Prof. Leszczyński: Przez większą część historii ludzkości człowiek ciężką pracą mógł dojść najwyżej do grobu

Łukasz Rogojsz
- Te dwie wizje świata są nie do pogodzenia. "Pogodzą się" w sposób naturalny - z wymianą pokoleń. Nie da się racjonalnymi argumentami wytłumaczyć ludziom, żeby ich fundamentalny świat wartości się zmienił. Przynajmniej ja nie znam takiej metody - o pokoleniowym konflikcie o ciężką pracę w rozmowie z Gazeta.pl opowiada prof. Adam Leszczyński, historyk i socjolog.

Tej jesieni w Polsce sporo czasu i miejsca poświęciliśmy w Polsce dyskusji o tym, ile i jak ciężko powinni pracować Polacy. Czy ciężka praca gwarantuje życiowy sukces? Czy może tylko zmarnowane zdrowie i stracony czas? Czy dzięki ciężkiej pracy wszyscy mamy równe szanse na spektakularną karierę i idący za nią dobrobyt, czy może jednak to inne czynniki o tym decydują? Między innymi na te pytania staramy się odpowiedzieć w cyklu "Przetyrani", który poświęciliśmy zarówno samej pracy Polaków, jak i temu w jaki sposób tę pracę postrzegamy i jak o niej mówimy.

Wszystkie materiały z cyklu „Przetyrani" przeczytasz tutaj i tutaj

*****

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Rozmawiamy późnym popołudniem, więc nie mogę zacząć inaczej: ile godzin pan dzisiaj przepracował?

DR HAB. ADAM LESZCZYŃSKI, PROF. SWPS: Niedużo, około czterech. Wczoraj jednak skończyłem zajęcia ze studentami o 21, a przez cały weekend również pracowałem na uczelni. Swoją normę czterdziestu godzin tygodniowo, patrząc na średnią, raczej wyrobiłem.

Średnio osiem godzin dziennie. Może nie wystarczyć, żeby osiągnąć sukces.

Przykro mi, najwyżej nie odniosę sukcesu. (śmiech)

Albo już go pan odniósł. Wtedy można zredukować liczbę przepracowanych godzin.

Zupełnie serio, to jeśli o mnie chodzi, mam wrażenie, że naprawdę produktywny - rozumiem przez to zajmowanie się bardzo intensywną pracą umysłową - mogę być przez mniej więcej cztery godziny w ciągu dnia. Pracować mogę, oczywiście, dłużej. Mogę być na zebraniach, prowadzić rozmowy, uczestniczyć w spotkaniach, zajmować się kwestiami administracyjnymi - to wszystko mogę robić dłużej. Jeśli jednak chodzi o prawdziwą pracę twórczą, to cztery godziny są u mnie górną granicą.

Jak to się ma do tych szesnastu godzin, o których ostro w Polsce dyskutowaliśmy tej jesieni?

Sęk w tym, że sukces wielkich ludzi, wielkich przedsiębiorców, w dużej mierze polega na tym, że to inni na nich pracują.

Ludzie sukcesu nie zawsze nimi byli. Na dole tej drabiny też musieli ostro zasuwać.

Można to odwrócić: od tysiącleci ludzie ciężko pracowali, a nieliczni odnosili sukces. To nie znaczy, że praca nie jest kluczem do sukcesu. To znaczy, że oprócz niej - albo zamiast niej - potrzeba zwykle także innych rzeczy: kapitału na start, znajomości, kontaktów rodzinnych, szczęścia. Jednak ludzie, którzy odnieśli sukces, często uważają, że zawdzięczają go wyłącznie swoim zaletom i wysiłkowi.

Zobacz wideo Jak mocno pandemia koronawirusa zmieniła polski rynek pracy?

Dziwi pana w ogóle ten spór o to, ile powinniśmy pracować? Dziwi pana, że rozmawiamy o tym teraz, w trzeciej dekadzie XXI wieku?

Mnie dziwi, że ta dyskusja następuje tak późno. Cofnijmy się do lat 70. i 80. XX wieku. Bardzo powszechnie narzekano wówczas w Polsce na niską jakość pracy, na to, że ludzie źle pracują, że etyka pracy upada. Można to znaleźć w licznych tekstach socjologicznych i dziennikarskich.

Było tak?

Tak, jakość pracy była niska - potwierdzają to badania historyczne - ale nie z powodu upadku etosu pracy. Po '76 roku polska gospodarka wpadła w potężne turbulencje. W fabrykach często były wówczas przestoje, ponieważ brakowało rozmaitych surowców i komponentów do produkcji. Rotacja kadr w socjalistycznych zakładach pracy często była duża, co sprzyjało nadzatrudnieniu. Dla okresu stalinowskiego rotacja wynosiła nawet 150 proc. w ciągu pół roku, co oznacza, że w tym czasie wymieniano półtorej załogi.

Wymieniano, bo nie dawali rady?

Raczej odchodzili tam, gdzie było im chociaż odrobinę lepiej. To były czasy, gdy ludzie nie byli specjalnie przywiązani do swojego miejsca zatrudnienia.

Więcej o konflikcie wokół czasu pracy przeczytaj na stronie głównej Gazeta.pl.

To zmieniło się w późniejszych latach, gdzie często człowiek miał jedną pracę przez całe życie.

Zgadza się, ale początek PRL-u był kompletnie inny pod tym względem. Co pan robi jako zarządca fabryki, kiedy ma pan tak dużą rotację i nigdy nie wie, ile osób przyjdzie panu do pracy rano? Zatrudnia pan więcej, niż pan potrzebuje. Musi pan mieć nadzatrudnienie, żeby w ogóle można było obsadzić wszystkie stanowiska.

Trochę jak z ławką rezerwowych w sportach drużynowych.

Trochę tak. Krótko mówiąc, w schyłkowym PRL-u narzekanie na niską jakość pracy było powszechne - widać to było i w tekstach socjologicznych, i w publicystyce prasowej. Lata 90. miały być zerwaniem z PRL także pod tym względem. Wszyscy myśleli, że teraz wychodzimy ze stanu nierzeczywistości - Kazimierz Brandys napisał w latach 70. głośną książkę o PRL-u pod takim tytułem. My, Polacy, wychodzimy ze świata na niby, którym był PRL, gdzie nic nie było na serio i wszystko było na niby. To miało być wejście do prawdziwego życia - prawdziwych pieniędzy, prawdziwych biznesów, prawdziwego kapitalizmu.

I prawdziwej pracy?

To również. W gazetach wówczas często pisano, że trzeba dużo pracować: jesteśmy krajem na dorobku, jesteśmy biedni, musimy nadganiać stracony czas i wracać do Europy, a teraz każdy w dodatku może dorobić się majątku (to ostatnie akurat nie było prawdą). Metafora "wracania do Europy" była wtedy bardzo powszechna. Polska z winy komunizmu z Europy wypadła i musieliśmy z powrotem mozolnie się do niej wspinać. Nie możemy tutaj zapominać, że po komunizmie Polska była krajem biednym, znacznie biedniejszym niż obecnie, a w krajach biednych ludzie po prostu długo pracują, ponieważ robią to nieefektywnie. Myśmy też pracowali długo, o ile ktoś miał pracę.

Ale to były też złote czasy dla obrotnych ludzi.

A zna pan czasy, które były złe dla ludzi obrotnych? (śmiech) Ja nie znam.

Początek lat 90. i złote lata transformacji wyjątkowo premiowały osoby z głową na karku. Wiele wielkich karier i wielkich majątków ma swój początek właśnie wtedy.

Górna granica tego, co można było wówczas zarobić, była zdecydowanie wyższa niż w komunizmie. To nie ulega wątpliwości. Natomiast czasy dobre dla ludzi obrotnych były w Polsce zawsze. Nie przypominam sobie epoki, w której tak nie było. Sęk w tym, że nie wszyscy są obrotni. Obrotny jest niewielki odsetek z nas. Ja na przykład nie uważam się za osobę szczególnie obrotną.

Skutki tornada w KentuckyTornada w USA. "Nasze kostnice nie są wystarczająco duże" [ZDJĘCIA]

Ten dzisiejszy spór to spór między ludźmi obrotnym i nieobrotnymi?

Powinniśmy zacząć od tego, że w sposobie, w jaki ludzie myślą o pracy - w tym o pracy swojej, o tym, jak pracują i czemu ta praca służy - nie ma nic naturalnego i oczywistego. Jeśli czytał pan Stary Testament, to w Księdze Rodzaju jest taki moment, kiedy Bóg, wyrzucając z raju Adama i Ewę, mówi Adamowi im, że ona będzie rodzić w bólach, a on całe życie ciężko pracować: "Przeklęta niech będzie ziemia z twego powodu: w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie dla siebie po wszystkie dni twego życia".

Taka faktycznie była rzeczywistość pracy w okresie przedprzemysłowym, a więc przez 99 proc. historii ludzkości. Praca była wówczas niemal dla wszystkich dopustem bożym, koniecznością, karą. Większość ludzi żyła na granicy biologicznego przetrwania. Większość też pracowała na roli i była to monotonna, ciężka, niewdzięczna praca, z której w dodatku dużą (niekiedy większą) część tego, co się produkowało, trzeba było komuś oddać - panu feudalnemu, poborcy podatków, bandytom, wojsku. To był świat bardzo statyczny. Wzrost gospodarczy był bliski zera, głównym źródłem bogactwa była ziemia i jej produkty, przy czym produktywność ziemi była w zasadzie stała, ponieważ rosła bardzo powoli, o ile w ogóle. W tamtych czasach człowiek szlachetnie urodzony nie pracował, a przynajmniej nie wykonywał pewnych zawodów (najlepiej żadnych). To zaczęło się zmieniać w pewnych częściach świata - głównie w Europie Zachodniej, bo nie w Polsce - w okresie początku rozwoju kapitalizmu.

Jan de Vries, holenderski historyk, nazywa ten moment industrious revolution. W epoce nowożytnej na Zachodzie - a więc w XVI-XVII wieku - zaszła zmiana wzorów gospodarowania i myślenia o ekonomii. Stało się to jeszcze przed rewolucją przemysłową, głównie w miastach Zachodu. Taka rewolucja mieszczańska. To, co wówczas zaczyna się zmieniać - przy okazji pojawiają się zalążki nowoczesnego wzrostu gospodarczego - to pojawienie się perspektywy, że ciężką pracą człowiek może do czegoś dojść. Przez większą część historii ludzkości człowiek ciężką pracą mógł dojść najwyżej do grobu.

O tym mówił Adrian Zandberg w ramach jego słownej potyczki z prof. Marcinem Matczakiem.

Idea, że praca jest czymś szlachetnym, pojawia się w historii ludzkości stosunkowo późno. W Polsce jeszcze później, bo na dobre dopiero w XIX wieku. Teraz pomyślmy, komu zależy na tym, żeby mówić ludziom, że warto ciężko pracować.

Tym, którzy mają z tego zysk.

Otóż to. W średniowieczu zależy na tym Kościołowi, panu feudalnemu i monarsze, a więc tym, którzy nie żyją z uprawy roli, tylko z tego, co odbierają ludziom, którzy na tej roli pracują. Taki sens ma wtedy dyskurs zachęcający do ciężkiej pracy. Ten dyskurs jest wytworem ludzi, którzy z ciężkiej pracy innych czerpią efekty. Dlatego gdy słyszymy opowieść o tym, że warto ciężko pracować, zawsze powinniśmy zajrzeć, co się za nią kryje. Warto patrzeć, kto to mówi i w jakich okolicznościach.

Przez te kilkaset lat przyzwyczailiśmy się do ciężkiej pracy? Mamy to wdrukowane historycznie i kulturowo?

Przejdźmy do lat 90. XX wieku. Pojawia się u nas wówczas grupa ludzi, którzy bardzo realnie zaczynają korzystać na ciężkiej pracy innych - np. są partnerami w kancelariach prawniczych i zarabiają na tym dużo pieniędzy. Z drugiej strony, mamy oczywiście cały świat nowych możliwości i perspektywę dorobienia się, która nie jest całkowicie abstrakcyjna. W latach 90. zaczyna się dynamiczny wzrost gospodarczy, a owoce tego wzrostu - dzisiaj już wszyscy to wiemy - rozkładają się nierówno. Pewna niewielka grupa ludzi dostaje znacznie większą część niż cała reszta.

Czyli jednej grupie ciężka praca zaczyna się coraz mocniej opłacać. Tyle że cudza ciężka praca.

Swoja też. Mamy przecież badania pokazujące, że przedsiębiorcy realnie dużo pracują i także dużo czasu spędzają w pracy. Oni sami - ci przedsiębiorcy - są przekonani, że wypracowują sukces własnymi rękami.

To fałszywe przekonanie?

Ci ludzie konstruują sobie opowieść, która jest dla nich bardzo wygodna. Wyobraźmy sobie hipotetyczną osobę - czterdziestoparoletniego partnera w znanej kancelarii prawniczej. Taka hipotetyczna osoba korzysta z tego, że inni, młodsi prawnicy pracują bardzo długo, a ona na tym zarabia. Z drugiej strony, taka osoba uważa, że sama do wszystkiego doszła, sama na wszystko zasłużyła, przebiła się na szczyt wyłącznie swoją ciężką pracą. A skoro ona to zrobiła, to wszyscy mogą. Jeśli tylko będą się starać.

A mamy dowód, że nie była to ciężka praca tej osoby? Może coś jest w micie self-made mana.

Powody sukcesu życiowego są złożone: to zawsze kombinacja talentu, ciężkiej pracy, szczęścia i trafienia w odpowiedni moment historyczny. Na przykład: zmienia się ustrój gospodarczy i nagle otwiera się cała masa zawodów i stanowisk. W ogóle nowych gałęzi biznesu. Przykładem niech będzie marketing, który w Polsce pojawił się dopiero w latach 90. Ludzie, którzy wcześnie weszli na ten rynek, w dużej mierze zrobili błyskotliwe kariery i są na wysokich stanowiskach do dzisiaj. Mają 45-50 lat i wcale nie wybierają się na emerytury.

'OK, boomer' - sarkastyczne hasło, którym młodzi odpłacają się starszym za lata protekcjonalnego traktowaniaBoomerzy vs Milenialsi. Konflikt, który zdefiniuje Polskę na lata

Opowieść o ciężkiej pracy to narzędzie kształtowania świata wedle własnej woli i interesów?

Społecznie rzecz ujmując, opowieść o ciężkiej pracy ma różne funkcje. Z jednej strony, uzasadnia pozycję ludzi, którzy są na szczycie. Ci ludzie mówią: "Ciężko pracujemy, więc nam się należy więcej niż innym". Warto żyć w poczuciu, że się na swój sukces zasłużyło. (śmiech)

Z drugiej strony, ta opowieść motywuje pozostałych do ciężkiej pracy. Jest obietnicą: będziesz ciężko pracować, to będziesz dużo miał, może ci się uda, może ty też zostaniesz partnerem w kancelarii.

Po trzecie, taka opowieść uzasadnia cały porządek społeczny. Mówi tyle: ci, którzy są bogaci, mają więcej od was, wy jesteście biedni, bogaci pracowali ciężko, dlatego mają to, co mają, skoro wy nie jesteście bogaci, to zapewne słabo się staracie. To bardzo konserwatywne przesłanie, które jest jednym z kluczowych uzasadnień porządku społecznego. W tym naszego.

Wini pan przesłanie, ale ktoś w nie uwierzył.

Nie ma się co dziwić, że ludzie w to uwierzyli. Ludzie chętnie wierzą w rzeczy, które stawiają ich w dobrym świetle, a także przynoszą korzyści - emocjonalne i materialne.

Tutaj pojawia się też pytanie, kto słyszy tę opowieść. Jeśli początkujący student prawa, to myśli, że faktycznie chciałby kiedyś zostać tym partnerem w kancelarii i opływać w dostatki. Ale jeśli słyszy to samotna matka, pracująca na dwie albo trzy zmiany, żeby utrzymać siebie i dzieci, to przecież ona nie ma perspektywy spektakularnego sukcesu. Ma co najwyżej perspektywę przeżycia "byle do pierwszego" i zgubienia gdzieś po drodze zdrowia.

Obietnica, że ciężką pracą można coś osiągnąć, adresowana jest do naprawdę niewielkiej grupy pracowników. Patrzyłem dzisiaj na ofertę pracy w supermarkecie jednej z dużych sieci. W ofercie była zachęta do aplikowania, ale nie było nawet słowa o możliwości awansu. Było napisane, że jest fajny zespół, stabilne zatrudnienie etc. Obietnica kariery obietnica jest przeznaczona raczej dla "białych kołnierzyków", dla ludzi zajmujących się pracą umysłową, którzy już na wejściu należą do klasy średniej. Do klasy ludowej rzadziej mówi się takim językiem.

Konflikt o pracę jest wyłącznie konfliktem klasowym? Czy może także światopoglądowym i generacyjnym?

W naszych realiach jest przede wszystkim konfliktem wywołanym demografią. Młodych ludzi, którzy obecnie są na rynku pracy, będzie coraz mniej. Dzięki temu mogą stawiać pracodawcom żądania, ponieważ wraz z upływem czasu będą coraz cenniejszym nabytkiem. Ponadto wraz z rosnącą zamożnością kraju zmienia się dominujący system wartości. Badania społeczne pokazują, że im kraj jest bogatszy, tym bardziej ceni sobie wartości postmaterialistyczne - np. zamiast odrobinę lepszego samochodu wybieramy czas wolny, komfort życia, estetyczne otoczenie czy czyste środowisko.

Demografia demografią, ale co z zupełnie innym spojrzeniem na pracę dwóch generacji Polaków?

Wydaje mi się, że ten konflikt bierze się w części stąd, że starsze pokolenie jest wychowane w biedzie, w realiach kraju na dorobku. Tymczasem młodzi ludzie, którzy wchodzą albo niedawno weszli na rynek pracy, mają już system wartości ukształtowany w realiach kraju, który może nie jest najbogatszy na świecie, ale jednak zalicza się do 30 najbogatszych krajów świata. Starsze pokolenie narzeka więc na młodych, którym - w ich mniemaniu - nie chce się ciężko pracować. Ale to tylko hipoteza.

Te dwa systemy wartości są w ogóle do pogodzenia? Jest tu możliwy jakiś dialog, kompromis?

One są nie do pogodzenia. "Pogodzą się" w sposób naturalny - z wymianą pokoleń. Nie stanie się to bardzo szybko. Prof. Matczak jest niemalże moim rówieśnikiem, a więc my się jeszcze nigdzie nie wybieramy. Nie da się racjonalnymi argumentami wytłumaczyć ludziom, żeby ich fundamentalny świat wartości się zmienił. Przynajmniej ja nie znam takiej metody. To jeden z tzw. konfliktów trudno rozwiązywalnych, w których nie chodzi wyłącznie o fakty, ale także o postawy i wartości.

Powiedział pan o dwóch skrajnie odmiennych systemach wartości: materialistycznym i postmaterialistycznym. W rozmaitych badaniach Polacy zawsze są w czołówce najwięcej pracujących narodów. Z drugiej strony, jeśli chodzi o poziom szczęścia społeczeństw, próżno szukać nas w czołówce badań. Nie potrafimy jeszcze czerpać z życia niematerialistycznie?

Badania mówią, że obywatele bogatych krajów są statystycznie szczęśliwsi. Na ogół ludzie czują się bardziej zadowoleni z życia, jeśli żyją w zamożnym kraju.

Podobno pieniądze szczęścia nie dają.

Dają, dają. Oczywiście do pewnego stopnia. W szczególności dają, jeżeli zapewniają podstawowy komfort życia - bezpieczeństwo przed głodem i skrajną nędzą, dach nad głową, dostęp do ochrony zdrowia. Zgadywałbym, że liczba godzin przepracowywanych rocznie przez statystycznego Polaka zacznie się zmniejszać, im bardziej będziemy zbliżać się do zachodnioeuropejskiego poziomu bogactwa. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Ludzie, którzy czują się zabezpieczeni materialnie, zaczynają myśleć o tym, żeby mniej pracować i mieć więcej życiowego komfortu.

Co z wątkiem kulturowo-historycznym? Chociażby z naszym chłopskim rodowodem. W Polsce nigdy nie było silnego mieszczaństwa. Jakie ma to przełożenie na miejsce ciężkiej pracy w naszym społecznym systemie wartości?

Chłopi z konieczności życiowej byli niesłychanie pragmatyczni. Wiele osób ma być może wyobrażenie chłopstwa jako ciemnego czy prymitywnego. Zupełnie niesłusznie. Chłopi nie byli głupsi od dziedziców. W swoim pragmatyzmie doskonale wiedzieli, że praca na pańszczyźnie zupełnie im się nie opłaca. Właściciele majątków uważali, że chłopi są leniwi i kradną, i... tak zapewne było. Ale nie dlatego, że to były immanentne cechy charakteru chłopów, tylko dlatego, że taką musieli mieć strategię przetrwania.

Dość ryzykowną. W końcu pan feudalny mógł z chłopem zrobić niemal wszystko.

W Rzeczypospolitej mógł, chociaż nie zawsze i nie każdemu chłopu. Na Zachodzie właścicielowi było trudniej, chociaż oczywiście też miał jak chłopu zaszkodzić. Mamy bardzo wiele świadectw, mówiących o tym, że jeśli okoliczności historyczne pozwalały chłopom się dorobić, to okazywali się niezwykle przedsiębiorczy. Potrafili doskonale liczyć pieniądze. Często mówi się o "chłopskiej pazerności" - to zresztą powszechny stereotyp na temat chłopów - ale chłop nie był pazerny, tylko żył w świecie, w którym każdy grosz się liczył, więc robił wszystko, co może, żeby zabezpieczyć byt swojej biednej rodziny.

Mimo tego chłop dorobił się łatki chciwego ciułacza.

To, co w rzeczywistości było wyćwiczoną przez wieki strategią przetrwania, obserwatorom z kręgów inteligenckich czy szlacheckich wydawało się pazernością. Chłopi byli dlatego tak przywiązani do tego, co posiadają, ponieważ ekonomia moralna życia chłopskiego była nastawiona na przetrwanie. Z drugiej strony, chłopi byli też nieufni wobec władzy. Mieli ku temu dobry powód, bo historycznie, jeśli władza interesowała się chłopem, to głównie po to, żeby mu coś zabrać. Zawsze tak było. To się w Polsce nie zmieniało niezależnie od ustroju - czy to była władza pana feudalnego, szlachcica-dziedzica, czy w II RP, czy w komunizmie, który też wieś traktował jako rezerwuar produkcji rolnej i zasobów pracy, inwestując w nią tak mało, jak tylko się dało.

Przeskoczmy kilkaset lat do przodu. Pół wieku PRL-u jeszcze dodatkowo wzmocniło nasze chłopskie podejście do pracy? Realia były podobne - nie sposób było się dorobić pracując w umownej fabryce. Zwłaszcza uczciwie.

PRL był pod tym względem bardzo podobny do rzeczywistości feudalnej, tzn. na różne sposoby zabierał chłopom to, co wytworzyli. Radzili sobie z tym, sprzedając część produktów "na lewo", poza państwowymi systemami skupu. To wszystko bardzo stare strategie, znacznie starsze od samej Polski Ludowej. Poza tym, pamiętajmy, że podejście do pracy, nasze postrzeganie pracy i bogactwa albo spojrzenie na to, czy można się wybić i odnieść sukces, zależą przede wszystkim od rodziny, w której się urodziliśmy i wychowaliśmy (a więc pozycji społecznej), oraz momentu historycznego, w którym przyszło nam żyć. W zależności od tych dwóch czynników społeczne normy dotyczące pracy i majątku są diametralnie różne.

To ile tego uciemiężonego chłopa pańszczyźnianego wciąż w nas siedzi?

Myślę, że niedużo, realia życia bardzo się zmieniły. Na szczęście.

Fejfer: Polski liberalizm jest trupem. Zgubiła go fałszywa wiara, że każdy z nas jest kowalem własnego losuFejfer: O sukcesie w życiu decyduje kasa rodziców i przypadek

Poruszyliśmy kilka wątków, ale co jest dzisiaj kluczowym czynnikiem, który nas determinuje w kwestii myślenia o pracy i funkcjonowania na rynku pracy?

To zawsze zależy od tego, kogo pan zapyta. Mam wrażenie, że młodych ludzi - zaznaczam, że to tylko moje wrażenie - napędza opowieść o przygodzie i samorealizacji. Są dużo mniej skłonni godzić się na łamanie czy naruszanie praw pracowniczych niż starsze pokolenie. Są dużo bardziej świadomi swoich praw, a jednocześnie mniej posłuszni i mniej zastraszeni w relacji pracownik-pracodawca. Ludzie z mojego pokolenia często odbierają to jako arogancję, ale to po prostu światopogląd, który ma źródło w dorastaniu w zupełnie innych realiach.

Młodzi wyzwolili się z mentalności społeczeństwa na dorobku, goniącego bogaty Zachód?

Mam nadzieję, że tak jest! To w połączeniu z demografią sprawia, że ich pozycja przetargowa na rynku pracy jako grupy jest niezła. Młodych pracowników jest mało, będzie jeszcze mniej, z kolei bezrobocie mamy niskie, więc pracodawcy tracą uprzywilejowaną pozycję. Niechybnie idziemy w Polsce w stronę cywilizowania stosunków pracy i zbliżania się w tej dziedzinie do norm świata rozwiniętego. Nawet mimo tego, że państwo w tym nie pomaga - przecież Państwowa Inspekcja Pracy jest instytucją dalece niewydolną i nieskuteczną - a pracodawcy wyrzucają założycieli związków zawodowych, ostatnio mieliśmy szereg takich głośnych przypadków.

Mówiąc najogólniej: to rynek nas ucywilizował?

Rynek, bliskość Zachodu i demografia. Tylko musimy nadal pozostać częścią Zachodu w znaczeniu cywilizacyjno-kulturowym, a więc mieć także zachodnie standardy postępowania ze związkowcami. Myślę jednak, że w długiej perspektywie czasowej demografia nakaże tym wszystkim wściekłym pracodawcom z pokolenia X zacisnąć zęby i być miłymi dla swoich młodych podwładnych.

W końcu nauczymy się dzięki temu work-life balance?

Odpowiem anegdotą. Znajomy, który pracuje w Londynie i zatrudnia tam ludzi, kiedyś zadzwonił do jednego ze swoich pracowników w piątek wczesnym popołudniem, jeszcze w godzinach pracy, i prosił go, żeby ten coś jeszcze zrobił przed weekendem. Pracownik mu odmówił, argumentując, że zaraz jedzie grać w golfa. Mojego znajomego - to człowiek z mojego pokolenia, dodatkowo wychowany (także zawodowo) w Polsce - zamurowało.

Jakby tym kijem golfowym ktoś zdzielił go po głowie.

Był absolutnie wściekły. Ale nie miał wyjścia, musiał się dostosować. Nasi pracodawcy też będą musieli.

Więcej o: