Najpierw mówiono o cudzie, potem przyszły wątpliwości. Lód na śmigłowcu prawie zabił premiera i 14 innych osób

W jednej chwili był to, wydawałoby się, rutynowy lot. Owszem, pogoda była zła, ale nie w takiej się latało. Nieco ponad minutę później pasażerowie i załoga w oszołomieniu mogli zacząć myśleć, że to cud. Śmigłowiec był spłaszczony, przebity przez drzewo i leżał w lesie. Jednak oni żyli.

Dopiero z czasem zaczęły przychodzić wątpliwości. Katastrofa rządowego śmigłowca Mi-8 w lesie pod Piasecznem nie była wydarzeniem jednoznacznym. Choć zazwyczaj określana jako cud i popis umiejętności pilota w kryzysowej sytuacji, to nie brakuje głosów, że gdyby lepsze wyszkolenie i procedury, oraz więcej zdrowego rozsądku, to nikt by cudów nie musiał czynić.

Względnie kontrolowane wpadnięcie w las

Do wypadku doszło 18 lat temu, czwartego grudnia 2003 roku. Obsługujący rząd wojskowy śmigłowiec Mi-8 latający w składzie 36. Specjalnego Pułku Transportowego wiózł premiera Leszka Millera wraz z kilkoma współpracownikami oraz ochroną. Łącznie 11 pasażerów, plus cztery osoby załogi. Śmigłowiec wystartował późnym popołudniem z Wrocławia, w którego pobliżu premier brał udział w obchodach górniczej Barbórki i otwarciu odcinka autostrady A4. Lądowanie w Warszawie planowano na około godziny 19. Oznaczało to, że mający trwać niecałą godzinę lot odbywał się po zmroku.

Pogoda była kiepska. Jak to na początku grudnia. Na znacznej części trasy nisko zalegające nad ziemią chmury. Miejscami mgła i mżawka. Temperatura tylko kilka stopni ponad zero. Załoga pod dowództwem majora Marka Miłosza musiała długo lecieć bez widoczności ziemi, zdając się tylko na instrumenty pokładowe. Wymagający lot, ale nic ponad to, z czym regularnie mieli do czynienia piloci 36. specpułku.

Dolatując w okolice Piaseczna pod Warszawą, załoga śmigłowca wymieniała normalne komunikaty z kontrolą lotów na lotnisku Okęcie. Na jej polecenie kilka razy zmieniła kurs i zaczęła szykować się do lądowania. Nagle ku zaskoczeniu wszystkich rozległ się huk, po którym dźwięk silników maszyny stał się wyraźnie cichszy. Pozornie bez żadnego ostrzeżenia przestała działać prawa turbina. Do lotniska nie było daleko. Mi-8 powinien móc do niego dociągnąć na pozostałej lewej turbinie. Sekundy później wyłączyła się jednak też ona.

W takiej sytuacji pilotowi nie zostało nic innego, jak spróbować lądować awaryjnie przy pomocy autorotacji. Jednak kiedy maszyna wypadła z nisko wiszących chmur, w świetle reflektorów maszyny ukazał się tylko las. Żadnej płaskiej otwartej przestrzeni, na której można by było awaryjnie lądować. Około 30 sekund po zatrzymaniu się drugiej turbiny łopaty wirnika maszyny zawadziły o pierwsze drzewa w pobliżu wsi Chojnów. Później był tylko huk rozdzieranego przez drzewa kadłuba, gwałtowne uderzenia i cisza.

 

Zabójczo niebezpieczny lód

Wpadnięcie jakimkolwiek samolotem czy śmigłowcem w las jest w sposób oczywisty skrajnie niebezpieczne. Jednak tego dnia skończyło się wyjątkowo dobrze. Nikt z 15 osób na pokładzie nie zginął. Tylko dwie odniosły poważniejsze obrażenia. Jak wiele szczęścia mieli wszyscy obecni na pokładzie, można się domyślić, oglądając zdjęcia wraku Mi-8 wywożonego z lasu. Maszyna uległa znacznemu spłaszczeniu, robiąc się o prawie połowę niższą. Sufit zatrzymał się tuż nad zagłówkami foteli. Drzewo przebiło na wylot kokpit i niechybnie zabiłoby technika pokładowego, gdyby nie to, że sekundy wcześniej przeszedł do kabiny pasażerskiej pilnować dobrego zapięcia pasów. Co najważniejsze, w bardzo wilgotnej i zimnej aurze nie doszło do pożaru.

Tak szczęśliwy finał jakże niebezpiecznego wypadku przypisywano głównie umiejętnościom majora Miłosza, który po utracie napędu w chmurach sprawnie sięgnął po jedyną pozostałą dla pilota śmigłowca deskę ratunku, czyli manewr autorotacji. Wykorzystując energię ciągle rozpędzonego wirnika i całej maszyny, był w stanie względnie kontrolować opadanie i jego kierunek przy jednoczesnym wytracaniu prędkości. W efekcie Mi-8 wpadł w drzewa, lecąc stosunkowo powoli i płasko względem ziemi. To, co się działo potem było już tylko kwestią przypadku i szczęściem wszystkich na pokładzie.

W kolejnych dniach termin autorotacja stał się powszechnie znany w Polsce. W mediach chwalono pilota i jego "mistrzowskie" umiejętności. Istotnie przyczynił się do tego sam premier, który o majorze Miłoszu wypowiadał się w samych superlatywach. Z czasem atmosfera zaczęła się jednak psuć. Dochodzenie wykazało, że oba silniki mechanicznie były sprawne. Wyłączyły się z powodu oblodzenia. Kombinacja niskiej temperatury i wysokiej wilgotności sprawiła, że we wlotach powietrza do silników zaczął tworzyć się lód, który w końcu tak ograniczył przepływ powietrza, iż obie turbiny się wyłączyły z jego braku. To znane zjawisko i śmigłowiec Mi-8 ma dwa systemy, które powinny sobie z nim poradzić. To, w jaki sposób załoga ich użyła, stało się główną osią oskarżenia prokuratury wojskowej, która zarzuciła majorowi Miłoszowi niedochowanie zasad bezpieczeństwa i nieumyślnego doprowadzenia do katastrofy.

Rakieta Titan II w silosie. Zdjęcie z muzeumRakieta z głowicą jądrową eksplodowała. Tragiczny błąd 40 lat temu

Cud poddany wątpliwościom

Ogrzewanie wlotów powietrza do silników Mi-8 może zostać włączone ręcznie, albo w trybie automatycznym. Generalnie przed lotem załoga powinna otrzymać informacje meteorologiczne i wiedzieć, czy na trasie występują warunki, w których może dojść do oblodzenia. Wówczas powinna zawczasu ręcznie włączyć ogrzewanie, które oznacza jednak utratę kilku procent mocy silników i zwiększenie zużycia paliwa. Nie powinno się jego jednak włączać ręcznie po wleceniu w strefę możliwego oblodzenia, ponieważ wówczas płaty utworzonego już lodu mogą oderwać się od wlotów powietrza i wpaść do turbin, uszkadzając je. W takim wypadku należy po prostu jak najszybciej wylecieć ze strefy zagrożenia. Alternatywnie jest jeszcze automatyczne włączenie ogrzewania tylko dla jednego silnika, ale nie działa ono dobrze, jeśli oblodzenie występuje głębiej we wlocie powietrza, a nie na jego krawędzi.

W tym feralnym locie załoga pod dowództwem kapitana Miłosza nie włączyła zawczasu instalacji przeciwoblodzeniowej. Automatyczna nie zadziałała. Pilot przyznał w toku procesu, że nie uruchomienie instalacji traktuje to jako swój błąd, jednak bronił się, że nie otrzymał informacji o możliwym zagrożeniu oblodzeniem. Co więcej, miało ono nie być widoczne na wlotach powietrza i nie uruchomił się system automatyczny. Nie przyznał się więc do winy i apelował o ocenę jego działań, biorąc pod uwagę jego stan wiedzy z dnia katastrofy, a nie późniejsze ekspertyzy i ustalenia. Postępowanie i proces trwały sześć lat. Ostatecznie w 2010 roku pilot został całkowicie uniewinniony. Sprawę formalnie zamknięto rok później. W 2013 roku już podpułkownik Miłosz odszedł z wojska. Do dzisiaj pilotuje śmigłowce, już jako cywil.

W 2013 roku dziennikarz "Polityki" Grzegorz Rzeczkowski opublikował artykuł poważnie poddający w wątpliwość narrację o cudzie. W rozmowie z nim dwóch cywilów wchodzących w skład wojskowej komisji badającej wypadek zarzuciło wojsku zamiatanie niewygodnych informacji pod dywan. Raportu ze śledztwa nigdy nie opublikowano. Ma być w nim jednak stwierdzone, że załoga była przemęczona, bo była przed feralnym lotem na służbie od 30, albo 36 godzin, w których trakcie miała tylko sześć godzin na odpoczynek i 4,5 na sen. Dodatkowo major Miłosz miał rzekomo nie zainteresować się dość dokładnie raportami meteorologicznymi. W raporcie ma być napisane, że załoga nie dokonała pełnej oceny wpływu pogody na postawione im zadanie w postaci przewiezienia premiera. Dodatkowo start miał nastąpić w warunkach gorszych, niż te minimalne dopuszczalne. Załoga miała też nie dość uważnie monitorować przyrządy pokładowe, które miały już dwie minuty przed wyłączeniem się pierwszego silnika wskazywać na powolny spadek jego obrotów, co może wskazywać na tworzące się oblodzenie. Eksperci mieli też stwierdzić, że tak naprawdę manewr autorotacji nie został przeprowadzony perfekcyjnie i kontrola nad maszyną w ostatnich momentach nie była bez zastrzeżeń. W trakcie lotu i samej sytuacji kryzysowej lotnicy mieli kiepsko współpracować, przez co major Miłosz był przeciążony zadaniami i nie mógł się skupić na tym co najważniejsze, czyli pilotowaniu.

Pomimo takich rewelacji, sprawa pozostała zamknięta. Premier Miller artykuł Rzeczkowskiego skomentował w radiu RMF takimi słowami:

Rzeczywiście wynika z niego nie najlepszy obraz. Ale ponieważ wszyscy żyjemy i uważamy, że nasz pilot, pan pułkownik Miłosz, dokonał mistrzowskiego manewru autorotacji to przede wszystkim (...) Nie rozdrapujemy starych ran i przede wszystkim mamy poczucie wdzięczności dla pilota, który po prostu uratował nam życie. Sobie zresztą też.

Były premier i część uczestników wypadku przez wiele lat spotykali się w jego rocznicę, aby "wypić za życie".

Zobacz wideo
Więcej o: