protokołach. A te, jego zdaniem, niezgodnie z prawdą, przypisywały mu akceptację dla planu Eugeniusza. 

Obrońca Konstantego wskazuje Sądowi Najwyższemu, że kara jest niewspółmierna, bo mężczyzna tak naprawdę nikogo nie zabił, a był jednocześnie pod "presją psychiczną". 

Od wyroku odwołuje się także adwokat Franciszki. Przekonuje, że nie ma dowodów na to, że nakłaniała syna i brata do zbrodni. 

19 czerwca Sąd Najwyższy podtrzymuje wyrok wobec Konstantego. 

"Przedmiotem niniejszej sprawy jest morderstwo wyjątkowo ohydne, gdyż ofiarą jego padło aż sześć osób, a w tym dwoje dzieci, z których jedno miało zaledwie kilka miesięcy. Oskarżony Konstanty K., godząc się na udział w zabójstwie, od pierwszej chwili wiedział, że "do zabicia jest" sześć osób, a w tym jedno niemowlę" - stwierdza Sąd Najwyższy.

"Jego rola w popełnionym morderstwie bynajmniej nie była drugorzędna. Skoro bowiem zbrodnia miała być wykonana w nocy, w ciemnym wnętrzu mieszkania, Eugeniusz K. nie mógł wystrzelać wszystkich członków rodziny D., gdyby ktoś nie oświetlił miejsca przestępstwa i poszczególnych osób. Zresztą oskarżony Konstanty K. miał możność nawet w trakcie realizacji planu uniemożliwić swemu siostrzeńcowi - przez zaprzestanie oświecania - dokonywanie dalszych zabójstw" - czytamy w uzasadnieniu. 

Sąd Najwyższy jednocześnie uznaje, że Franciszka K., owszem, podżegała Konstantego do zbrodni, ale w przypadku Eugeniusza jedynie "podtrzymywała go" w tym zamiarze. 

W końcu Konstanty pisze też ze swoim adwokatem do Rady Państwa z prośbą o ułaskawienie.

"Ogromnie pragnę żyć. Przez czas odbywania kary dużo myślę nad tym, co zrobiłem i zrozumiałem, czym jest życie ludzkie i jaką posiada ono wartość" - czytamy w liście.

Twierdzi, że to jego siostra i siostrzeniec "są właściwymi sprawcami tego czynu i oni powinni ponieść surową karę, jaką jest śmierć".  

"Jeśli Rada Państwa nie skorzysta z prawa łaski, to zostanie popełnione zabójstwo na mojej osobie, które wyniknie na skutek sądowej pomyłki" - dodaje. 

W listopadzie Rada Państwa pod przewodnictwem Henryka Jabłońskiego postanawia z prawa łaski nie skorzystać. 

17 listopada w Sądzie Wojewódzkim odbywa się posiedzenie ws. ustalenia daty wykonania kary śmierci. Wyrok ma zostać wykonany dokładnie dziesięć dni później. I tak się dzieje.

"Ostrożny wycofany, mało wylewny"

24 maja 1983 r. sąd pozwala na warunkowe zwolnienie Franciszki K. z więzienia. Nakazuje jej jednocześnie "prowadzenie przykładnego trybu życia" i "unikanie konfliktów sąsiedzkich".

Z naszych nieoficjalnych ustaleń wynika, że i Eugeniusz trafił ostatecznie do zakładu karnego, z którego wyszedł najprawdopodobniej na początku lat 90. Areszt Śledczy w Elblągu konsekwentnie odmawia jakichkolwiek informacji na temat mężczyzny.

Po wyjściu na wolność zamieszkał w Domu dla Bezdomnych w Elblągu, gdzie od 1992 r. spędził prawie dziesięć lat. Później trafił do Domu Pomocy Społecznej "Niezapominajka".

Leon BrownBracia niesłusznie spędzili w więzieniu 31 lat. 75 mln dol. odszkodowania

W opinii pracowników DPS był "ostrożny, wycofany, mało wylewny". - W ogóle nie rozmawiał na temat swojej rodziny. Nie był agresywny, nie obawialiśmy się go - mówi nam jedna z osób, które pamiętają Eugeniusza K. 

- Wieczorami i nocami światło na korytarzu było lekko rozjaśniające. Nie było całkiem ciemno. Mimo to pan Eugeniusz idąc do łazienki używał latarki - słyszymy.

- W jego dokumentach znaleźliśmy list do matki. Stwierdziliśmy, że jeśli matka żyje, to dobrze byłoby, żeby ten list dostała. Okazało się, że matka już nie żyła. Nie pamiętam treści tego listu. Kojarzę jedynie, że był o miłości do tej matki - słyszymy od jednej z pracowniczek elbląskiego DPS. Jak udało nam się dowiedzieć, mężczyzny nikt z rodziny ani przyjaciół nie odwiedzał. 

Eugeniusz K. umiera w kwietniu 2011 r. Zostaje pochowany na elbląskim cmentarzu. Jego pogrzeb finansuje Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. 

Tekst powstał na podstawie akt prokuratorskich i sądowych.

Więcej o: